[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.- Nie mogliśmy pojechać tam jutro? - Maria spojrzała na mnie spod długich rzęs.-Paweł wczoraj zapraszał na spacer po wieczornym Krakowie.Może więc dzisiaj? Takchciałabym poznać, choć odrobinę, to przeurocze miasto.Cóż, ponoć światem rządzą mężczyzni, a mężczyznami kobiety.Zwłaszcza młode ipiękne! Tak więc postanowiliśmy odłożyć wyjazd do Czorsztyna o jeden dzień.A że profesor, Aleksander i Janusz pod różnymi pretekstami wymówili się od spaceru(Janusza przynajmniej rozumiałem: 378 stopni i dwukilometrowa wędrówka chodnikamikopalni musiały dać mu się we znaki), tak więc pozostaliśmy tylko Maria i ja.No to zresztąnie narzekałem.Szliśmy z Marią pod rękę Plantami, rozjarzającymi się zielonkawo przez liściekasztanowców światłem latarń.Wśród siedzącej na ławce grupki młodych ludzi gitarawzbierała rytmem bluesa.Nagle Maria zapytała:- Jak wielki jest ten skarb, którego szukamy?Spojrzałem na nią.- Spory.Jedne zródła podają, że trzy skrzynie, inne, że sześć.Odetchnęła głęboko.- Co byś zrobił, gdyby tak choć jedna skrzynia była twoja?Wzruszyłem ramionami.- Nie wiem.Nawet jeśli złoto odnajdziemy, to nie należy ono do mnie.Przyznam cisię, że nie lubię takich myśli.- Nie lubisz myśli o złocie.Poczułem mocniejszy uścisk szczupłego ramienia Marii. -.a ja bym marzyła, marzyła. Mam nadzieję, że tylko na marzeniach się skończy - pomyślałem. ROZDZIAA SZSTY BOLAS I JASIEK Z MYZLENIC " KOZCIAEK NA OBIDOWEJ " COZNALAZAEM W NESESERZE MARII "  EGZOTYCZNE BOCIANY "TETMAJER I TISCHNER " ZPIEWAJCY POMNIK " NARESZCIEPIENINYPowstał problem, gdzie spotkamy się następnego dnia rano, by spokojnie ruszyć doCzorsztyna.Rozprawialiśmy nad tym przy wieczornej kawie:- Nie ma co jezdzić tam i z powrotem w tym ulicznym tłoku - skrzywił się de la Vega- może umówmy się gdzieś przy wylocie z miasta? Dziwna propozycja - pomyślałem - jak na Peruwiańczyka, który pierwszy raz wżyciu jest w Krakowie.Mimo to zaproponowałem spokojnie:- Może więc na stacji benzynowej w Libertowie, gdzie krakowska obwodnica łączysię z szosą na Zakopane; pojedziemy do Nowego Targu i tam skręcimy na Czorsztyn.Obawiam się tylko, czy Maria (bo ona jest zapewne kierowcą waszego wozu) trafi na miejsceumówionego spotkania.Prychnęła na mnie jak rozzłoszczona kotka:- Pokaż mi tylko na mapie, gdzie jest ta stacja benzynowa, a już jakoś dam sobie radę.Nie po takich miastach jezdziłam!Roześmiałem się:- Pokażę, tylko czy zapamiętasz.Bo co do mapy, to jak to się stało, że z Warszawy niejechałaś prostą drogą, tylko przez Tarnów i Bochnię?Wydało mi się, że ciemna karnacja mej rozmówczyni o ton ściemniała.- Tarnów? - odrobinę zbyt długie milczenie.- Nie przypominam sobie.A Bochnia.- Właśnie - wtrącił profesor.- Dlaczego pan już drugi raz pyta o to miasteczko?Wczoraj przy windzie i teraz.- Bo tak się składa, że z Bochni, do której państwo zabłądzili, pochodzi AndrzejBenesz.Odkrywca  niedzickiego kipu i, być może, prawowity spadkobierca inkaskichwładców.Uczony skinął głową. - Taak, to ciekawe - przypalił cigarillo.- Ale cóż z tego, że z tamtego miasteczkapochodził tragicznie zmarły pan Benesz? Czy pan uważa, że szukaliśmy w Bochni jakichśprzydatnych w tropieniu skarbu śladów? Może i szukaliście - pomyślałem.Ale zaśmiałem się głośno:- Skądże znowu! Tylko ośmielam się powątpiewać, czy traficie na stację benzynowąw Libertowie.Profesor odpowiedział wyrozumiałym uśmiechem:- Od czegóż mamy języki, jak nie od tego, by w razie potrzeby pytać?- Hm - odchrząknąłem zmieszany - ze znajomością angielskiego, że już o hiszpańskimnie wspomnę, nie jest najlepiej wśród moich rodaków.- Obejdzie bez pytania - Maria potrząsnęła grzywą swych pięknych kruczoczarnychwłosów - pokażesz mi tylko na mapie, gdzie to jest i dam sobie radę!W pokoju Marii pokazałem jej, którędy jechać przez Kraków.Wskazałem też stacjębenzynową, gdzie mieliśmy się spotkać następnego dnia o dziewiątej rano.Wracając do naszego hotelu przez wciąż jeszcze, mimo dość póznej pory, rozbawionyKraków z żalem myślałem, że tak piękna kobieta jak Maria może okazać się przeciwnikiem wrozwiązaniu zagadki tajemniczego odkrycia Aleksandra Kobiatko.W Libertowie nie czekaliśmy długo.Ot, dwa pomruki Aleksandra na temat zdolnościpięknych Peruwianek w odczytywaniu map.I już z piskiem opon zahamowało przyRosynancie czerwone audi, z którego wyskoczyła dumna z siebie Maria.Wysiadłem z wozu.- I co, trafiłam - uścisnęła z niespodziewaną siłą moją dłoń urocza asystentkaprofesora.- Tylko błagam w imieniu szefa i swoim: zatrzymajmy się gdzieś na kawę, bo tahotelowa była jakaś słaba.- Trzeba było poprosić o drugą.Maria spojrzała na mnie przekornie.- Bałam się spóznić na nasze spotkanie.Jeszcze byś powiedział, że zabłądziłam.Roześmieliśmy się.- A co do kawy, to za niespełna trzydzieści kilometrów dojedziemy do Myślenic.- Czym w dziejach kawoszoznawstwa wsławiła się ta miejscowość?- Niczym szczególnym.Ale znam tam lokal, gdzie na obszernej werandzie możnanapić się naprawdę dobrej kawy.Już ja zadbam, by was nie skrzywdzono.- Waas? - przeciągnęła głoskę Maria.- A ty się nie napijesz? - Jedną już dziś piłem i na długo mi wystarczy.Przyznam się, że nie przepadam zakawą.Wolę herbatę.- zająknąłem się - i to najchętniej zieloną.Spodziewałem się wybuchu śmiechu, ale Maria spojrzała na mnie uważnie.- Fajka po ojcu, zielona herbata.Zaczynasz mnie zaciekawiać.Zmieszany sięgnąłem do klamki drzwi Rosynanta.- Miło mi.I nie powiem, abym nie był ciekaw twej osoby.Ale jedzmy już, póki nasitowarzysze nie usmażyli się jeszcze w autach.Nie odjechaliśmy daleko, gdy usłyszałem klakson samochodu i zobaczyłem wewstecznym lusterku mruganie świateł audi Marii.Zjechałem na pobocze, wysiadłem z wozu ipodszedłem do samochodu Peruwiańczyków.- Co się stało?Wychyliła się przez okienko.- Nic takiego.Tylko ty strasznie się wleczesz.Może ja pojadę przodem, aby nadawaćwłaściwe tempo.Przed tymi Myślenicami, czy jak im tam, zwolnię i wyprzedzisz mnie, bywskazać drogę do tak zachwalanego przez ciebie kawowego zródła.Pogroziłem jej palcem.- Wcale się nie wlokę, tylko jadę z maksymalną dopuszczalną prędkością, czylidziewięćdziesiąt kilometrów na godzinę.Nie mam zamiaru wydawać pieniędzy na mandaty.Poza tym chciałbym ci zwrócić uwagę, że jedziemy tak zwaną  Zakopianką , jedną znajbardziej niebezpiecznych dróg w Polsce.Wiesz, ilu tu ludzi ginie co roku?- Niebezpieczna droga? - parsknęła śmiechem Maria.- %7łebyś ty zobaczył nasze,peruwiańskie! A ja tam uczyłam się jezdzić!- Nie wątpię w stopień trudności dróg andyjskich ani w to, że pobierający na nichnauki kierowca peruwiański, taki jak ty, góruje swymi umiejętnościami nad przeciętnymkierowcą polskim.Ale przecież nie chcę, aby taki niedouczony Polak wpakował się na twójwóz, zwłaszcza gdy prowadzi TIR-a.Będziesz jechać za moim jeepem z prędkością, którąuznam za stosowną [ Pobierz całość w formacie PDF ]

Archiwum