[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Coś znalezli.Torbę.W pierwszej chwili niezorientowała się, co ich zatrzymało, ale potem serce podeszło jej do gardła.Jużwiedziała.Malcy zajrzeli do torby.Dołączył do nich starszy z braci.Była to zwykłapapierowa torba na zakupy, którą ktoś zostawił za węgłem kiosku.Starkey pożałowała, że nie połknęła więcej tagametu.- Zmykajcie stąd.Nie podniosła głosu, nie ruszyła nawet w stronę chłopców.Oto spotkała MisterReda.Bomba była na pewno odpalana radiem.Skurwysyn ich obserwował i w każdejchwili mógł zdetonować ładunek.Starkey rzuciła na ziemię niedopałek i rozdeptała go nogą.Musiała przegonićstąd te dzieci.Ruszyła w stronę torby.- To jest prawdopodobnie urządzenie wybuchowe - powiedziała głośno.-Powtarzam: urządzenie wybuchowe.Trzeba stąd usunąć dzieci.Podszedłszy bliżej, podniosła głos, nadała mu ostry, rozkazujący ton.- Hej, wy!Spojrzeli na nią.Chyba nie mówili po angielsku.- Zmiatajcie stąd, ale już!Chłopcy wiedzieli, że zwraca się do nich, lecz tylko wytrzeszczali na nią oczy,jakby nic nie rozumiejąc.Ich matka powiedziała coś po hiszpańsku.- Niech im pani powie, żeby uciekali! - zawołała do niej Starkey.Kobieta trajkotała coś po hiszpańsku, tymczasem Starkey podeszła do torby idostrzegła końcówki rur.- BOMBA!Chwyciła obu malców - mogła złapać jedynie dwóch - i odciągnęła byle dalej odtego miejsca. - TU JEST BOMBA! BOMBA!! - krzyczała co sił w płucach.- POLICJA,PROSZ NATYCHMIAST UCIEKA!Chłopcy rozpłakali się, ich matka skoczyła na Starkey jak kocica, ludzie wkolejce zaczęli się kręcić niespokojnie.Starkey napierała na nich z furią, usiłujączmusić do ucieczki, jednocześnie wozy policyjne wjechały do parku i z rykiem pędziływ ich stronę.I nic się nie stało.Russ Daigle, z twarzą błyszczącą od potu i tak napiętą, jak to się zdarza jedyniesaperom rozbrajającym bombę, mruknął:- Tu nie ma żadnego ładunku.Starkey była tego pewna co najmniej od półgodziny.Gdyby Red chciałzdetonować tę bombę, zrobiłby to, kiedy ona nad nią stała.Teraz siedziała zasuburbanem Daigle'a jak wtedy, gdy pracowała w wydziale i dochodziła do siebie poakcji.Daigle posłał robota z wyrzutnikiem pirotechnicznym, żeby zdetonowałpodejrzane rury.- Liścik do ciebie.Wręczył Carol czerwoną fiszkę.Razem z nim podeszli Dick Leyton i zastępcakomendanta Morgan.Na fiszce widniały słowa: Sprawdz listę.Spojrzała na starszychkolegów.- Co to ma znaczyć, u diabła?Leyton dotknął jej ramienia.- Red trafił na listę.FBI dopisało go, jak tylko dostało jego dane.Roześmiała się cierpko.- Przykro mi, Carol.Wykonałaś dobrą robotę.Naprawdę pierwszorzędną.Było więc po wszystkim.Mogła zapomnieć o porozumieniu, jakie udało jej sięnawiązać z Redem.Z pewnością ich obserwował.Gdziekolwiek teraz był, musiałpokładać się ze śmiechu.Nawet gdyby znowu weszła do Klaudiusza i on tam czekał,wszelka nadzieja na zwabienie go w pułapkę i tak minęła bezpowrotnie.Osiągnął swójcel.Podszedł Kelso i powiedział jej z grubsza to samo co Leyton.Udało mu sięnawet zrobić zatroskaną minę. - Słuchaj, Carol, musimy jakoś uporać się z tym, co narozrabiałaś, tu nic się niezmienia, ale, hmm, może uda się spowodować, byś u nas została.Raczej nie wwydziale, ale i to się jeszcze zobaczy.- Dzięki, Barry.- Możesz mi dalej mówić po imieniu.Uśmiechnęła się.Agenci ATF krążyli wokół Pella niczym jego ochrona osobista.Oczy jego iStarkey spotkały się przelotnie.Pell rzucił jakieś słówko swoim stróżom i podszedł doCarol.- No i jak się czujesz?- Bywało lepiej, ale bywało też gorzej.Słyszałeś, że wciągnęli go na listę?- Mhm.Może drań się teraz wycofa.Skinęła głową.Nie wiedziała, co o tym myśleć [ Pobierz całość w formacie PDF ]

Archiwum