[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Zrobił krok do tyłu.- Dam ci adres.- Mam.Dostałem go na uczelni. 119- Doskonale.W takim razie czekam.Może zaproszę paru starych kumpli.- Zwietnie.Fargo uśmiechał się do momentu, aż tamten znikł za szerokimi drzwiami.Potem odwróciłsię do ogromnego, bijącego w oczy jasnymi, zdecydowanymi barwami płótna.Twarde,krótkie pociągnięcia pędzla nadawały mu wyraz jakiegoś radosnego pośpiechu.Na pierwszyrzut oka przedstawiał obraz głowy wciśniętej między czyjeś uda.Ciepłe kolory bynajmniejnie harmonizowały z nastrojem Fargo.Czego właściwie się spodziewał? %7łe wszyscy rzucąnagle swoje zajęcia, by wspólnie z nim biadać nad problemami, których nie chciał imwyjawić? Pomyślał o Philu Hagenie, postaci, która po pierwszych niepowodzeniach urosła dorangi klucza mogącego otworzyć pełen napięć i kompleksów świat dzieciństwa.Pomyślał też,że ostatnią rzeczą, na jaką miał teraz ochotę, jest wypicie butelki whisky z Dewhurstem i paręgodzin głupich uśmiechów na party u Patty.Gmach wzniesiony z nałożonych na siebiepragnień znowu chwiał się niebezpiecznie.* * *Mokra, jakby nawilżona mikroskopijnymi, unoszącymi się w powietrzu kropelkami wodyszarość powoli ustępowała miejsca coraz ciemniejszym odcieniom zapadającego zmroku.Zwiatła nielicznych jeszcze neonów odbijały się w pozostałych po niedawnym deszczudrobinach wody na szybach.Stojący za barem wysoki Murzyn zapalił światło we wnętrzupubu.Wytarł już ostatnią szklankę i apatycznie przyglądał się nielicznym gościom przystolikach.Widząc ruch ręki mężczyzny w galowym mundurze, który siedział wnajciemniejszym kącie, niechętnie otworzył przejście w kontuarze i wolnym, staranniewymierzonym krokiem przebył dzielącą ich przestrzeń.- Jeszcze raz whisky - powiedział Fargo.Miał nadzieję, że ciało marynarza, które  wypożyczył , bez szwanku zniesie dodatkowąporcję trunku.Na początku wypił sporo, żeby uspokoić nerwy.Popełnił błąd.Może i słusznieuznał, że na takie spotkanie lepiej udać się jako kto inny, ale spieszył się i od razu, wprost zokna pensjonatu,  wstrzelił się w kierowcę prowadzącego szybkiego porsche.Dłuższąchwilę nie mógł opanować szalejącej sportowej maszyny i był o włos od wypadku.Potrzebował czegoś mocniejszego i dlatego przed samym pubem  wstrzelił się w ciałomarynarza.Podniósł do ust przyniesioną przez barmana szklaneczkę i upił mały łyk.Potem spojrzałna ogromną tarczę wiszącego na ścianie zegara.Wielogodzinne oczekiwanie dłużyło sięnieznośnie.Uśmiechnął się pod nosem.Czuł, że było coś upokarzającego w jego zachowaniu.Gdyby można było zastosować takie uproszczenie, całą sprawę dałoby się sprowadzić dostwierdzenia: klęska prywatnych pragnień znowu pchnęła go w ramiona tej afery.Co zabezsens, a jednocześnie perfidia ludzkiego zachowania, które potem można by podciągnąć 120pod miano patriotyzmu.Drgnął, słysząc odgłos otwieranych drzwi, i po raz pierwszy w tym dniu poczuł ulgę.Odrazu rozpoznał tego człowieka.Wysoka prosta postać, siwe włosy okalające twarznaznaczoną jakby stygmatem zmęczenia czy zniechęcenia, długi, nie pasujący do wiekukrok.Paul Keldysh nie zmienił się zbytnio.Przynajmniej z wyglądu, bo w przeciwieństwiedo zapamiętanego obrazu brakowało kilku cech.Gdzieś znikła promieniująca na wszystkichpewność i determinacja.Wielka kultura, jeśli można użyć tego określenia, nie zgasła coprawda, ale z trudem przebijała spod nowego, nie wiadomo przez kogo narzuconegopancerza.Keldysh powoli podszedł do baru i ze swobodą bywalca zajął jedno z wysokich krzeseł.- Proszę ale - starannie odliczył wyciągnięte z kieszeni drobniaki.Pił powoli, w skupieniu, jakby roztrząsając coś przy tym w myślach.Emanował z niegosmutek.Idealnie czysty, odprasowany garnitur nosił ślady długiego używania.Sweter, którymiał pod spodem, i krawat również nie były nowe.Fargo zdał sobie nagle sprawę, że żal mutego człowieka.%7łal mu kogoś, przez kogo nie był teraz statecznym obywatelem.Uważnierozejrzał się po sali.Odczekał chwilę i kiedy tylko pochwycił wzrok stojącego za baremMurzyna,  wstrzelił się w niego.Tak przykra na początku nagła ciemność i uczucie pędu nierobiły już na nim wrażenia.Spoza szerokiej lady baru spojrzał z niepokojem na siedzącego wkącie marynarza.Bał się, żeby jego reakcja nie zwróciła uwagi Keldysha.Tamten, jakwszystkie ofiary psychicznych manipulacji, najpierw uporczywie potrząsał głową, a potem wszoku rozglądał się wokół. Cholera, żeby tylko nie zaczął krzyczeć - pomyślał Fargo.Wzrok marynarza padł na stojącą przed nim szklaneczkę z whisky.Na ustach pojawił sięnagle cień uśmiechu, wzruszył ramionami i wychylił ją jednym haustem, po czym trochęchwiejnym krokiem ruszył do wyjścia.Fargo odruchowo się uśmiechnął.Napełnił z beczki wysoką szklankę i podszedł doKeldysha.- Jeszcze jedno?Siwe brwi uniosły się w zdziwieniu.- Nie.Dziękuję.- Na koszt firmy.Proszę.Postawił przed nim oszronione szkło.Stalowe oczy utkwił na wysokości jego twarzy.- Myślę, że pod nieobecność gospodarza możemy trochę narozrabiać.- Nieobecność gospodarza? - Keldysh opuścił głowę, dotykając obrzeża jednej ze swychpustych szklanek.- O czym ty mówisz?Fargo wykrzywił swą czarną twarz.- Ja, Murzyn Bob mówić, że już nie chcieć być dalej Murzyn.- Zmienił nagle ton.-Przecież pan doskonale wie, z kim pan rozmawia.Keldysh ciągle tkwił w tej samej pozycji.Nie drgnął ani jeden jego mięsień. 121- Czego jeszcze ode mnie chcecie? - spytał.- Wszystko ucichło i nadszedł już czas, żebywykonać wyrok?Fargo zrozumiał nagle, na co dawny szef wywiadu czeka.- Nie, proszę pana.Nie widzieliśmy się tyle lat, więc wpadłem, żeby pogadać.- Kim jesteś?- Lynn Fargo.Pamięta mnie pan?%7ładnej reakcji.Nagle pytanie:- Jak się nazywał łącznik, z którym rozmawiałeś ostatniej nocy przed wyjazdem zLondynu?- Nie pamiętam.Wiem tylko, że miał na imię.- stary lis już zaczynał się uśmiechaćdrwiąco - Elaine.- Chryste! - Keldysh podniósł głowę tak szybko, że można było się obawiać o kościdzwigające czaszkę.- Lynn, to naprawdę ty!Zapadła długa cisza.Keldysh zdołał się opanować dopiero po kilkudziesięciu sekundach.- Myślałem, że nie żyjesz - powiedział tak spokojnym głosem, jakby prosił o następnepiwo.- Niewiele brakowało.- Co robiłeś przez tyle lat?- To naprawdę długa opowieść.Keldysh dyskretnie rozejrzał się po sali.- Słuchaj, Fargo.Fakt, że istniejesz, to dla nas niezwykła, jedyna i niepowtarzalna szansa.Nie możemy jej zmarnować za żadne skarby - w jego głosie nareszcie odezwała się nuta,której brakowało u odnalezionych po latach znajomych.- Chcę, żebyś to dobrze zrozumiał.Chcę też wiedzieć, czym dysponujesz.- Odnalazłem jednego z ludzi przydzielonych mi do ochrony.- Którego?- Kena Sienę.Keldysh wyraznie odetchnął.- Ale on jest jakiś dziwny - kontynuował Fargo.- Do jasnej cholery, czy pan wie, jak onwygląda?- Wiem.On ci pomoże, Lynn.- Ale.nie wiem, czy można mu ufać.- Można.Bardziej niż sobie samemu - odwrócił głowę i nagle zmienił temat.- Bob rzadkorozmawia z klientami - szepnął.- Bądz wyraznie znudzony.Fargo zabrał opróżnioną szklankę, przyjął starannie odliczone drobne i wrzucił je doszuflady [ Pobierz całość w formacie PDF ]

Archiwum