[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Nawet ci, którzy dobrzepamiętali niedyskrecję Patrycji, zapraszali ją do siebie, ponieważ bardzo chcieli poznać tajemnicząksiężniczkę.Najmniej księżna obawiała się Edwarda.Oczywiście nie będzie zachwycony, kiedysię przekona, iż córka go okpiła.Z pewnością nie odda spadku bez walki.Ale Christina da sobie znim radę.Tak, to najważniejsze, żeby ta mała dzikuska została w Anglii, aż ona, księżna Patrycja,z powodzeniem osiągnie cel.To jest najistotniejsze.6Prywatne pokoje Edwarda znajdowały się w oddzielnym budynku, przylegającym do głównegoskrzydła pałacu.Postanowiłam opowiedzieć mężowi, czego dopuszczają się jego ludzie.Widzisz, moje dziecko, nie wierzyłam, że Edward może być za to odpowiedzialny.Chciałam całąwinę zrzucić na jego oficerów.Weszłam do biura Edwarda bocznymi drzwiami, ale to, cozobaczyłam, tak mnie zaskoczyło, że oniemiałam i ani jednym słowem nie zdradziłam swojejobecności.Mąż zabawiał się z kochanką.Nadzy, tarzali się po podłodze jak zwierzęta.Takobieta miała na imię Nicolle.Dosiadała Edwarda jak ogiera.On zaś zachęcał ją, krzyczącobrzydliwe słowa.W ekstazie mocno zaciskał oczy.Ta kobieta musiała wyczuć moją obecność, bonagłe odwróciła się i spojrzała na mnie.Byłam pewna, że zacznie krzyczeć.Nie uczyniła tego.Nieprzerwała też obmierzłych praktyk, tylko uśmiechnęła się do mnie zwycięsko.Nie pamiętam, jak długo tam stałam.Po powrocie do swojego pokoju zaczęłam planowaćucieczkę.Dziennik, 20 sierpnia 1795Lyonie, co się z tobą dzieje? Uśmiechnąłeś się do Matthewsa.I czy się nie przesłyszałam? Pytałeśgo o matkę.Czy zle się czujesz?Pytania te jak z procy wyrzucała z siebie siostra markiza, Diana, ścigając brata po schodach dosypialni.Raptownie stanął w miejscu.- Denerwuję cię, kiedy jestem zły, a teraz czepiasz się, bo się uśmiecham.Zdecyduj się, co wolisz,a ja postaram się dostosować.Diana szeroko otworzyła oczy, słysząc w głosie brata przekorny ton.- Jesteś chory, prawda? Pewnie znowu dokucza ci kolano? Nie patrz na mnie, jakby wyrosła midruga głowa.To nie jest normalne, że się uśmiechasz, zwłaszcza że idziesz odwiedzić mamę.Przecież wiem, jaka potrafi być mecząca.Chyba zapomniałeś, że z nią mieszkam.Ty odwiedzaszją tylko raz w tygodniu.Zdaję sobie sprawę, że mama nic nie może poradzić na to, jak sięzachowuje, ale czasami wolałabym zamieszkać u ciebie.Czy to wstyd, że się do tego przyznaję?- Nie ma nic wstydliwego w szczerej rozmowie z własnym bratem.Brakowało ci tego od śmierciJamesa, prawda? Pobrzmiewające w pytaniu współczucie spowodowało, że oczy Diany wypełniły się łzami.Lyonpowstrzymywał zniecierpliwienie.Jego siostra stawała się taka drażliwa, kiedy chodziło o sprawyrodzinne.On sam stanowił jej całkowite przeciwieństwo.Z trudem przychodziło mu otwarteokazywanie uczuć.Przez sekundę zastanawiał się, czy nie objąć siostry ramieniem, ale szybkozrezygnował z tego śmiesznego pomysłu.Prawdopodobnie tak by się zdziwiła, że wpadłaby wprawdziwą histerię.Lyon nie miał dziś nastroju na patrzenie na łzy.Wystarczyło, że czekało go następne zwariowanespotkanie, tym razem z matką.- Naprawdę miałam nadzieję, że mama poczuje się lepiej, kiedy poprowadzimy otwarty dom przezsezon.Ale ona nie opuściła swojego pokoju od dnia, w którym przyjechałyśmy do Londynu.-Lyon tylko skinął głową, nie zatrzymując się.- Mama nadal jest bardzo zgorzkniała - szepnęłaDiana.Jak cień sunęła za bratem.- Opowiadam jej o przyjęciach, na które chodzę.Ale ona niesłucha.Chce rozmawiać tylko o Jamesie.- Wróć na dół, Diano, i poczekaj tam na mnie.Muszę z tobą coś przedyskutować.I nie bądz takaprzerażona.- Mrugnął do niej.- Przyrzekam, że nie zdenerwuję mamy.- Naprawdę? - zapytała piskliwie dziewczyna.- yle się czujesz, to widać.Markiz wybuchnął śmiechem.- Boże, czy rzeczywiście byłem takim gburem?Zanim Diana zdążyła wymyślić jakąś taktowną odpowiedz, która przy okazji nie byłabywierutnym kłamstwem, Lyon otworzył drzwi do pokoi matki.Nogą zamknął je za sobą, po czymruszył przez mroczne, wypełnione zatęchłym powietrzem pomieszczenie.Markiza leżała na łóżko przykrytym czarną satynową narzutą.Jak zawsze sama także ubrana byłana czarno, od jedwabnego czepeczka, zasłaniającego jej siwe włosy, po bawełniane pończochy.Lyon nie zauważyłby jej, gdyby nie kremowobiała twarz odbijająca od reszty.Trzeba przyznać, że markiza przechodziła żałobę z prawdziwym zaangażowaniem.Upierała sięprzy niej jak małe dziecko.Tak długo pozostawała w żałobie, że stała się już mistrzynią.James zginął trzy lata temu, ale starsza pani zachowywała się tak, jakby od wypadku minęłozaledwie kilka dni.- Dzień dobry, mamo - przywitał się Lyon i usiadł na krześle stojącym przy łóżku.- Dzień dobry, Lyonie.To był właściwie koniec wizyty.Powód był prosty.Lyon nie zgadzał się na rozmowę o Jamesie, amatka nie chciała rozmawiać o niczym innym.Markiz miał przed sobą pół godziny ciszy.By jakośprzetrwać ten czas, zapalił świeczkę i zabrał się za czytanie  The Moming Herald".Taki rytuał obowiązywał niezmiennie od dnia śmierci Jamesa.Niezmiennie też Lyon wychodził od matki w grobowym nastroju.Tym razem jednak, żegnając sięz nią, nie czuł irytacji.Diana czekała na niego w korytarzu.Kiedy stwierdziła, że na twarzy brata nadal widnieje uśmiech,jeszcze bardziej zaniepokoiła się o jego zdrowie.Cóż za dziwne zachowanie!Do głowy przychodziły jej straszne podejrzenia.- Zamierzasz wysłać mnie i mamę z powrotem na wieś, prawda, Lyonie? Och, błagam, przemyślto jeszcze - wyjąkała.- Wiem, że wujek Milton jest bardzo uciążliwy, ale tak mu dokucza wątroba,a ja tak bardzo chciałabym pójść na ten bal do Crestonów [ Pobierz całość w formacie PDF ]

Archiwum