[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Każdego ranka opuszczaliśmy naszą niegdyś modnąokolicę na bliskich przedmieściach Chicago, gdzie możnajuż było zauważyć łuszczącą się farbę na domach orazpopękane i zszarzałe podjazdy.Oboje milczeliśmy.Wokresie licealnym byłam wyjątkowo trudną osóbką iuważałam rozmawianie przed godziną dziewiątą rano zarzecz karygodną.Tata szybko zdał sobie sprawę, że tegonie zmieni.Pił kawę z plastikowego kubka z pokrywką,kojarzącego mi się z poideł-kiem dla niemowląt, i nieodzywał się ani słowem do momentu, gdy mijaliśmy pustepole, które jesienią przybierało złocistą barwę, albo park zdrzewami pokrytymi zimą czapami śniegu.- Miejsce wytchnienia - mówił na widok pola alboparku i niezależnie od tego, czy padał deszcz, czy świeciłosłońce, czy była śnieżyca, czy zawierucha, opuszczałprzednie szyby samochodu, a wtedy wiatr rozwiewał mojąstarannie polakierowaną grzywkę.- Wez głęboki oddech,córeczko - mówił z przejęciem.- Odetchnij świeżympowietrzem.Z zasady nie protestowałam.Bądz co bądz, nie zmuszałmnie do rozmowy, więc mogłam pójść na to małeustępstwo.Oboje wciągaliśmy głęboko w płuca powietrzei wypuszczaliśmy je powoli, powtarzając to kilka razy.Potem tata zamykał okna i znów panowało błogiemilczenie.213RS Teraz, trzymając się burty, gdy łódz omija wystające zwody skały, zastanawiam się, gdzie mój tata może być wtej chwili.Jest pewnie w kawalerce albo w biurze.Postanawiam, że zadzwonię do niego po powrocie domiasteczka, jeśli oczywiście kuter będzie zdolny dozabrania nas z powrotem.Już wystarczająco długo z tymzwlekałam.Muszę wykonać jeszcze jeden telefon - do GordonaBakera Bricktona Jr., mojego nowego pana i władcy.Gordy, jak nazywają go w firmie, jest znanym obrońcąsądowym, specjalizującym się w obronie produktówwątpliwej jakości.Bronił wszystkiego, od wadliwych osi,które sprawiały, że samochody wypadały z drogi, poniebezpieczne zabawki, które rozpadały się na małe,połykane potem przez dzieci kawałeczki.Gordy zgodziłsię, żebym wzięła miesiąc urlopu po egzaminieadwokackim, ale prosił, bym zadzwoniła tydzień przedpowrotem.W naszą łódz uderza fala i wszyscy chwytają się osóbstojących obok, by się nie przewrócić.Na chwilę robi misię niedobrze, ale raczej nie na skutek choroby morskiej.Jest to spowodowane faktem, że nagle zdałam sobiesprawę, że moja kariera prawnicza rozpocznie siędokładnie za osiem dni.Wydaje się to niepojęte, gdy wiatrrozwiewa mi włosy i otaczają mnie ci wszyscy spoceni, nawpół nadzy ludzie, a jednak to prawda.Nagle dudniący bas zmieszany z ludzkimi głosamizagłusza warkot silnika łodzi.Trent nie żartował, gdymówił, że Rajska Wyspa to kawałek skały.Rzeczywiścietak jest, wysepka ma kilkaset metrów średnicy idoprawdy trudno zrozumieć, dlaczego ktoś postanowiłzbudować tu klub.Widzę dwa dachy kryte strzechą, pod którymi mieszcząsię bary.Są oddalone od siebie o jakieś czterysta metrów.Wszędzie pełno młodych, pięknych, zwariowanych ludzi.Ubrani tylko w stroje kąpielowe, szaleją w tańcu pod214RS gołym niebem.%7łałuję, że nie włożyłam ładniejszychszortów.Wyciągam z torby szminkę i maluję sobie usta.Schodzimy z pokładu łodzi na mały, zdradzieckipomost, po czym ruszamy pod górę skalistą ścieżką.- Tu jest niesamowicie - mówi Lindsey.Muzyka rozsadza uszy.Ludzie tańczą wszędzie, gdziesię da, włącznie z obszarem wokół basenu, do któregoczęść z nich wpada, straciwszy równowagę.Zaczynamliczyć uchybienia, za które można by pozwać do sąduwłaścicieli tego lokalu - wolno tu tańczyć na stolikach,wskutek czego ktoś może spaść i skręcić sobie kostkę,nierówne skalne podłoże sprawia, że podpite towarzystwociągle się potyka, ludzie są spychani do basenu prosto nagłowy tych, którzy w nim tańczą.Gdyby obowiązywałytutaj amerykańskie przepisy, ten klub dawno by jużzamknięto.- Witajcie, moje drogie! - To Jenny, która w różowo-białym bikini z kraciastej bawełny wygląda jak pulchnaDaisy Duke.- Idę właśnie po piwo.Chodzcie ze mną.Bierze mnie pod rękę i zaczyna ciągnąć w kierunkujednego z barów.Po kupieniu paru butelek niezbytzimnego piwa Jenny odchodzi tyłem od baru, tańczącsambę, a potem wciąga mnie w tłum.Wtedy dołączają donas moje przyjaciółki i zaczynamy tańczyć w dużymkręgu jak ludzie na weselach, czekając, aż jakiś wariatwskoczy do środka i zaprezentuje wygibasy w styluRicky'ego Martina.Kat - jak zwykle bez zahamowań - wykonuje seksownytaniec, kręcąc zalotnie biodrami.Natychmiast faceci zewszystkich stron świata niczym przedstawicieleOrganizacji Narodów Zjednoczonych otaczają ją,włączając się do naszego kręgu.Kat tańczy swawolnieprzed jednym, potem przed drugim i trzecim, ale kumojemu zdziwieniu nie wybiera żadnego konkretnegopartnera, którego pózniej mogłaby zaciągnąć w krzaki.Przeciwnie, wraca na swoje miejsce w kręgu, zaczynaspokojniej wymachiwać biodrami i czeka, aż ktoś inny215RS wejdzie do środka.Sin spogląda na mnie i obie sięuśmiechamy.Kilka minut pózniej wskakuje przede mnie Jenny iznów porusza się w rytm samby, ale tym razem robi to,posuwając się naprzód, tak że teraz ja muszę tańczyć,cofając się.Kładzie rękę na moim ramieniu i dalejprowadzi mnie do tyłu w tym dziwacznym tańcu.Staramsię naśladować jej potrząsanie ramionami i kręceniepupą, ale potem czuję nagle, że jej ręka na moimramieniu popycha mnie lekko i że grunt usuwa mi sięspod nóg.Tafla chłodnej wody uderza mnie w bok, apotem idę na dno basenu.- Hej, ty! - krzyczę po wynurzeniu się, plując wodą, zpalcem wycelowanym w Jenny.Angielka śmieje się i wypowiada bezgłośnie słowo przepraszam", udając przy tym zakłopotanie.Reszta naszej grupy ryczy ze śmiechu.Próbujępokazać, że jestem wściekła, ale miły chłód wody sprawia,że ociągam się z wyjściem z basenu.Stojąc potem na jegobrzegu, otrząsam się z wody jak pies.Nagle czuję lekkieszturchnięcie w plecy.Odwracam się i widzę krępegochłopaka o tak masywnych ramionach, że jego ciałowydaje się szersze niż dłuższe.Brązowe, szczeciniastewłosy pokrywają gęsto jego ręce i dłonie, pną się w górępo plecach i porastają szyję.- Tak? - Wyciągam mój T-shirt z szortów, żeby niewyglądać jak uczestniczka wyborów miss mokregopodkoszulka.Chłopak oblizuje usta i posyła mi sprośny uśmieszek,przeczesując dłonią swoje grube, brązowe włosy.- Chcesz mojego ogórka? - pyta po angielsku zniemieckim akcentem.- Słucham? - Pochylam się, sądząc, że sięprzesłyszałam, ale potem znów czuję szturchnięcie, tymrazem w biodro.Spoglądam w dół.Facet trzyma w ręku coś, co wystajez jego spodenek.Okazuje się, że to ogórek.Wsadził sobie216RS w rozporek wielkiego, zielonego ogórka i wymachuje nimteraz jak członkiem w stanie erekcji.Podnoszę wzrok.Koleś patrzy na mnie lubieżnie, spodziewając się, żekrzyknę jak nastolatka i zacznę uciekać, a on będzie mniegonił ze swoim obleśnym warzywem.Ja jednakprzezwyciężam wstręt i chęć ucieczki.- Tak, chcę go - mówię.Na twarzy chłopaka pojawia się cień wątpliwości.- Chcesz mojego ogórka? - pyta i potrząsa nim, z niecojuż bojazliwym uśmieszkiem na wilgotnych, błyszczącychustach.- O tak, bardzo.Sięgam ręką w dół i wyrywam mu ze spodenek oślizgłewarzywo.Odgryzam koniec, który wystawał na zewnątrz,i czuję w ustach słonawy, nieprzyjemny smak [ Pobierz całość w formacie PDF ]

Archiwum