[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Każdy wynik, o któregopoprawności była przekonana, uspokajał ją swoją niewzruszoną pewnością.Gdyby Stefan żył,mogłaby mu pokazać czarno na białym, jakie było prawdopodobieństwo, że to właśnie jego sześćnumerów wypadnie w Dużym Lotku, i może wtedy powiedziałby, a zostawmy to w diabły,chodz, pojedziemy na basen.I byłby trzezwy, tak że tym razem by ich wpuścili, a nie cofnęlispod drzwi, mówiąc tak głośno, że wszyscy z tyłu usłyszeli, wstyd, z dzieckiem na basen i pijany.Nieraz widział Dominikę ksiądz Adam Wawrzyniak, jak pochylona w skupieniu podobrazem Madonny ruszała bezgłośnie ustami, i jego wiara w młodzież polską rosła, nawet jeśliznów musiał zmazywać ze ściany plebanii napisy Jude raus albo Zagłębie Wałbrzych chuje.Ksiądz Adam najbardziej lubił pracę z młodzieżą.Bo w młodzieży leży nasza przyszłość, mówiłparafianom i przełożonym, którzy kiwali głowami, że racja, racja, nie ma jak młodzież.Urodziłsię i wychował we Wrocławiu, w poniemieckiej kamienicy z oknami wychodzącymi na Odrę.Rzeka płynęła wielka i szara, na jej dzikich brzegach piło się piwo, łowiło ryby, zabijało nożami,gwałciło i tak dalej.Gdy mały Adaś Wawrzyniak patrzył na nią z okna, wydawało mu sięczasem, że to kamienica płynie jak piękny statek Stefan Batory, który widział kiedyś w porcienad morzem.Takim statkiem mógłby popłynąć do Afryki i zostać misjonarzem, a tam umarłby na febrę, jak w Pustyni i puszczy, mimo zażywania gorzkiej chininy.Jak płakaliby za nim tata imama, a zwłaszcza mama, bo tato może by już wtedy nie żył.Piękno widoku na Odręrekompensowało tylko w pewnym stopniu ciasnotę mieszkania po doktorze Scheurenie,podzielonego na cztery osobne lokale i zamieszkiwanego przez dwanaście osób różnej płci,wieku i przyzwyczajeń, roszczących sobie pretensje do jednej kuchni i ubikacji, która nieustanniesię zapychała.Ojciec Adama, inżynier Karol Wawrzyniak, nade wszystko lubił łowić ryby i miałdo tego rękę, co było przedmiotem zazdrości ze strony innych moczących kije w Odrze.Każdejniedzieli przynosił do domu wiadro pełne pląsających stworzeń, nie zrażając się ostrzeżeniamiprasowymi na temat zanieczyszczenia wody i ryzyka choroby płynącego z jedzenia ryb opostrzępionych płetwach i oczach pokrytym bielmem.Wierzył w wyższość rybiego mięsa nadświńskim lub krowim.Na poparcie swojej tezy przytaczał cytaty z Biblii; skoro Jezus jadł ryby,to i on będzie, bo to znaczy, że nic lepszego nie ma.Gdyby urodził się pół wieku pózniej wAmeryce, zrobiłby fortunę na swoim pomyśle biblijnej diety, a tak tylko denerwował żonę,Leokadię.Stawiał na podłodze wiadro i wołał do niej, patrz, Leoś, ile dziś nałowiłem.Nigdy niemiał się dowiedzieć, że ani małżonka, ani jedyny syn nie lubią ryb i życzą mu skrycie końcawędkarskich sukcesów.E tam, gadanie, wystarczy dobrze oskrobać, zbywał ich wątpliwości irodzina zajadała rybki z surówką z kiszonej kapusty.Zamrażalnik ich lodówki marki Mińskpełen był twardych jak kamień rybich ciał, a piwnica pękała w szwach od słoików z kapustą.Adaś, chcąc przypodobać się rodzicom, precyzyjnie oddzielał dwoma widelcami kawałkiwodnistego mięsa, czekając, aż ojciec zobaczy szkielet na talerzu i powie, Adaś zuch.InżynierWawrzyniak pracował we wrocławskiej fabryce pociągów Pafawag, ale nie lubił tego zajęcia, botak jak jego rodzicom, przesiedleńcom spod Lwowa, podróże kojarzyły mu się z tragediąwygnania i utraty majątku, a nie z przyjemnością poznawania nowych miejsc.Najpierw unikałtylko dalszych wyjazdów, potem niechętnie ruszał się nawet do rynku, gdzie Leokadia tak lubiłanapić się przez słomkę kawy mrożonej w koktajlbarze Witaminka, aż w końcu nie wychodziłdalej niż nad Odrę, skąd mógł mieć swoją kamienicę na oku.Podsycany wciąż na nowo strachwyrósł w jego sercu silny i toksyczny jak barszcz Sosnowskiego.Oplótł mu wątrobę i przydusiłserce, wyłaził uszami, puchł na języku; inżynier krzywił się ciągle, jakby najadł się mydła Jeleń.Ina co mi przyszło, że wagony buduję, mawiał, a kto to wie, może nas w nie wsadzą i któregośdnia znów wywiozą w cholerę.Jego awersja do opuszczania domu była tak silna, że nigdy niepojechał nawet na wczasy pracownicze z rodziną i co roku odprowadzał na dworzec swąprzystojną żonę, Leokadię, i syna, Adasia, żegnając ich tak, jakby nie jechali na dwa tygodnie doZwinoujścia, lecz wybierali się na drugi koniec świata, i to nie z własnej woli.Gdy Adaś dorósł,zaczął przedkładać wakacje w górach z kościelną grupą oazową nad wczasy z matką,przejawiając przy tym denerwującą skłonność do przemieszczania się nie raz, ale kilka razy wroku.Czy on owsiki ma w tyłku, czy co, martwił się ojciec i wyperswadował żonie koniecznośćlipcowych kąpieli słonecznych nad Bałtykiem, wytłumaczył, że jakby co, lepiej być razem wdomu, a nie każde gdzie indziej.Inżynier Wawrzyniak zdawał sobie sprawę, że jego lęk przedpodróżami jest niemęską słabością, i czuł się w obowiązku obwieszczania rodzinie oraz bliższymi dalszym znajomym, że gdyby tylko chciał, to pojechałby do Bułgarii i do Rumunii, ba,poleciałby samolotem, ale tak się składa, że lekarz uważa zmiany klimatu za wprost zabójcze dlajego słabych nerek.Bał się ojciec, że jego słabość odezwie się w synu, który od małego byłdelikatny i chorowity.Inżynier Wawrzyniak wierzył, że chłopca  a chłopiec tylko im się trafiłmimo licznych prób dohodowania się parki  trzeba wychowywać na mężczyznę, co znaczy, żetępić w nim należy mazgajenie się i nadmierną uczuciowość, które nie stanowią wad udziewczynki czy nawet tak już wyrośniętej kobiety jak Leokadia.Chłopięcenie Adasia nie byłołatwe, bo ojcowska ręka wzniesiona w gniewie musiała najpierw przedrzeć się nie tylko przez jego własną słabość, lecz także przez zaporę w postaci Leokadii; jej impet słabł, zanim spadła nasynowski tyłek.Mały Adaś okazał się nadpobudliwym i wrażliwym dzieckiem, które przejawiałonieustanną potrzebę czułości, i cóż to była za gehenna, by wytresować go na mężczyznę jak siępatrzy.Można było nawet podejrzewać, że gdy się nie patrzyło, zadatkiem na mężczyznęprawdziwego być przestawał! Inżynier Wawrzyniak spluwał w szare wody Odry i zastanawiałsię, czy może wspólne wędkowanie nie przyniosłoby jakichś rezultatów, ale Leokadii za każdymrazem udawało się uratować syna pod pretekstem chorego gardziołka, któremu niewątpliwiezaszkodziłby rzeczny chłód.Gdy w wieku trzech lat Adaś zemdlał w kościele na majowym, i tłumaczył potemrodzicom, że nic go nie boli, tylko śpiewali tak pięknie, państwo Wawrzyniak nabraliprzekonania, że w ich dziecku obudziło się powołanie do stanu duchownego i traktowali go odtądtak, jakby w jego bladym ciałku ukryte było złote jajko.Mój mały księżulo, zachwycała sięmama i dotarło do niej, że oto znalazł się sposób, by pozostać jedyną kobietą w życiu synka.Dziecko przybierało poważne minki, widząc, jaką radość sprawia tym rodzicielce, a radośćprzekładała się na uściski i nagrody.W oczach Leokadii wrażliwość syna nabrała cechmistycznych, jego lekka gamoniowatość stała się właściwą dla przyszłego księdza delikatnością iuwzniośleniem [ Pobierz całość w formacie PDF ]

Archiwum