[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Więcej łakomego łączenia się języków i więcej gorących, zapierających dech pocałunków.Więcej jego, wielkiego, twardego i spragnionego, prężącego się z pożądania,pochodni dla drewna wyschłego przez lata, dla pragnień, których nigdy w sobie nie rozpoznała, a dopiero co nazwała.Chciała.chciała.110 - Nie.-Zacisnął dłonie na jej barkach w bolesnym uścisku.Szorstko odepchnął ją od siebie.Zatoczyła się i byłaby upadła, gdyby jej nie podtrzymał.Wbiła nic nierozumiejący wzrok w jego gniewną, napiętą twarz, wciąż zbytzaplątana w sieć pożądania, by poczuć zakłopotanie lub cokolwiek opróczdezorientacji i rozczarowania.- Co się stało? - spytała, nie pojmując nagłej zmiany, rozdarcia w tkaninie rozkoszy.- Przysiągłem, że cię nie skrzywdzę.- A czy to jest krzywda? - spytała, wstrzymując oddech, szukając jegolśniących zielonych oczu.Na jego twarzy odbiła się wewnętrzna walka, a kiedy się odezwał, mówiłprzez zaciśnięte zęby.- Tak.Zmarszczyła brwi.Wyciągnęła rękę, by go dotknąć.Wzdrygnął się, jakbygo oparzyła.- Ale.- Do diabła! - wybuchł.- Dziesięć minut temu błagałaś mnie, bym cięnie krzywdził, a teraz, pani Blackburn - wymówił to tak, jakby zwracającsię do niej nazwiskiem męża, wznosił między nimi fizyczną barierę - terazczynię wysiłki, by zadośćuczynić temu błaganiu.Każde słowo było szydercze, twarde i opanowane.Nad ciałem panowałtak samo bezkompromisowo jak nad tonem głosu.- Nie skrzywdzę pani.Przysięgam.Ale - niech to diabli, pomyślał, gdygłos mu się załamał - będzie to o wiele łatwiejsze, jeśli pani wspomoże,a nie utrudni mój wysiłek!- Och!Och.Czuł się odsłonięty i pokaleczony.Zwykły pocałunek, którego chciałużyć jako antidotum przeciwko jej urokowi, okazał się zabójczy, rozbił w pyłjego intencje i prawie rzucił go na kolana z pożądania.Oszukiwał się, wiedział o tym od początku: Kate nie jest taka jak innekobiety.Pod jego ustami, w jego uścisku nie przypominała żadnej.I żadnakobieta na świecie nie będzie nią, choćby nie wiadomo z iloma się przespałi nie wiadomo jakie upodobania zaspokajał.Ta pewność była torturą i przeklinał siebie, że dobrowolnie uczynił się ofiarą własnych złudzeń.Gwałtownie oderwał od niej ręce, wiedząc, że jeśli jeszcze chwilę ją potrzyma, to znów chwyci ją w ramiona i.Zamknął oczy, walcząc z pierwotnym instynktem.Gdyby tylko jego zmysły przestały szaleć.Gdyby mógł niewidzieć dojrzałego koloru jej ust i nie słyszeć rwącego się oddechu.Nie111 czuć delikatnej cierpkiej woni jej mydła, zmieszanej z odurzającym aromatem zgniecionych róż.Gdyby wciąż nie czuł w palcach atłasowej kaskadyjej włosów.Ale zmysły nie były uśpione i wciąż był spragniony.Pocałunki tylko podsyciły apetyt, zrodzony trzy lata temu w pustym salonie jej ojca, pielęgnowany podczas długich marszów w rozpalonym piecuindyjskich pustkowi.Wydawało mu się, że fantazja jest lepsza od rzeczywistości.Zawsze to sobie powtarzał.Ale kłamał.Jej usta, słodkie i soczyste,ciało, gibkie i ciepłe - nic z jego wyobrażeń nie równało się doświadczeniuostatnich dziesięciu minut.A ona zdobyła się tylko na krótkie:  Och".Miał do wyboru albo się roześmiać, albo oszaleć, I roześmiał się.Popatrzyła, mrugając rzęsami, a zamglone lśnienie jej ciemnych oczu powoli nabrało ostrości.Omdlewający, błagalny wyraz rozpłynął się, zacierany przez inny, nieodgadniony, a zatem w pełni kobiecy.Odsunęła się.Popatrzyła na niego przytomnie i na moment uniosła jedną brew, po czymzawróciła ścieżką, którą przyszli.Niech go licho porwie, jeśli zgadnie, o cogo pytała ta wytworna brew.Tak czy owak, pewnie go w końcu licho porwie.Różnice między podłymii wyjątkowo podłymi kwateramiCzy na pewno nie wolałaby pani, żeby jeden z nas jej towarzyszył? -spytał opat, uważnie przyglądając się Kate.Poczciwy zakonnik specjalniepoprosił ją do swego biura, a Kita poprosił, by zaczekał na zewnątrz.Drzwibyły grube.Nie można było podsłuchać rozmowy.- Nie - odpowiedziała pogodnie.- Zakonnicy pożyteczniej spędzą czastutaj, niż służąc mi za przyzwoitkę.Różaniec z kryształu w ręku opata wydał cichy brzęk, a spojrzenie zdradzało głębokie zamyślenie.- Był czas, kiedy bym z pełnym zaufaniem powierzył Christianowi opiekę nad panią.Ale nie znam go już tak dobrze jak dawniej.- Ja go znam - powiedziała z absolutnym przekonaniem.Kit chciał przestać ją całować, a ona.nie, nie była gotowa, by analizować motywy swoje-112 go zachowania.Dość powiedzieć, że nie miała nic przeciwko temu, by dalejgo całować.On to przerwał.Po prostu nie chciał dopuścić, by doznała jakiegokolwiek uszczerbu.Od niego też.Nie, nie obawiała się, że Kit uczyni kolejny krok tego rodzaju.Powinna sięz tego cieszyć.I cieszy się.W zasadzie.Kiedy nie dręczą jej na pół uświadomione pytania oraz jasno sformułowane i bardzo niestosowne spekulacje.- Jestem równie bezpieczna z Christianem MacNeillem jak z bratem Marcinem.- Nawet sama dosłyszała swój nadąsany ton.Opat uśmiechnął się.- Jak pani sobie życzy.- Dał znak dłonią, a młody mnich czuwający przydrzwiach otworzył je przed Kitem, który nie czekając, wszedł.- Zgaduję, że dostatecznie ostrzegł ojciec panią Blackburn o mych niezliczonych wadach?- Próbowałem.- Ale nie skorzystała z ojca rad.- Ani z mojej propozycji, by ktoś z nas dotrzymał wam towarzystwa.- Cóż, to bez znaczenia, i tak nie pozwoliłbym na to nikomu.- Christianie.- Nie, ojcze opacie.Jest moja i tylko moja, dopóki.-.dopóki pan MacNeill nie wypełni swojego ślubowania - wtrąciła Kate,postanawiając położyć kres tym nonsensom.Spojrzała na opata.- Proszę miwierzyć, nie grozi mi niebezpieczeństwo z jego strony.- Istnieją różne niebezpieczeństwa - rzekł opat.- Czy nie pomyślała pani,że markiz może uznać za niestosowne pani przybycie w towarzystwie jedynie tego człowieka?- Jestem pewna, że potrafię mu wyjaśnić, jak się sprawy mają, ku jegopełnemu zadowoleniu.Kit uśmiechnął się do opata.- Jak może mieć obiekcje względem tego, że dama ma stangreta?- Ojcze opacie - powiedziała Kate, zignorowawszy tę uwagę - jeszczeraz z głębi serca dziękuję za dobroć i gościnność.Podeszła do Kita z nieodgadnionym wyrazem twarzy [ Pobierz całość w formacie PDF ]

Archiwum