[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Położyłam się z powrotem i leżałam tak, przysypiając, póki nie usłyszałam jak Gisselle podjeżdża do schodów i wołaEdgara, by pomógł jej zjechać.Wtedy uklękłam i odmówiłam modlitwy, które szeptałabym przy trumnie taty. Martha przyniosła mi tacę z jedzeniem, ale ja jedynie podłubałam w talerzu.Zbyt byłam zdenerwowana i smutna, bycokolwiek zjeść.Po kilku godzinach usłyszałam ciche pukanie do drzwi.Leżałam w ciemnościach, pokój oświetlał jedynie blaskksiężyca.Przechyliłam się, zapaliłam lampkę i powiedziałam tajemniczemu gościowi, że może wejść.Okazało się,że to Beau i Gisselle.- Daphne nie wie, że on tu jest - zapewniła szybko.Po jej ustach błąkał się figlarny uśmieszek.Tak przepadała za robieniem tego, co zakazane, że zdobyła się na tonawet dla mnie.- Wszyscy sądzą, że obwozi mnie po domu.Zresztą jest tylu ludzi, że nawet nie zauważą naszej nieobecności.Nieprzejmuj się.- Och, Beau, lepiej idz stąd.Daphne groziła, że ściągnie tu twoich rodziców i narobi ci kłopotów za to, że zawiozłeśmnie do szpitala - ostrzegłam.- Zaryzykuję - odparł.- A o co tak się wściekła?- Dowiedziałam się, jaką krzywdę wyrządziła wujowi -wyjaśniłam.- To był główny powód.- To takie niesprawiedliwe, że dodatkowo cię karze -powiedział i zatonęliśmy w sobie oczami.- Mogę was zostawić na chwilę - zaproponowała Gisselle, widząc, że zapomnieliśmy o całym świecie.- Co więcej,podjadę do schodów i będą patrzeć, czy ktoś się nie zbliża.Już miałam zaprotestować, ale Beau podziękował jej.Cicho zamknął za nią drzwi i usiadł na łóżku, obejmując mnie.- Moja biedna Ruby.Nie zasłużyłaś na to.Pocałował mnie w policzek.Potem rozejrzał się po sypialni i uśmiechnął.- Pamiętam, że kiedyś już tu byłem.Próbowałaś wtedy po raz pierwszy trawki Gisselle, pamiętasz?- Nie przypominaj mi tego - odparłam, uśmiechając się po raz pierwszy od bardzo dawna.- Chociaż.jedno pa-miętam: zachowałeś się jak dżentelmen i zatroszczyłeś o mnie.- Zawsze będę się o ciebie troszczył - obiecał. Pocałował mnie w szyję, potem w brodę, wreszcie musnął moje wargi.- Proszę, Beau, nie.Jestem teraz taka nieszczęśliwa i zagubiona.Pragnę byś mnie całował i dotykał, a równocześniecały czas pamiętam, dlaczego tu się znalazłam, jakie nieszczęście sprowadziło mnie do domu.Skinął głową.- Rozumiem.Ale po prostu nie jestem w stanie powstrzymać się, kiedy czuję cię tak blisko siebie.- Niedługo znowu będziemy razem.Jeśli nie uda ci się przyjechać do Greenwood w ciągu najbliższych dwóch ty-godni, spotkamy się tutaj w święta.- Tak, to prawda - zgodził się, nie wypuszczając mnie z objęć.- Poczekaj, a zobaczysz, co szykuję dla ciebie na BożeNarodzenie.Będzie nam ze sobą cudownie, razem powitamy Nowy Rok i.W tym momencie drzwi otworzyły się gwałtownie i w progu stanęła Daphne, mierząc nas wściekłym wzrokiem.- Tak też myślałam.Wynoś się - rozkazała wskazując Beau drzwi ręką.- Daphne, ja tylko.- Nie racz mnie żadnymi historyjkami ani wykrętami.Nie masz prawa tu wchodzić i doskonale o tym wiedziałeś.- A ty - ciągnęła, wbijając we mnie wzrok - właśnie tak opłakujesz ojca? Przyjmując w sypialni chłopaka? Nie maszw sobie za grosz przyzwoitości? Odrobiny władzy nad sobą? Czy też tak cię spala ta gorąca, cajuńska krew, którakrąży w twoich żyłach, że nie potrafisz stawić czoła pokusie, choć pod tym samym dachem w trumnie spoczywa cia-ło twego ojca?- Niczego złego nie robiliśmy! - krzyknęłam.- Proszę, oszczędz mi tego - przerwała, podnosząc rękę i zamykając oczy.- Beau, wyjdz stąd.Kiedyś miałam o tobiedobrą opinię, ale okazuje się, że niczym nie różnisz się od innych chłopców w twoim wieku.Zapominasz o wszyst-kich zasadach, gdy tylko nadarzy ci się okazja.- Nic podobnego.Po prostu rozmawialiśmy, snuliśmy plany. Uśmiechnęła się lodowato.- Na twoim miejscu nie snułabym żadnych planów związanych z moją córką.Znasz pogląd swoich rodziców na te-mat tego związku, a kiedy dowiedzą się jeszcze o dzisiejszym twoim zachowaniu.- Przecież nie robiliśmy nic złego - upierał się.- Masz szczęście, że nadeszłam w porę.Znowu pewnie zerwałaby z ciebie ubranie pod pozorem malowania portretu.Beau zalał się taką purpurą, że bałam się, iż krew uderzy mu nosem.- Idz już, Beau, proszę - błagałam.Spojrzał na mnie i skierował się do drzwi.Daphne odsunęła się, robiąc mu przejście.Obejrzał się raz jeszcze izniknął w korytarzu.Wtedy macocha odwróciła się w moją stronę.-1 pomyśleć, że omal nie ulitowałam się i nie wysłuchałam twoich próśb, byś mogła zejść na dół.Przez momentwydawało mi się, że naprawdę cierpisz.Wyszła zamykając za sobą drzwi.Cichy szczęk zamka zabrzmiał w moich uszach niczym huk wystrzału, aż serce na moment we mnie zamarło [ Pobierz całość w formacie PDF ]

Archiwum