[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Pod klatkami znajdowały się szerokiekoryta, wypełnione po brzegi odchodami ptaków.Nawóz kierowano doładowni, skąd był rozdzielany dalej.Duże obszary magazynuzajmowały zbiorniki wodne, wypełnione śmierdzielkami i palcopłetwamiwyłowionymi z płodnych mórz Ruan.Miażdżone uderzeniami młotarybki przerzucane były do koryt, gdzie miały służyć jako dodatek donawozu.Patrząc na otępiałe twarze Gotalów, Bimmsów i wielu innych nie-szczęśników, których zadaniem było zbieranie i wrzucanie przelewają-cych się ekskrementów z powrotem do koryt, Han doskonale mógłsobie wyobrazić, jaki smród tam panował.Trochę trudniej było muwyobrazić sobie przewinienia, prawdziwe lub sprowokowane, jakiepopełnili ci byli uchodzcy, aby zasłużyć sobie na taką karę.W jednejgrupie, po kolana w odchodach, opierając się ciężko na stylisku łopaty,stał Droma.- Przeprowadzę kilka szybkich testów - rzekł Han do Bowa przezgłośnik maski.Otworzył skrzynkę i zrobił ruch, jakby chciał wyjąć jedenz zestawów testowych, których dostarczyła mu koteria robotów Bafela,gdy nagle znieruchomiał i z udanym niedowierzaniem wskazał palcemna Dromę.- Czy to.czy to Ryn?Człowiek z Salliche spojrzał i skinął głową.- Tak.Jest tu nowy.- Nowy czy nie - ciągnął Han, rozgrzewając się w miarę mówienia- czy nikt z was nie zdaje sobie sprawy z tego, że Rynowie mają uprzedzenie do kąpieli oraz innych zwyczajów, jakie większość istotrozumnych uważa za niezbędne dla zachowania dobrego zdrowia?- Ale on przecież pracuje w nawozie.- To nie ma najmniejszego znaczenia.Czy ty wiesz, co by sięstało, gdyby się rozniosło, że Salliche Ag ma Ryna w fabryce?- Przecież to tylko jeden Ryn.- zaczął tamten.- Trzeba go stąd natychmiast usunąć.%7łądam, aby przeszedłkompleksowe badania medyczne, zanim pozwoli mu się wrócić dopracy.nawet do takiej pracy.Nie ukrywając zniecierpliwienia, Bow wyjął z kieszeni koszulimały komunikator, podniósł maskę hełmu i zaczął coś szybko mówić.Han tymczasem zastanawiał się, czym Salliche Ag zastąpiśmiga-cze i komunikatory, kiedy i jeśli w ogóle pokażą się tuYuzzhanie.- W porządku - oznajmił Bow w chwilę pózniej.- Mamy zgodę naprzewiezienie go do punktu medycznego we wschodnim skrzydle.-Odwrócił się gniewnie w stronę Dromy.- Hej, Rynie! Zostaw łopatę ichodz no tutaj.Droma podniósł głowę, odłożył narzędzie i poczłapał w ich kie-runku, otrząsając to jedną, to drugą nogę, to znowu ogon w nadziei, żezdoła pozbyć się choć części lepkiej masy.- Cokolwiek zrobi, nie dotykaj go - ostrzegł Bowa Han.- Albotrzeba będzie i ciebie poddać badaniom.Zmierdzący gnojem Droma stanął o kilka metrów od nich.Nierozpoznał Hana pod hełmem i maską.- Zmyć go wężem! - zawołał Bow do najbliższego robotnika.Hanskrzywił się, gdy strumień wody pod wysokim ciśnieniem omal nie zbiłDromy z nóg.- Stwory spod ciemnej gwiazdy - warknął na tyle głośno, abyusłyszał go człowiek z Salliche.- Zawsze się wpakują w kłopoty.Bowwydął usta i skinął głową z ponura miną.- Możesz to powiedzieć jeszcze raz.Przewodnik zapiął kajdanki obezwładniające na przegubachociekającego wodą i wyraznie bardzo nieszczęśliwego Dromy, poczym pchnął Ryna w kierunku wyjścia z magazynu.W punkciekontrolnym Han oddał maskę, wrzucił kombinezon do niszczarki zrecyklingiem i ruszył za Dromą, aby zająć tylne siedzenie śmigacza.Upokorzony i zgnębiony Ryn nawet na niego nie spojrzał, dopóki nieruszyli, a nawet i wtedy nie od razu go rozpoznał.Dopiero w chwilępotem oczy rozszerzyły mu się z podziwu, a szczęka opadła w dół.- Szybciej, proszę! - krzyknął Han do Bowa, zanim Droma zdążyłzrujnować wszystko wybuchem radości.- Naprawdę, nie czuję się do-brze, dzieląc siedzenie z tym.złoczyńcą.- Wschodnie skrzydło już przed nami! - rzucił Bow przez ramię.-Han dyskretnie zamienił z Dromą porozumiewawcze spojrzenia,ale dopiero kiedy cała trojka znalazła się w wagoniku turbowindy,zjeżdżającym w dół na poziom minus jeden wschodniego skrzydła,gdzie znajdowało się laboratorium medyczne, ostrzegł go wzrokiem i zumieszczonej pod ramieniem kabury z durinium wyjął niewielki mio-tacz, który wyprodukowały dla niego roboty.Przycisnął lufę emitera doskroni Bowa.- Rób dokładnie to, co ci każę, a wyjdziesz z tego cały i zdrowy.Wielkolud kiwnął głową z miną wyrażającą w równej mierze za-skoczenie i gniew.- Zatrzymaj windę - polecił Han.- Przejdz w najdalszy kąt wago-nika, a potem wyłącz pilotem kajdanki.Kątem oka zerknął na Dromę, po czym polecił turbowindzie zje-chać na poziom piąty.Droma spojrzał na niego.- Jedziemy do góry? - zapytał, rozcierając uwolnione z kajdan-ków przeguby. - Mam robotę do odwalenia.- Han podbródkiem wskazał naBowa.- Musisz sobie sam z nim poradzić.Zabierz go na poziomremontowy, znajdz jakąś szafkę i zamknij go tam.Jeśli będzie robiłkłopoty, po prostu go zastrzel.A potem spotkamy się na poziomiepiątym.Bow zacisnął szczęki; z trudem powstrzymał się od powiedzeniaczegoś, co mogłoby skłonić Dromę do dosłownego wypełnienia radyHana.Kiedy winda jechała w górę, Solo zdjął bladozielony kombinezon,pod którym miał wytworny i bardzo kosztowny garnitur.CiekawośćDromy stała się niemal namacalna.- Nie ma czasu na wyjaśnienia - mruknął Han.Podał Dromie zwi-nięty kombinezon i otwarte kajdanki i dodał: - Trzymaj to.Będziemy ichjeszcze potrzebować.Na poziomie piątym włożył na prawą rękę jedwabną rękawiczkę iruszył szerokim, lśniącym czystością korytarzem w kierunku pomiesz-czenia nadbiornika.W lewej dłoni trzymał fatalną kartę danych, którąwręczyły mu roboty.Czytnik odcisków dłoni znajdował się w niszy obok drzwi nastaw-ni.Kiedy Han położył na nim dłoń w rękawiczce, ekran urządzenia zi-dentyfikował go jako Deesa Harbrighta, kuzyna księcia BorertaHarbrighta i starszego wiceprezesa marketingu Salliche Ag, któregoczarnobrody i elegancko ubrany Han przypominał [ Pobierz całość w formacie PDF ]

Archiwum