[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Miałam zupełną pustkę w głowie i tylko się nanich gapiłam.Byłam w szoku.Z tego stanu nie wyszłam przez cały następny rok.Półnaga, ubrana tylko w kimono, wybąkałam w końcu kilka odpowiedzi, ale dziś niepamiętam, co wtedy powiedziałam.Nie mogłam zrozumieć, skąd się tam wzięli reporterzy. Policja otworzyła drzwi i zaczęła zabezpieczać materiał dowodowy: zakrwawioneprześcieradła, zawartość koszy na śmieci i tak dalej.Następne trzy tygodnie były bardzo nerwowe.Sarah została przewieziona dobezpiecznego domu, położonego dwie godziny jazdy samochodem od miasta.Całe dniespędzała na komisariacie, składając zeznania.Policjanci kazali jej leżeć na stole iszczegółowo opowiadać o tym, co się stało.Obejrzała setki zdjęć i rozpoznała niektórychczłonków yakuzy.Po otrząśnięciu się z szoku skontaktowała się z rodzicami. W końcuzadzwoniłam do domu i opowiedziałam o wszystkim mamie i tacie.Byłam w stanie to zrobićdopiero po ponad dwóch tygodniach, częściowo z powodu doznanego wstrząsu, a częściowo,ponieważ wstydziłam się tego, co się ze mną stało.Podczas tej gehenny nikt niepoinformował mnie nawet, że mogę skontaktować się z amerykańską ambasadą, którejpracownicy mówią po angielsku - ze smutkiem w głosie mówiła Sarah.Jej odwaga nieposzła jednak na marne.Po tych wydarzeniach wiele organizacji międzynarodowych, w tymkilka japońskich, zainteresowało się bliżej taktyką operacyjną yakuzy.Po wysłuchaniu historii Sarah postanowiłam wyruszyć w podróż jej śladem.Pojechałam do Japonii, by odwiedzić bary i lokale, w których działa yakuza.Chciałamuzyskać potwierdzenie tego, o czym tak obrazowo opowiedziała mi Sarah.Kiedy byłam jużgotowa do drogi, wysłałam jej pożegnalny e-mail.Otrzymałam czułą i pełną emocjiodpowiedz, w której udzieliła mi wielu rad i wskazówek, dotyczących miejsc, gdzie mogęspotkać handlarzy żywym towarem.Była dziewiąta wieczorem.Spacerowałam po tokijskiej dzielnicy Ginza,odpowiedniku nowojorskiej Piątej Alei.Wiedziałam, czego szukam.Szłam powoli.Miałam przy sobie mały aparat fotograficzny i kamerę.Nagle zobaczyłamwychodzące z zaułka trzy młode gejsze.Podeszłam do nich.Towarzyszyło im dwóchmężczyzn w czarnych garniturach.Wyszli z nieoznakowanych drzwi, przy których stałnienagannie ubrany ochroniarz.Postanowiłam sfilmować tę scenę, ale już po chwiliochroniarz zwrócił się do mnie rozgniewanym tonem.Powiedziałam mu, że jestem turystkąrobiącą zdjęcia. Nihongo wakaranai ( Nie mówię po japońsku ) - dodałam.Udając naiwną,spytałam go jeszcze:  Dlaczego to panu przeszkadza?.Złapał mnie za rękę i powiedział,żebym spadała. Dwie przecznice dalej weszłam do małej restauracji, żeby chwilę odpocząć, obejrzećnagrany materiał i coś zjeść.Zapytałam pózniej policjanta, czy za zamaskowanymi drzwiamiznajdował się bar yakuzy.Odpowiedział, że prawdopodobnie tak, ale nie jest w stanie tegoudowodnić, gdyż mafia  nie łamie prawa.Udało mi się potwierdzić, że yakuza to bardzo dobrze zorganizowana strukturaprzestępcza.Jest silniejsza i potężniejsza niż kiedykolwiek.Głównym obszarem jejdziałalności jest handel ludzmi w celach seksualnych.W styczniu 2012 roku zarówno wStanach Zjednoczonych, jak i w Japonii sprawa Sarah wciąż nie została zamknięta. 4Kambodża: kryjówka EuropyZwit w Phnom Penh.Z okna mojego pokoju hotelowego obserwuję sielankową scenę:na drewnianym tarasie stoją metalowe krzesła i okrągłe stoliki przykryte białymi obrusami,turyści siedzą pod jasnobłękitnym niebem i jedzą śniadanie, wygrzewając na słońcu spoconebiałe ciała.Większość z nich kupiła bilety na rejs po Mekongu.Już niedługo z zawieszonymina szyi aparatami i w słomkowych kapeluszach wyruszą w stronę Wietnamu.Wycieczkaobudzi w ich pamięci wspomnienia filmów, które zachęciły ich, by odwiedzić ten zakątekIndochin.Przyjechali tu w poszukiwaniu przygody i kontaktu z nową kulturą.Moja wizytama zaś na celu zbadanie podziemia przestępczego, w którym kwitnie handel ludzmi.Robię zdjęcia na porośniętym bujną tropikalną roślinnością brzegu Tonle Sap, odnogiMekongu.Mój wzrok przyciąga mała pagoda wybudowana w tradycyjnym kambodżańskimstylu, udekorowana złoto-czerwono-żółtymi ozdobnymi rzezbami.Wchodzę w aleję Preah Sisovath i wsiadam do czekającego na mnie tuk-tuka.Polecono mi młodego kierowcę o zamerykanizowanym imieniu Jaz.Pokazuję mu pierwszyprzystanek na naszej trasie: placówkę Western Union, gdzie muszę odebrać przelew zMeksyku.Chcę w ten sposób potwierdzić, że niektóre transakcje między bankami,działającymi w różnych krajach, są niemożliwe do wyśledzenia.Już wkrótce przekonam się,że w ten prosty sposób można prać drobne sumy nielegalnie zarobionych pieniędzy.Przejażdżka tuk-tukiem jest wyjątkowym doświadczeniem.Samochody są dlacudzoziemców, bogaczy i członków mafii.Reszta społeczeństwa oraz większość turystówprzemieszcza się autorikszą, czyli motocyklem z zamontowaną na nim charakterystyczną,kolorową kabiną miniaturowych rozmiarów.Three dollars lub Hello, madam, krzyczą poangielsku kierowcy tuk-tuków.Niezależnie, czy chcesz przejechać dwa, czy dwadzieścia dwakilometry, wyjściowa cena to zawsze trzy dolary.Kierowcy nie lubią lokalnej waluty, czylirielów.Tak jak we wszystkich regionach turystycznych, znajdujących się w gorzejrozwiniętych częściach świata, miejscowi wolą twardą walutę, czyli amerykańskiego dolara.W plecaku mam magnetofon, notatniki, aparat cyfrowy i małą kamerę [ Pobierz całość w formacie PDF ]

Archiwum