[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.- Oddajcie mojego syna! - darła się.- Oddajcie mojego syna!Tłum wiwatował entuzjastycznie i bezstronnie.Mały chłopiec opluł jej nogę i uciekł.Jan.- pomyślał Garraty.Idę do ciebie, Jan, pieprzę to całe gówno, przysięgam na Boga, żeprzyjdę.McVries miał rację, Jan nie chciała, żeby szedł.Płakała.Błagała go, żeby zmienił zdanie.Niechcę cię stracić, proszę, Ray, nie bądz głupi, Wielki Marsz to tylko morderstwo.Siedzieli na ławce zapodium orkiestrowym.To było przed miesiącem, w kwietniu.Obejmował ją ramieniem.Spsikała sięperfumami, które dał jej na urodziny.Jakby wydobywały jej tajny dziewczęcy zapach, mroczny,cielesny i odurzający.Muszę iść, powiedział jej.Muszę, nie rozumiesz? Muszę.Ray, nie wiesz, co robisz.Ray, proszę, nie.Kocham cię.Miała rację, pomyślał teraz, idąc drogą.Jasne, że nie wiedziałem, co robię.Ale nie wiedział tego nawet w tej chwili.Koszmar.Jeden wielki koszmar.- Garraty?Poderwał głowę, zaskoczony.Znów przysnął.McVries szedł obok niego.- Jak się czujesz?- Jak się czuję? - powtórzył ostrożnie Garraty.- Chyba dobrze.- Barkovitch puchnie - oświadczył McVries ze spokojną radością.- Jestem pewny.Mówi dosiebie.I kuleje.- Ty też kulejesz.I Pearson.I ja.- Stopa mnie boli, to wszystko.Ale Barkovitch.wciąż pociera nogę.Myślę, że naciągnął sobiemięsień.- Czemu tak go nienawidzisz? Czemu nie Colliego Par-kera? Albo Olsona? Albo nas wszystkich?- Bo Barkovitch jest wyrachowany.- Chce wygrać.O to ci chodzi?- Nie wiesz, o co mi chodzi, Ray.- Zastanawiam się, czy ty sam wiesz - powiedział Garraty.- Pewnie, że to drań.Może trzebadrania, żeby to wygrać.- Dobrzy faceci już się wykruszyli?- Skąd, do diabła, mam wiedzieć? Mijali jednoizbową szkołę krytą szalówką.Dzieci stały nadziedzińcu i machały rękami.Kilku chłopców wdrapało się na małpi gaj i Garraty'emu przypomnielisię robotnicy tartaczni z bardzo daleka.- Garraty! - wrzasnął jeden z nich.- Ray Garraty! Ga-rra-ty!Mały chłopiec o zmierzwionych włosach podskakiwał na górze małpiego gaju, machając obiemarękami.Garraty pomachał mu bez przekonania.Chłopiec prześlizgnął się w dół, zrobił obrót nadrążku, zwisł na nogach i nadal machał.Garraty odczuł pewną ulgę, kiedy chłopiec i dziedziniecszkolny znikli mu z oczu.Dość już miał kibiców.Dołączył do nich Pearson.- Myślałem.- Oszczędzaj siły - powiedział McVries.- Kiepski dowcip.- O czym myślałeś? - spytał Garraty.- Jak ciężko będzie drugiemu.- Czemu ciężko? - zapytał McVries.- No.- Pearson potarł oczy, a potem zmrużył je, patrząc na rozdartą piorunem sosnę.- Wiecie,wdeptać w ziemię wszystkich, absolutnie wszystkich poza ostatnim gościem.Myślę, że dla drugiegoteż powinna być nagroda.- Jaka?- Nie wiem.- %7łycie? - zaproponował Garraty.- Kto by się na to dał skusić?- Pewnie przed startem nikt.Ale w tej chwili byłbym całkiem szczęśliwy tylko z tego.Do diabła znagrodą, do diabła ze spełnieniem najskrytszego marzenia mojego serca.A ty?69 Pearson długo się zastanawiał.- Ja po prostu nie widzę w tym sensu - rzekł przepraszająco.- Wytłumacz mu, Pete - poprosił Garraty.- Co mam mu powiedzieć? On ma rację.Albo cały banan, albo nie dostajesz banana wcale.- Zwariowałeś - rzekł Garraty bez wielkiego przekonania.Był zgrzany, bardzo zmęczony i woczach czuł ćmienie zapowiadające ból głowy.Może tak zaczyna się udar słoneczny, pomyślał.Zarazupadnę, zasnę i obudzę się martwy.- Jasne - powiedział McVries.- Wszyscyśmy zwariowali, inaczej by nas tu nie było.Chcemyumrzeć, Ray.Czy nie dotarło to jeszcze do twojego walniętego zakutego łba? Popatrz na Olsona.Trupia czaszka na kiju.On chce umrzeć.Nie możesz zaprzeczyć.Drugie miejsce? Już na samą myśl,że jeden z nas musi przeżyć, zostanie wyrolowany z tego, co najbardziej pragnie, robi mi sięniedobrze.- Nie znam się na tej całej pieprzonej psychohistorii - powiedział w końcu Pearson.- Ja tylko niemogę znieść myśli, że ten drugi ma być załatwiony.Garraty wybuchnął śmiechem.- Jesteście szajbnięci - orzekł.McVries też się roześmiał.- Teraz zaczynasz rozumować po mojemu.Poopalaj się jeszcze trochę, podduś sobie jeszczetrochę mózg i zrobimy z ciebie żarliwego wyznawcę naszej wiary.Wielki Marsz trwał dalej.Wydawało się, że słońce usadowiło się wygodnie na dachu świata.Rtęć sięgnęła dwudziestusześciu stopni (jeden z chłopaków miał kieszonkowy termometr) i dwadzieścia siedem było w jejzasięgu przez kilka wrzących minut.Dwadzieścia siedem, pomyślał Garraty.Dwadzieścia siedem.Wcale nie tak dużo.W czerwcu bywa dziesięć stopni więcej.Dwadzieścia siedem.Właściwatemperatura, żeby siedzieć za domem, pod wiązem, i jeść sałatkę z kurczaka.Dwadzieścia siedem.Idealna pogoda na szczupaka w najbliższym zakolu rzeki, o Jezu, to by było cudnie.Woda ciepła nawierzchu, ale przy stopach chłodna i czujesz, jak prąd ciągnie cię trochę, a przy skałkach są pijawki,ale jak nie jesteś cipcią, po prostuje odrywasz.Cudowna woda, opływa ci skórę, włosy, krocze.Rozpalone ciało zadygotało na tę myśl.Dwadzieścia siedem.W sam raz, żeby wskoczyć w kąpielówkii położyć się na płóciennym hamaku za domem, z dobrą książką w ręku.A może trochę podrzemać.Raz wciągnął na hamak Jan i leżeli razem, kołysząc się i całując, aż kutas naparł mu na podbrzusze jakdługi rozpalony kamień.Chyba jej to nie przeszkadzało.Dwadzieścia siedem.Panie Boże na motorze,dwadzieścia siedem.Dwadzieścia siedem.Dwadzieścia siedem, dwadzieścia siedem, dwadzieścia siedem.Zgiń,przepadnij, maro.- W życiu nie było mi tak gorąco - oznajmił Scramm przez zatkany nos.Jego szeroka twarz byłaczerwona, ociekała potem.Zdjął koszulę i obnażył owłosiony tors.Pot lał się z niego jak strumyczkipodczas wiosennych roztopów.- Lepiej włóż z powrotem koszulę - doradzał mu Baker.- Kiedy słońce zacznie zachodzić, dostaniesz dreszczy.Wtedy wpakujesz się w kabałę.- Co za cholerny upał - narzekał Scramm.- Ugotuję się.- Będzie deszcz - dodał Baker.Przebiegł wzrokiem po pustym niebie.- Musi spaść.- Nic, cholera, nie musi - powiedział Collie Parker.-Jeszcze nie widziałem takiego popieprzonegostanu.- Jak ci się nie podoba, to czemu nie wrócisz do domu? -spytał Garraty i głupawo zachichotał.- W dupę się pocałuj.Garraty zapanował nad pragnieniem i wypił tylko trochę wody.Wolał uniknąć skurczów żołądka.To byłaby prosta droga do wypadnięcia z konkurencji na dobre.Miał już kiedyś skurcze po wypiciuwody i raz mu wystarczy.Pomagał najbliższym sąsiadom, Elwellom, przy układania siana na stryszkustodoły.W stodole było nieznośnie gorąco, a oni, ustawieni w szereg, wrzucali na górę wielkietrzydziestopię-ciokilogramowe bale.Garraty popełnił błąd taktyczny, pijąc trzy pełne chochlelodowato zimnej wody przyniesionej przez panią Elwell.Nagle poczuł zapierający ból w piersiach, wbrzuchu i głowie, osunął się na rozwalony bal i spadł jak worek ze stryszku na przyczepę.Pan Elwelltrzymał go wpół swoimi pobliznionymi od pracy rękami, podczas gdy on rzygał, osłabiony bólem iwstydem.Posłano go do domu, chłopca, który zawalił swój pierwszy egzamin na mężczyznę, po-kłutego sianem na ramionach i z sieczką we włosach [ Pobierz całość w formacie PDF ]

Archiwum