[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Stojący nieopodal Jem zamarł na moment, a potem obrócił się na pięcie i zniezrozumiałym okrzykiem czmychnął tam, skąd przyszedł, czyli między drzewa.Za to Charlie, choć na wpół ogłuszony, zerwał się z ziemi, doskoczył do jezdzca iklnąc szpetnie, chwycił go za nogę, usiłując ściągnąć z konia.Smagnięty ponowniepejczem padł jak ścięty dokładnie w tym samym miejscu, gdzie przed chwilą leżałaSarah, i znieruchomiał.Sarah odpełzła tymczasem na czworakach na bok, pozbierała się z ziemi,obciągnęła zadartą suknię i bezskutecznie próbowała upiąć z powrotemrozwichrzone włosy.- Chwała Bogu, chwała Bogu, że nadjechał pan w porę - zwróciła się zdyszanado swojego wybawcy.- Oni chcieli.chcieli.- Zabrakło jej tchu.- Wiem, czego chcieli - mruknął ponuro Alan Kerr wstrząśnięty tym, żekobieta, którą ocalił w tym odludnym zakątku, to nikt inny, tylko Sarah Langley.Coona tu, u diabła, robiła, i to sama?Sarah też dopiero teraz rozpoznała w swoim wybawcy doktora Kerra;rozdygotana, słaniając się na nogach, wyciągnęła do niego ręce, ale on, zsiadłszy zkonia, burknął tylko opryskliwie:- Niechże się pani wezmie w garść, panno Langley.Nic już pani nie grozi.Zwiadomość, że to doktor Kerr zastał ją w tej sytuacji i ocalił przed hańbą iśmiercią, pogłębiła poczucie upokorzenia.Nic już nie mówiąc, wciąż roztrzęsiona, podniosła z ziemi chustę i próbowałazawiązać ją sobie na szyi, co dla drżących rąk nie było wcale taką prostą czynnością.50SR Alan pochylił się tymczasem nad przytomniejącym z wolna Charliem, poderwał gona nogi i zaczął cucić siarczystymi policzkami.Nadal nie mógł dojść do siebie potym, czego przed chwilą był naocznym świadkiem.Kiedy łotrzyk jako tako oprzytomniał, zaczął go okładać metodyczniepejczem, informując przy tym i akcentując niemal każde słowo smagnięciem, że tocała kara, jaką poniesie, bo on nie ma najmniejszego zamiaru narażać pannyLangley na wstyd, jakiego najadłaby się podczas rozprawy sądowej, zmuszonaopowiadać o krzywdach, jakich doznała.- Niech pan już przestanie, doktorze Kerr, bardzo pana proszę - powiedziałasłabym głosem Sarah, która przycupnęła na kamieniu, tuląc do piersi teczkę z rysun-kami.- Nie mogę na to patrzeć.Mimo wszystko zapobiegł pan najgorszemu.Słysząc to, Alan jeszcze raz smagnął łotrzyka, po czym opuścił pejcz iodwrócił się do Sarah.Charlie, szczęśliwy, że nie stanie przed sędzią i nie zadyndaw rezultacie na stryczku, na którym już się prawie widział, pokuśtykał żwawo wstronę buszu, nie oglądając się za siebie.Gniew, który ogarnął Alana Kerra na widok rozgrywającego się tu dramatu,podsycany przez świadomość, że mógł nadjechać za pózno, przeniósł się teraz naSarah.- Tak, każe mi pani przestać, panno Langley, teraz, kiedy nic już pani niegrozi, ale co panią, na Boga, napadło, żeby szwendać się po odludziu i narażać naataki mętów z The Rock? - Zmierzył ją gniewnym spojrzeniem.- I to w takprowokującym stroju: Rozum pani odjęło? Gdzie pani brat - albo jego sługa -dlaczego nikt pani nie towarzyszy?Cokolwiek się wydarzyło, nie wolno jej się rozpłakać.Nie da mu tejsatysfakcji.Może i wiele mu zawdzięcza, ale wyprasza sobie, żeby zwracał się doniej tym tonem.Uświadomiła sobie teraz, że w całym tym zamieszaniu Bogupodziękowała, co prawda, za ocalenie, ale jak dotąd nie podziękowała Alanowi.51SR - Zapomniałam - odparła, unosząc dumnie głowę.- Zapomniałam, że niejestem u siebie, w Anglii, lecz w tym barbarzyńskim kraju.Teraz będę jużpamiętała.Odwróciła się i zaczęła zbierać rozrzucone przybory do rysunku i malowania,tak jakby dawała mu do zrozumienia, że nie jest już jej potrzebny.- Wielkie nieba - usłyszała za sobą - nie myśli pani chyba, że po tym, cozaszło, zostawię ją tutaj na pastwę losu.Proszę schować na jakiś czas wszystkieurazy i natychmiast wsiadać na mojego konia.Odwiozę panią do domu.Ci dwaj,których odpędziłem, to nie jedyni w okolicy włóczędzy, którzy nie przepuszcząbezbronnej kobiecie.Sarah odnosiła wrażenie, że to sen, a raczej senny koszmar.Jak w transiepozwoliła mu się podsadzić na duże szare siodło, a potem patrzyła, jak Alan bierzeswojego konia za uzdę i prowadzi go do domu Langleyów.Zaczynała powoliwydobywać się z szoku, jaki przeżyła, zdawać sobie sprawę, że twarz maumorusaną, a suknię porwaną i brudną.Na szczęście po drodze nie spotkali wielu ludzi, ale kiedy zbliżali się już dodomu, ku swojemu przerażeniu zobaczyła przed nim Johna czyniącego wymówkipani Hackett, która, demonstrując słuszne oburzenie, stała sztywno, jakby kijpołknęła, we frontowych drzwiach.John, ujrzawszy doktora Kerra i Sarah, wybiegł im na spotkanie, wołając:- Dzięki Bogu, że wracasz cała i zdrowa! Pani Hackett powiedziała miwłaśnie, że wyszłaś na spacer sama, bez asysty.Co ci strzeliło do głowy?Przyjrzał jej się lepiej.- Boże jedyny, Sarah, czyżby cię napadnięto?- W rzeczy samej - odpowiedział za nią Alan.- Wyszła z tego bez szwanku,ale powinna mieć więcej oleju w głowie i nie zapuszczać się samotnie na klify nadZatoką Cockle [ Pobierz całość w formacie PDF ]

Archiwum