[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Cadoudal uśmiechnął się. Postaramy się  rzekł  dowieść mu, żeśmy godni stanąć z nim do walki. Podpali wasze miasta! Schronimy się do naszych chat. Spali wasze chaty! Będziemy żyli w naszych lasach. Zastanowisz się jeszcze, generale. Zrób mi ten zaszczyt i pozostań ze mną jeszcze przez czterdzieści osiem godzin,pułkowniku, a przekonasz się, że już się zastanowiłem. Bierze mnie ochota przyjąć twoje zaproszenie, generale. Tylko, pułkowniku, nie żądaj ode mnie więcej, niż ci mogę dać: sen pod słomianąstrzechą albo w płaszczu pod gałęziami dębu; konia do jazdy i przewodnika, gdy mnieopuścisz. Przyjmuję. Słowo, pułkowniku, że nie będziesz się sprzeciwiał rozkazom, jakie będę wydawać, i nieprzeszkodzisz niespodziankom, jakie zechcę ci zgotować? Jestem zbyt zaciekawiony, bym to miał uczynić; masz moje słowo, generale.Cadoudal uśmiechnął się. A więc zobaczysz, pułkowniku  rzekł.W tejże chwili drzwi otworzyły się i dwaj wieśniacy wnieśli nakryty stół, na którym obokkawałka słoniny dymił kapuśniak; jabłecznik, dopiero co ściągnięty z beczki, wylewał sięspieniony z olbrzymiego garnka, który stał między dwoma kieliszkami.Placki z mąki gryczanej przeznaczone były na koniec tej skromnej wieczerzy.Stół miał dwa nakrycia. Widzi pan, panie de Montrevel  rzekł Cadoudal  moi chłopcy spodziewają się, że panzrobi mi ten zaszczyt i spożyje ze mną wieczerzę. I na honor, nie mylą się; zażądałbym jej od pana, gdyby mnie pan nie zaprosił, ausiłowałbym zabrać ci, generale, przemocą swoją część, gdybyś mi jej odmówił. A zatem, do stołu!Młody pułkownik zasiadł wesoło. Przepraszam za tę wieczerzę, którą pana częstuję  rzekł Cadoudal  nie mam, jak wasigenerałowie, odszkodowania wojennego, żywią mnie moi żołnierze.Cóż nam dasz jeszcze,Zabijako? Potrawkę z kury, generale. Takie jest menu pańskiej wieczerzy, panie de Montrevel. Ależ to uczta! Teraz obawiam się tylko o jedno. O co? Dopóki będziemy jedli, nic nie zakłóci nam porozumienia, ale gdy przyjdzie do picia?. Pan nie lubi jabłecznika? Do diabła! Wprawia mnie pan w niemały kłopot.Jabłecznikalbo woda stanowią moją piwnicę. Nie o to chodzi: za czyje zdrowie pić będziemy? Tylko o to, pułkowniku?  odparł Cadoudal z wielką godnością.131  Będziemy pili za zdrowie naszej wspólnej matki, Francji; służymy jej każdy odmiennymduchem, ale, mam nadzieję, jednakim sercem.Za zdrowie Francji!  dodał Cadoudal,napełniając oba kieliszki. Za zdrowie Francji!  odrzekł Roland, trącając się kieliszkiem z Jerzym.I zasiedli obaj wesoło do stołu, z sumieniem spokojnym, z apetytem ludzi, z którychstarszy nie miał trzydziestu lat.132 Oko za oko A teraz, generale, dotrzymaj słowa  rzekł Roland, gdy skończyła się wieczerza i dwajmłodzieńcy, oparłszy łokcie na stole, wyciągnęli się przed ogniem kominkowym i zaczęliodczuwać błogostan, stanowiący zwykły skutek jedzenia, którego przyprawami były apetyt imłodość. Przyrzekłeś, że mi pokażesz rzeczy, z których będę mógł zdać raport pierwszemukonsulowi. A ty, pułkowniku, przyrzekłeś, że się sprzeciwiać nie będziesz? Tak; zastrzegam jednak, że jeśli to, co ujrzę, w zbyt wielkiej będzie niezgodzie z moimsumieniem, wycofam się. Koń będzie zawsze do twego rozporządzenia, pułkowniku: osiodłają twojego lubmojego, jeśli twój zanadto się zmęczy, i będziesz wolny. Doskonale. Okoliczności sprzyjają panu  rzekł Cadoudal  jestem tutaj nie tylko generałem, aletakże sędzią najwyższym a od dawna już powinienem w pewnym przypadku wymierzyćsprawiedliwość.Powiedziałeś mi, pułkowniku, że generał Brune jest w Nantes; wiedziałem otym; powiedziałeś mi, że jego straż przednia jest o cztery mile stąd, w Roche-Bernard, i o tymwiedziałem również; ale pan nie wie może o tym, że tą przednią strażą nie dowodzi żołnierz,jak pan i ja: dowodzi nią obywatel Tomasz Millire, komisarz władzy wykonawczej.I jeszczemoże nie wie pan tego, że obywatel Tomasz Millire nie bije się, jak my, przy pomocy dział,fuzji, bagnetów, pistoletów i szabel, ale przy pomocy narzędzia, wynalezionego przez jednegoz waszych filantropów republikańskich i nazwanego gilotyną. Niepodobna, panie  zawołał Roland  żeby za rządów pierwszego konsula prowadzonowojnę w ten sposób. Musimy się porozumieć, pułkowniku; nie mówię, że to pierwszy konsul prowadzi takąwojnę, mówię, że ją prowadzą w jego imieniu. Kim jest ten nędznik? Powiedziałem panu, nazywa się Tomasz Millire; zasięgnij wiadomości, pułkowniku, aw całej Wandei i w całej Bretanii jeden tylko usłyszysz głos o tym człowieku.Od pierwszegodnia powstania wandejskiego i bretońskiego, to jest od sześciu lat, ten Millire był zawsze iwszędzie jednym z najczynniejszych krzewicieli terroru; dla niego terror nie skończył sięwraz z Robespierrem.Denuncjując przed wyższymi władzami albo każąc denuncjować przedsobą żołnierzy bretońskich lub wandejskich, ich krewnych, ich przyjaciół, ich braci, siostry,żony, córki nawet rannych, nawet umierających, kazał rozstrzeliwać wszystkich, gilotynować133 wszystkich bez sądu.W Daumeray na przykład pozostawił ślad krwi, który nie został jeszczezatarty i nie będzie zatarty nigdy; przeszło osiemdziesięciu mieszkańców zamordowano najego oczach; synów zabijano w objęciach matek, które dotąd, daremnie, wołając o zemstę,wznosiły ku niebu ręce, zbroczone krwią.Stopniowe uspokojenie Wandei albo Bretanii nieukoiło tego pragnienia morderstwa, które trawi jego wnętrzności.W roku 1800 jest taki sam,jaki był w roku 1793.Otóż ten człowiek.Roland spojrzał na generała. Otóż  ciągnął dalej Jerzy z największym spokojem  widząc, że społeczeństwo niepotępia tego człowieka, ja wydałem na niego wyrok; ten człowiek umrze. Jak to! Umrze w Roche-Bernard, wśród republikanów, pomimo swojej gwardiizabójców, pomimo orszaku złożonego z katów? Jego godzina wybiła, umrze [ Pobierz całość w formacie PDF ]

Archiwum