[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.SkrzydlatyKoń, wdzięczny i elegancki, stojąc na swoim postumencie był jakby świadomy potęgistrzegących go sił.C.W.ogarnęło wariackie wrażenie, że wystarczy jeden gwizd, a koń wyskoczy ze swegowięzienia prosto w jego ręce.Zagwizdał nawet, lecz tylko jego ciepły oddech, odbity od szyby,uderzył go w twarz.Nie był pewien, ale zdawało mu się, że koń do niego mrugnął.Z westchnieniem podniósł z podłogi wózka wielką gumową przyssawkę.Docisnął ją do szyby i przywiązał linką do podpory pionowej belki.Następnie wyciągnął zza paska diament doszkła i cierpliwie naciął idealny okrąg dookoła przyssawki.Powtórzył tę czynność jeszcze kilkakrotnie i schował diament.Kciukami obu rąk puknąłw szybę obok przyssawki, która na tle okna wyglądała jak czarny karbunkuł.Szkło ustąpiło; C.W.ostrożnie chwycił przyssawkę z wykrojonym kawałkiem szybyi opuścił ją na lince, tak że wisiała spokojnie wzdłuż ściany budynku.Przecisnął się przezokrągły otwór, unikając niskiego, ukośnego promienia światła, i znalazł się w galerii.Przezchwilę stał bez ruchu, starając się odzyskać orientację i przystosować oczy i ciało do zmianyoświetlenia i temperatury.Oddychał równo, głęboko, napinając mięśnie przed czekającym gonajwyżej dziesięciosekundowym sprintem po konia i z powrotem, na wolność. Czarny człowiek-pająk wiedział bowiem, iż nie ma najmniejszej szansy ukraść koniai uciec niepostrzeżenie.Być może mogłaby tego dokonać armia techników i elektroników, aleC.W., jak zawsze, pracował sam.On musiał zaryzykować.Do pomocy miał tylko zwierzęcą siłę, niewiarygodnie zimną krew, dziką naturęi bezgraniczną pogardę dla niebezpieczeństwa.Miał jeszcze jedną zaletę, w jego fachu godną najwyższego podziwu  opanowanie, dziękiktóremu rzadko uciekał się do użycia siły.Owszem, używał siły  wobec wszelkichprzedmiotów, które mu stały na drodze, jak rygle, drzwi, sejfy, urządzenia alarmowe; ale nigdywobec ludzi.C.W.cenił ludzi  nawet tych najbogatszych  niemal tak samo jak ich przepięknedzieła sztuki.Odetchnął głęboko, gwałtownie wypuścił powietrze z płuc i skoczył na środek sali.Jeżeli ktoś otrzymał na chrzcie imiona Clarence Wilkins, a kolegom w szkole na pytanie,którego z nich mają używać, odpowiadał  żadnego , to nie dziwota, że siłą musiał bronić swychpraw.Clarence Wilkins Whitlock zetknął się z tym problemem już we wczesnej młodości, leczpo krwawych, na szczęście krótkich potyczkach w jednej z podrzędnych dzielnic Tallahassee, naFlorydzie, wywalczył sobie, że nazywano go  C.W.Zawsze chadzał własnymi drogami, czy raczej bezdrożami.Instynktownie doceniał pięknonatury tej części północnej Florydy, gdzie na wyżynie, niczym gniazdo otoczone falistymipagórkami, jeziorami i strumieniami, leży Tallahassee.Za każdym razem, gdy tylko udało musię wyrwać z domu, C.W.tam właśnie lubił spędzać czas  kąpać się w małych, rwącychpotokach, opalać na cichych wyżynach i wdrapywać na gigantyczne magnolie czymajestatyczne, omszałe dęby.Dom był dla niego jedynie przystanią, lecz nie spokoju, a gniewu; wyspą ubóstwa i goryczyna morzu obfitości.Przede wszystkim zaś był glebą, na której wykiełkował jego rasizm (C.W.sam przyznawał, że można go zaliczyć do czarnych rasistów).Jego młodość przypadła na okres budzenia się świadomości czarnej rasy, a ten fałszywy przedświt przyciągał go jak magnes.Nieczuł jednak do białych nienawiści  bał się ich jak ognia; strach zaś, jak się przekonał, to uczuciedużo silniejsze od nienawiści.Dopiero kiedy zaczął zdobywać niepodważalną pozycję, odkrył, że strach przed białymiustąpił miejsca ostrożnej obserwacji, potem niechętnemu uznaniu ich istnienia, aż wreszcieakceptacji białych jako niezbędnego składnika jego własnej społeczności [ Pobierz całość w formacie PDF ]

Archiwum