[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.- Już teraz mam ochotę go aresztować - stwierdził Stottlemeyer.Swift zamknął oczy i wyciągnął przed siebie ręce, unosząc dłonie, jakby ogrzewał jenad ogniskiem.- Wyczuwam kolor niebieski i literę  M.Disher poderwał w górę rękę.- Ja! Ja!Stottlemeyer szarpnął Dishera za rękaw, ale było za pózno.Swift zdążył otworzyćoczy i szedł już w naszym kierunku.- Jak się pan nazywa?Disher wstał.- Randy Disher.- Skąd pan wie, że to pana wzywa jakiś duch?- Ponieważ mój wuj, Morty, lubił łowić ryby w jeziorze Loon - odpowiedział Disher.- A jego ulubionym kolorem był niebieski.- Tak, teraz go widzę - powiedział Swift.- To starszy mężczyzna, niezbyt gruby, alerównież nie za chudy.- To on! Miał brzuszek od piwka.- Disher odwrócił się do Stottlemeyera: - Czy to niezdumiewające?- Mam na to tylko jedno słowo - burknął Stottlemeyer.- Widzę na tym jeziorze miejsce szczególne.Jego ulubione miejsce do łowienia ryb, októrym nigdy nikomu nie wspominał - mówił Swift.- Wiesz, o którym miejscu mówię, tojego tajemnica, prawda?- W zatoczce, koło doków pływackich naprzeciwko czerwonych domków?- No i po tajemnicy& - mruknął Stottlemeyer.- Właśnie.Wuj chciałby ci powiedzieć, że jego duch wciąż tam przebywa i rybywciąż tam biorą.- Swift położył dłoń na ramieniu Dishera.- Jeśli chcesz być blisko niego, pojedz tam i rzuć kotwicę naprzeciw czerwonych domków, a będziesz przy nim na pewno.Disher przytaknął zachłyśnięty ze wzruszenia, a potem spojrzał w sufit.- Kocham cię, wuju Morty.- On też pana kocha - powiedział Swift, odwrócił się i zobaczył Monka.- Dzień dobry, panie Swift - przywitał go Monk.- Panie i panowie, oto Adrian Monk, wielki detektyw - powiedział Dylan Swift.- Jeślioglądaliście wczoraj mój wywiad z Larrym Kingiem, to zapewne wiecie, że razem zAdrianem kontaktowaliśmy się z duchem zamordowanej kobiety, dzięki czemu wykryliśmyzabójcę i doprowadziliśmy go przed wymiar sprawiedliwości.Całą historię będziecie mogliprzeczytać w mojej następnej książce.Na widowni rozległy się ochy i achy.Zauważyłam, że Swift zwraca się do Monka poimieniu, czego nawet ja nie miałam śmiałości czynić.Zupełnie jakby od lat byli dobrymikumplami.Najdłużej przyjacielem Monka był Stottlemeyer, lecz również nie mówił do niego Adrianie.To, że Swift zdecydował się na taką poufałość, musiało Monka szczególniedrażnić.Jeśli jednak tak było, to nie dał tego po sobie poznać.Swift uśmiechnął się do niego ciepło.- Dobrze cię widzieć, stary przyjacielu.Jak się miewasz?- Nie najlepiej - odpowiedział Monk.- Chodzi o twoją żonę Trudy?Monk przytaknął.Stottlemeyer wbił w Monka tępe spojrzenie, wyraznie zaskoczony, że jego przyjacielujawnia tak osobiste sprawy przed kamerami telewizji - i że w ogóle je ujawnia.Swift podniósł oczy na dalsze rzędy trybun.- Zona Adriana została zamordowana kilka lat temu, a zagadki jej morderstwa nigdynie wyjaśniono.Powinniście państwo wiedzieć, że udało mi się już przekazać Adrianowipewne wiadomości od Trudy, ale potem nie nawiązaliśmy już z nią kontaktu.- Swift znowusię zwrócił do Monka.- Prawda, Adrianie?- Jak najbardziej - przyznał Monk.- Przyszedłem tutaj, bo jestem pewien, że Trudyma mi jeszcze coś do powiedzenia.Czuję to.- Oczywiście, że czujesz, Adrianie.Twoja więz z żoną jest nadzwyczaj silna.To, coczujesz, to jej usilne próby skomunikowania się z tobą.Trudy już do ciebie dotarła, ale tobiebrakuje naturalnego daru, by dostrzec coś więcej niż tylko niejasne przeczucie, które pchnęłocię do ponownego spotkania ze mną.Trudy chciała, żebyś się ze mną dzisiaj zobaczył, borzeczywiście ma ci jeszcze coś do przekazania. Na widowni zrobiło się cicho jak makiem zasiał, a ludzie z wytężoną uwagąspoglądali na Swifta i Monka.- Ja ten dar jednak posiadam.Wyczuwam jej troskę o ciebie.Trudy wie, że cierpisz.Pragnie, byś zaznał spokoju.Swift zamknął oczy i zaczął drżeć na całym ciele.W sali zapanowała przejmującacisza, jakby ludzie wstrzymali oddech w pełnym napięcia oczekiwaniu na objawienie, któregobyli więcej niż pewni.Po chwili drżenie ustało i Swift otworzył oczy.Napotkał uważne spojrzenie Monka iprzemówił wprost do niego, jakby znajdowali się w sali zupełnie sami.- Coś wyczuwam, Adrianie.To jakiś przedmiot.Czuję, że jest miękki i daje jej ciepło.Jakby była tym opatulona.Czy wiesz, co to może być?Monk potrząsnął głową.- Pomóż mi, Adrianie.To dla Trudy coś bardzo ważnego.Coś, co miała przez całeżycie i ma nawet teraz, w swoim życiu po życiu.Wyczuwam literkę N, bardzo intensywnie -mówił Swift.- Wyczuwam ją tak intensywnie, że zdaje się, że są ich dwie.Tak, tozdecydowanie dwie literki N.I widzę nocne niebo.Co ten obraz może oznaczać?Poczułam na plecach zimny dreszcz.Znałam odpowiedz na to pytanie.I byłampewna, że Monk też ją zna.Zastygłam z wrażenia.- To jej  Noćkanoćka - powiedział Monk.- Tak nazywała swój kocyk.Stottlemeyer i Disher spojrzeli na siebie wzrokiem pełnym szczerego zdumienia.Byłam pewna, że na mojej twarzy malowała się dokładnie taka sama mina.Od tamtegowieczoru na Hawajach Monk z nikim się nie dzielił tym wspomnieniem.Swift mógł o nimwiedzieć tylko z jednego zródła.- Tak, to  Noćkanoćka - powiedział Swift.- Wyczuwam ten kocyk owinięty wokółniej, gdy była niemowlęciem, wyczuwam, jak gryzie jego narożniki pierwszymi,wyrzynającymi się ząbkami.Nie potrafiła bez niego zasnąć także wtedy, gdy była już dorosła.Więc pochowałeś kocyk razem z nią, prawda Adrianie?Monk przytaknął.- %7łeby już zawsze czuła jego kojące ciepło.Ludzie na widowni tak bardzo się wzruszyli, że niektórzy zaczęli ronić łzy.Szczerzemówiąc, mnie też zwilgotniały oczy.- To był dobry pomysł, Adrianie - mówił dalej Swift.- W jej wiecznym śnie bowiemkocyk nadal ogrzewa ją i chroni.Opatula ją tak samo jak wtedy, gdy była niemowlęciem.Twarz Monka rozjaśnił uśmiech, ale nie był to uśmiech szczęścia.Było to uśmiech triumfu.- Właśnie pomógł mi pan wyjaśnić kolejne morderstwo.- Pańskiej żony? - zapytał Swift.- Nie.Martina Kamakele, kierownika hotelu wGrand Kiahuna Poipu.- Udało się je panu wyjaśnić teraz, podczas mojego programu, dziękikomunikatom od pańskiej żony?- Bez pana nie byłbym w stanie tego dokonać.- Nie do wiary - westchnął Swift.Na widowni zerwała się burza oklasków.Swift stał przez dłuższą chwilę, pławiąc sięw tej rozkoszy uwielbienia tłumów, by w końcu wyciągnąć ręce i uciszyć owacje.- Nie zasługuję na brawa - powiedział Swift.- To wszystko dzięki duchom.Ja jestemtylko ich posłańcem, a Adrian Monk ich ramieniem sprawiedliwości.Powiedz nam, Adrianie, co duchy pomogły ci wyjaśnić.Monk wstał i wskazał na Stottlemeyera.- Chciałbym przedstawić panu kapitana Lelanda Stottlemeyera z DepartamentuPolicji San Francisco.Stottlemeyer także wstał i Swift uścisnął mu rękę.- Bardzo mi przyjemnie, panie kapitanie - powiedział Swift [ Pobierz całość w formacie PDF ]

Archiwum