[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Czyżby Biała Wieża teżbyła zaangażowana? Czyżby Biała Wieża nie miała go nigdy zostawić w spokoju? Nig-dy? Nigdy.Zmagając się z furią, nie widział ani Gregorina, ani pozostałych, którzy zdążyli godogonić.Kiedy dotarł na grań do oczekujących arystokratów, ściągnął wodze tak gwał-townie, że Tai daishar stanął dęba, przebierając kopytami w powietrzu i rozbryzgującbłoto.Tamci zaczęli wycofywać swoje wierzchowce, z dala od jego konia, z dala od nie-go. Dałem im czas do południa  obwieścił. Pilnujcie ich.Nie chcę, żeby ci ludzierozbili się na pięćdziesiąt mniejszych band i spróbowali chyłkiem umknąć.Będę w swo-253 im namiocie. Gdyby nie rozwiane na wietrze płaszcze, wyglądaliby jak kamienne po-sągi, wrośnięte w ziemię, od których żądał, by osobiście pełniły straż.W tym momen-cie nie obchodziło go, czy będą stali tutaj, dopóty nie zamarzną na kość albo się nie roz-topią.Nie mówiąc już ani słowa, zjechał przeciwległym zboczem grani, wyprzedzającdwóch odzianych na czarno Ashamanów i Illiańczyków niosących jego sztandary.Ogień i lód, a śmierć dopiero nadciągała.Ale on sam był stalą.Był stalą. WIADOMOZ OD M HAELAMilę na zachód od grani rozciągały się już obozowiska  ludzie, konie, światłaognisk, targane wiatrem sztandary i nieliczne tylko namioty, zgrupowane podług na-rodowości albo Domów.Z daleka wyglądały jak rozlewiska spienionego błota poprze-dzielane wstęgami wrzosowisk.Konni i piesi obserwowali mijający ich potok sztanda-rów Randa, ale równocześnie nie spuszczali z oka pozostałych, śledząc każdy ich ruch.Gdy jeszcze widzieli wokół siebie Aielów, wówczas czuli się jak jedna ogromna wspól-nota, mieli bowiem coś, co ich scalało: nie byli Aielami i bali się Aielów, choć nie do-puszczali tej myśli do świadomości.Rand nie łudził się, że może liczyć na ich lojalnośćalbo że bodaj pojmą kiedyś, iż przeznaczenia świata nie da się tak nagiąć, by mogli spo-kojnie realizować własne cele, zaspokajać żądze złota, sławy, władzy.Może zresztą nie-liczni wiedzieli, jak się sprawy mają, ale takich była tylko garstka, większość szła za nim,ponieważ bali się go bardziej niż Aielów.A może nawet bardziej niż samego Czarnego,bo jedni w skrytości serca w ogóle nie wierzyli w istnienie Czarnego, innym zaś zwy-czajnie nie mieściło się w głowach, że Czarny mógłby skorumpować świat jeszcze bar-dziej, niż to się już stało.Randa mieli na wyciągnięcie ręki i tylko dlatego godzili się po-niekąd na uznanie jego roszczeń.Jakoś się z tym pogodził.Czekało go zbyt wiele bitew,by tracić siły na niemożliwą do wygrania.Póki go nie zdradzą i będą wypełniali rozka-zy, da im spokój.Jego obóz był największy: illiańscy Towarzysze wystrojeni w zielone ka5any z żół-tymi mankietami, taireniańscy Obrońcy Kamienia w czarno-złotych ka5anach z bufia-stymi rękawami oraz Cairhienianie reprezentujący ponad czterdzieści Domów, w ciem-nych barwach, nad głowami niektórych kołysały się sztywne con.Gotowali przy osob-nych ogniskach, osobno spali, osobno wiązali konie, bez końca na siebie wzajemnieczujnie spoglądając, a jednak stanowili oddział.Byli odpowiedzialni za bezpieczeń-stwo Smoka Odrodzonego i do swoich obowiązków podchodzili nadzwyczaj sumien-nie.Każdy z nich mógł go zdradzić, ale nie wtedy, gdy inni patrzeli.Stare waśnie i noweanimozje ujawniłyby spisek, jeszcze zanim zdrajca przystąpiłby do jego realizacji.Namiot Randa  ogromna spiczasta konstrukcja z zielonego jedwabiu, zdobna wi-zerunkami pszczół ha5owanymi złotą nicią  należał pierwotnie do jego poprzedni-255 ka, Mattina Stepaneosa i, rzec można, razem z koroną przypadł Randowi w schedziepo tamtym.Cały czas strzegł go krąg Towarzyszy w polerowanych stożkowatych heł-mach, stojących ramię w ramię z Obrońcami w hełmach żebrowanych, z wygiętymbrzeżkiem, oraz Cairhienianami w hełmach o kształcie dzwonów, mimo silnego wiatruwszyscy byli wyprężeni na baczność, z halabardami ustawionymi ukośnie, pod takimsamym kątem.%7ładen nawet nie drgnął, gdy Rand zatrzymał obok nich swego konia, tonależało do służby, która natychmiast zaroiła się wokół, gotowa na każde skinienie jegoi Asha manów.Koścista kobieta w zielono-żółtej kamizeli stajennej z Królewskiego Pa-łacu w Illian odebrała od Randa wodze, a strzemiono przytrzymał mężczyzna obdarzo-ny bulwiastym nosem, odziany w czarno-złotą liberię noszoną w Kamieniu Azy.Gię-li się przed nim w ukłonach, obrzucając się wzajem przypadkowymi ostrymi spojrze-niami.Boreane Carivin, krępa, bladolica Cairhienianka z wyniosłym spojrzeniem, pod-sunęła w jego stronę srebrną tacę pełną parujących ręczników.Obserwowała przy oka-zji dwoje innych służących, głównie dlatego, by sprawdzić, jak wypełniają swoje zada-nia, niż by odwzajemnić im się wrogim spojrzeniem.Ale była też w jej postawie pewnaczujność.Służący, podobnie jak żołnierze, wiedzieli, o co toczy się gra.Rand ściągnął rękawice i, nawet nie spojrzawszy na tacę, machnął ręką, odprawia-jąc Boreane [ Pobierz całość w formacie PDF ]

Archiwum