[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.- Oczywiście, że nie! - zachwycił się Richard. Zabrałem z sobą namiot. - Mam mnóstwo namiotów - odparł Thorn powoli, beznamiętnie.Wszystkocoraz bardziej szło po jego myśli.- Jak długo tu będziecie?- Mam nadzieję, że całkiem długo - odparła Trilby ze złością.- Tylko tydzień lub coś koło tego, kochana staruszko - westchnął Richard.-Przykro mi, ale mój kuzyn, książę Lancaster, zaprosił mnie w odwiedziny doswojego zamku w Szkocji.- Och, Richardzie, ależ ty jesteś snobem! - zganiła go Julie.- Naprawdę nieprzystoi dżentelmenowi wspominać o czymś takim, kiedy dopiero co wysiadł zpociągu.- Przepraszam - powiedział, uśmiechając się do niej głupkowato.Nie uszedł uwagi Trilby błysk w oczach Julie.Thornowi też nie.Wyprostował się w siodle, wysoki i elegancki nawet w roboczym ubraniu.Ochraniacze nie zdołały ukryć twardych, potężnych mięśni jego nóg.Julieprzyglądała się im spod rzęs.Trilby zauważyła to i poczuła dziwną złość.- Będę więc z wami w kontakcie.Trzymaj się głównej drogi, Jack - ostrzegł ojcaTrilby.- Będziemy w pobliżu, dopóki nie dotrzecie do domu.Zagwiżdż, jeślibędziesz nas potrzebował.- Mam ze sobą strzelbę - odparł Jack.Thorn skinął głową.Własną broń miał przy boku i była ona doskonale widocznaw starym, czarnym olstrze.- Panie Vance, czy to rzeczywiście konieczne, by w miejscu publicznym nosićbroń? - zapytała z ciekawością Julie.Jego piękna, szczupła dłoń dotknęła wytartej kolby.Miał długie palce onienagannie płaskich paznokciach.- Tak, proszę pani - odparł.- Od wybuchu rewolucji meksykańskiej mieliśmytutaj sporo kłopotów.W Douglas znajduje się posterunek wojskowy, ale mieszkamyw znacznej odległości od miasta.Czasami musimy polegać na sobie.- Nie chce pan chyba powiedzieć, że Meksykanie naprawdę do was strzelają? -zapytała przerażona Julie.Thorn uniósł jedną brew.- Właśnie to chcę powiedzieć.Jack was uświadomi, że teraz nie jest całkiembezpiecznie jezdzić po okolicy bez eskorty ani też zbytnio oddalać się od domu,chyba że będzie wam towarzyszył jakiś mężczyzna.Nie zaszkodzi przedsięwziąćpewnych środków ostrożności.- Zadbamy o to, by dziewczęta zbytnio się nie oddalały.Dzięki, Thorn - rzuciłJack.- Cała przyjemność po mojej stronie.- Dotknął palcami szerokiego rondakapelusza, w cieniu którego kryły się jego oczy.- %7łyczę przyjemnego dnia.Miło mibyło was poznać.Krótkim skinieniem głowy dał znak swoim ludziom, przyłożył ostrogi do bokówkonia i popędził przed nimi traktem biegnącym równolegle do drogi.Jechał tak, jakrobił wszystko - z wdziękiem i klasą.Wzrok Trilby niechętnie podążał za nim.- Och, Boże, ależ on jezdzi! - powiedziała z entuzjazmem Julie.- Ten waszsąsiad jest bardzo przystojny.- Jest wdowcem - objaśnił ją Jack.- Tak, i ma słabość do Trilby - zachichotał Teddy.Trilby zarumieniła się.- Uspokój się, Teddy! - krzyknęła.- Sprawia wrażenie dość nieokrzesanego  zauważył chłodno Richard.- A ciludzie.niektórzy z nich byli Meksykanami i aż mnie dreszcz przechodzi, kiedysobie pomyślę, że ci Apacze nocą poruszają się swobodnie po okolicy.- On mieszkaz dzikusami, prawda?- Tak.cóż - odparł sztywno Jack, poczuwając się do obrony Thorna.- Kiedyś to była ich ziemia.- Nic nie potrafili tu zrobić - zauważył wyniośle Richard.- Tacy zacofani ludzie!Jak to wszystko znosisz, Trilby? - zapytał.Było to pierwsze pytanie, jakie jej bezpośrednio zadał.Trilby aż się rozpromieniła.- Jest tu zupełnie inaczej niż w domu - przyznała mu rację.- Strasznie za nimtęsknię.- Nie dziwię się - powiedział Richard.Sissy i Ben stali trochę z boku.- Dlaczego drżysz? - zapytał szeptem brat.- Oboje wiemy, że zafascynował cięszlachetny czerwonoskóry.- Ten konkretny czerwonoskóry jest prawdziwą zagadką - odparła spokojnie.-Czy zauważyłeś, jak jego oczy zabłysły, kiedy pan Vance do niego przemówił?Mogę się założyć nie wiem o co, że to wszystko była gra.Nie sądzę, by był głupi.Uważam, że się z nami bawił.- Sissy, większość Indian dość istotnie różni się od profesorów college'u -zauważył łagodnie brat.- Większość tak.Ale ten.- Zagryzła dolną wargę.- Ben, czyż nie byłwspaniały? - zapytała cicho.- Nigdy nie widziałam nikogo takiego jak on.- Uważaj - ostrzegł ją.- Panują tutaj podziały rasowe.Nie próbuj ich pokonać.Wiesz, jaki jest Richard.- Nic mnie nie obchodzi Richard - odparła.- Chcę się więcej dowiedzieć opomocniku pana Vance'a.- Bądz ostrożna, dobrze?- Słyszeliście, co ten czerwonoskóry powiedział o Sissy? - mruknął nagleRichard.Spojrzał na nią.- Taka zniewaga!- Nie mogę w to uwierzyć! - krzyknęła Sissy.- To mój profesor antropologii!Doktor McCollum! - Trilby roześmiała się.- Nigdy nic o tym nie mówiłaś! Nie napisałaś o tym w żadnym z listów!- Zachowywałam to na spotkanie z tobą  wybrnęła zręcznie Sissy.- Jak towspaniale, że tu przyjechałam!- I ja się cieszę, że tu jesteś - dodała Trilby.Spojrzała na Richarda, ale ten zajętybył pokazywaniem Julie miejscowego kolorytu.- Pan Vance jest całkiem przystojny, prawda?  zapytała Sissy.- Lepiej uważaj, Trilby, bo Sissy odbije ci miejsowego adoratora.- Juliezaśmiała się miło, popatrując z ukosa na Richarda, który stał ze zmarszczonymczołem.- Przypuszczam, że jest dość dziki, prawda? %7łycie pośród Meksykanówi Indian zapewne sprawia, iż człowiek robi się szorstki.Trilby wyglądała, jakby miała mdłości, co zresztą było prawdą.Julie bardzodobrze pokazywała, o co jej chodzi - Richard jest jej i nie pozwoli Trilby zbliżyć siędo niego nawet na krok.Jeżeli nawet Richard widział tę postawę posiadaczki, wcalemu to nie przeszkadzało.Uśmiechnął się do Julie pobłażliwie.Nie mówiąc ani słowa więcej Trilby ruszyła z powrotem do samochodu.Tak czyowak, nie wiedziała, co powiedzieć.Richard z nagłą konsternacją zauważył jej cicheodejście.Zaczął coś mówić, ale przeszkodził mu Jack Lang, popychając Teda iMary w stronę samochodu.Znowu ruszyli.Ryk silnika zagłuszył dalszą rozmowę.Kilka mil od Los Santos mała rodzina meksykańskich peonów przyjmowałajednego z oficerów Madero.Pokryta strzechą chatka z wypalanej na słońcu cegłybyła pusta, jeśli nie brać pod uwagę nielicznych kurczaków drapiących klepisko.Mały ogień oświetlał ponure wnętrze, gdzie żona peona piekła tortille z niewielkiejilości mąki, jaką przywiózł im poplecznik Madero.- Muchas gracias - mruknął wysoki, młody mężczyzna, kiedy na tortillepołożono mu łyżkę fasoli.Miał się na baczności, by nie obrazić tych ludzi, odmawiając przyjęcia poczęstunku.Nic nie mieli, byli jednak dumni.Odmówienieprzyjęcia ich cennego pożywienia oznaczało niewybaczalną zniewagę.- Jesteśmy szczęśliwi, że możemy cię gościć  powiedział z zapałem peon.- Towłaśnie dla takich ludzi jak my walczysz z federales.- Pewnego dnia zwyciężymy, amigo - odparł z żarem człowiek Madero.-Walczymy o słuszną sprawę.Odzyskamy ziemię, którą naszemu ludowi zabrali cipodli Hiszpanie.Każemy tym psom zapłacić za krzywdy, jakie wyrządziliMeksykowi.- Si - przytaknął peon z ogniem w oczach.- A teraz powiedz mi, jakie są wieści.- Powiadają, że na ranczo Blackwater Springs przyjechała w odwiedziny grupagringos.Zamożni z bogatych miast na Wschodzie.Oficer skinął głową i w zamyśleniu zmarszczył brwi [ Pobierz całość w formacie PDF ]

Archiwum