[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Sama nie wiem, czego chcę, czasami już nawet niewiem, kim jestem.Kiedy cię wczoraj spotkałam, poczułam siętak, jakbym zobaczyła moją szczęśliwą gwiazdę.Poszłam zanią.Za tobą.- Opowiedz! Oparłszy łokcie na stole, podpierając głowę rękami,przyjaciółka z dzieciństwa cierpliwie słuchała.Nie było w niejani niezdrowej ciekawości, ani kategorycznych osądów.Słowa same płynęły z ust Laury.Wylew u Madeleine,samotnej, starszej pani i poczucie winy, że nie zdołała jejuratować, ani przed starością, ani przed samotnością.Przypadek małego Tanguy'ego, pobitego przez matkę niemalna śmierć, chociaż trzezwe spojrzenie wystarczyłoby, żeby goocalić.Nieszczęsny lek, który miał przynieść ulgę i zdrowie, aokazał się zabójczy.Trwoga z powodu choroby Julie, wyrzutyMarie, a przede wszystkim bezsilność.- Skończyłam z tym wszystkim.Dłużej nie chcę byćlekarką.- Ale przecież zawsze chciałaś to robić.Leczenie ludzibyło twoim marzeniem, twoim ideałem.Przez jakiś czasnawet ci zazdrościłam powołania.- Już nie chcę.Sophie zmarszczyła brwi.- To niemożliwe.Kiedy zostajesię lekarzem, to jest się nim przez całe życie.Laura uparcie milczała, nadąsana, rozgniewana, że ichrozmowa przeniosła się na temat, którego wolałaby unikać.- Możesz przestać praktykować, zostać wyrzucona zezwiązku zawodowego, ale zawsze będziesz lekarzem, tooczywiste.Odruchowo przy najmniejszym symptomiechoroby będziesz analizowała, wyciągała wnioski, stawiaładiagnozy.Odkryjesz to i zrozumiesz bardzo szybko.Już nigdynie będziesz zwyczajną panią Iksińską, choćbyś nie wiem jaksię starała, wytężała wszystkie siły i całą wolę.To po prostuniemożliwe.- Ale ja nie chcę! Już nie chcę! To zbyt trudne, zbytniesprawiedliwe, zbyt bolesne.Być tam bezsilnym, alboprawie bezsilnym, widzem, a nie aktorem, patrzeć, jak odchodzą kolejno i zostać z opuszczonymi rękami, czekającna co? na kogo? To wstrętna robota.- To nieprawda! Nie masz prawa tak mówić.To nie jestwstrętna robota, to piękny zawód, to życie.%7łycie jest piękne,niełatwe, nie jest wesołe każdego dnia, ale piękne, ponieważistnieje i jest samowystarczalne.A ty nie jesteś bogiemwszechmogącym.Nie masz mocy zatrzymania życia, jeżelipostanowiło ono uciec.Miej trochę pokory! Być tam,pomagać, nieść ulgę, wygrać bitwę, mieć czas, komfort, czy tonic dla ciebie nie znaczy? %7łyć znaczy również umierać,stawiać czoło trwodze, strachowi, cierpieniu.Wiedz, że jawierzę, iż bez tego nie znalibyśmy również przyjemności iradości.Przyjrzyj się twojemu zawodowi! Widzisz dzieci, jaksię rodzą, rosną, podpisujesz im zaświadczenia lekarskie, żebymogły uprawiać sport, lub je z niego zwalniasz, dajesz zgodęna kolonie podczas wakacji.Niektórym z nich przepiszeszpierwszy środek antykoncepcyjny.Parafujesz ichzaświadczenie przedślubne.Zobaczysz, jak będą się kochać iz kolei mieć własne dzieci.Tak, czasami będą się kłócić.Tak,będą cierpieć, załamywać się.Będą chorować, mieć wypadki,rozwodzić się i zawsze przyjdą wypłakać się przed tobą.Adokąd, twoim zdaniem, mają pójść? Oni już nie wszyscywierzą w Boga, nie znają już kapłana.Kto im pozostał, jeślinie ich lekarz, który, ponieważ złożył przysięgę, nigdyniczego nie powtórzy.Oni są życiem.To wszystko jestżyciem.Tak, ja uważam, że to piękny zawód.Lekarz bierze nasiebie odpowiedzialność, lekarz ma odwagę.Proszę, nieporzucaj go.- Boli mnie.Te słowa, ledwie sformułowane, ledwie dosłyszalne,wyrwały się z ust Laury jak cicha, żałosna skarga.Był to prawie zwierzęcy jęk bólu każdej żywej istoty,która jest już tylko jedną wielką raną, rozdarciem, wybuchem, ale która już, w chaosie zbyt silnych przeżyć, usiłuje siępozbierać.Sophie wstała, okrążyła ciężki, dębowy stół i przykucnęłaobok przyjaciółki.- Cicho, Lauro, cicho!Objęła ją ramionami, oparła jej głowę na swoim ramieniu.Młoda lekarka opuściła ku niej zaszklone łzami oczy, pełnerozpaczy i wątpliwości.- A do tego Paul oddala się ode mnie, porzuca mnie! Ateraz jeszcze to dziecko! Co mam zrobić?- Cicho! Miej zaufanie! %7łycie zawsze jest silniejsze!Ten dzień minął zgodnie z rytmem codziennych zajęć:przygotowywania posiłków, sprzątania domu, zakupów upiekarza.Benoit wrócił z pracy, co było zapowiedziązbliżającego się wieczoru.Zjedli kolację, a potem każdyulokował się przed kominkiem w salonie, aby się przy nimogrzać.Sophie, wyciągnięta w jednym z foteli, czytała jakieśczasopismo.Laura siedziała po turecku na podłodze, nadywanie wyłożonym kolorowymi poduszkami.Mathi, skulonau stóp ojca, wsadziła nosek w swojego pluszaka.Filiżanki zherbatą ziołową stały tu i tam i palił się ogień.Ogień, którymruczał łagodnie w kamiennym kominku, pożerając polana,trzeszczące, jęczące, wzdychające pod jego palącymipieszczotami [ Pobierz całość w formacie PDF ]

Archiwum