[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Zachowała jednak resztkę godności.- Rób, co musisz - polecił, wskazując na łazienkę.- Byle na jednej nodze.Kelly podniosła się, krzywiąc z bólu, który ją przeszył.Noc spędzona na twardej podłodze w połączeniu z incydentem na stacji obsługi odcisnęły swe piętno na trzy-dziestosześcioletnim ciele.Otuchy dodawał jednak fakt, żejej prześladowca zdawał się znajdować w nie lepszej kondycji.- No, sprężaj się tam! - zawołał Will dziesięć minutpózniej.Kelly wyszła z łazienki.W czystych dżinsach i blado-żółtym golfie wyglądała świeżo.Nadal była nie umalowana, ale chociaż wyszczotkowała włosy, przywracając chwilowo jakąś namiastkę ładu chaosowi, który panoszył sięzazwyczaj na jej głowie.Will podniósł na nią wzrok.Patrząc na tę kobietę, niktby nie uwierzył, że ma za sobą tak pełną niewygód noc.Skąd u niej ten błysk w oku i dziarska postawa, kiedy onczuje się tak, jakby przepędzono po nim stado bydła - i totam i z powrotem.- Potrzeba mi trochę forsy - rzucił krótko.- Po pierwsze, dzień dobry - powiedziała Kelly - a podrugie, mówiłam ci przecież, że tamte dziesięć dolarów tomoje ostatnie pieniądze.- Nie możesz wypisać czeku na kartę kredytową?- Nie da rady - odparła schylając się, by wrzucić swoje przybory toaletowe z powrotem do walizki.Kiedy zno- POCHOPNIE OSDZONY 89wu się wyprostowała, na jej wargach gościł tryumfalnyuśmiech.- No, Stone, i co teraz?W odpowiedzi wziął jej torebkę i wysypał całą zawartość na środek skotłowanego łóżka.- Hej! - krzyknęła, kiedy zabrał się do grzebania w jejosobistych rzeczach jak w swoich własnych.Zaczął od portfela, by przekonać się szybko, że faktycznie nie ma w nim ani centa gotówki.Puścił mimo uszuszydercze  a-nie-mówiłam" Kelly i grzebał dalej - puder-niczka, grzebień, kalendarzyk.Natrafiwszy na szwajcarskinóż wojskowy, bez słowa wyjaśnienia czy przeprosin wsunął go sobie do kieszeni dżinsów.- Nie krępuj się - zachęciła go uszczypliwie.Will, nie odpowiadając, sięgnął po małą skórkową saszetkę.- Tam nic nie ma - powiedziała szybko Kelly.Trochęza szybko.Zerknął na nią i ich spojrzenia na chwilę się skrzyżowały.- To znaczy, jest tylko mój paszport.i moje akredytacje prasowe.i.- Urwała, bo mężczyzna z ostentacyjną powolnością rozchylił kciukiem saszetkę i obrócił ją dogóry dnem.Na łóżko wypadł bloczek czeków podróżnych.- Bingo - powiedział.- Od razu mi nie grało, że wyjeżdżasz z kraju bez centa przy duszy.Kelly wzruszyła ramionami.- Jestem zobligowana do utrudniania ci życia, jak tylko potrafię.Kodeks zakładnika i w ogóle.- Tak - mruknął Will refleksyjnie, bo w tym momencie uświadomił sobie, że poczuwa się do tego chyba każdy, 90 POCHOPNIE OSDZONYkogo w swym życiu napotyka.- Masz - warknął, popychając w jej stronę dwa czeki dwudziestodolarowe.- Podpisz je.Zrobiła to z ociąganiem, ale jak zawsze do niej musiałonależeć ostatnie słowo.- Dopiszę to zaraz do twojego rachunku.Twojego rosnącego rachunku.Aha, Stone, i jeszcze jedno.Jestem gotowa domagać się zwrotu tych pieniędzy na drodze sądowej.- Ojoj, młoda damo, już trzęsę się ze strachu.- %7łebyś potem nie mówił, że cię nie ostrzegałam.Dziesięć minut pózniej Kelly również nie mogła po-wiedzieć, że jej nie ostrzegano.Już w chwili, kiedy zadawała to pytanie, miała nieprzyjemne uczucie, że odpowiedz porywacza nie przypadnie jej do gustu.Wyczytała toz jego aroganckiego spojrzenia.- No to dokąd dzisiaj jedziemy? Do jakiegoś innegomiasta? Do innego motelu? A może na najbliższy posterunek policji, gdzie oddasz się w ręce władz?- Nigdzie nie jedziemy.Wychodzę tylko kupić coś naśniadanie.- Pozwól, że zaryzykuję i wysunę pewne idiotyczneprzypuszczenie - powiedziała.- Nie zamierzasz mniew najbliższym czasie uwolnić z płynącym z głębi serca podziękowaniem za moją dotychczasową współpracę.- Bin.-.go - dokończyła za niego.Will zostawił Kelly w bezpiecznej odległości od telefonu, przykutą kajdankami do łóżka, zakneblowawszy jej naodchodnym usta, żeby nie mogła wezwać pomocy.Wychodząc, powiesił na drzwiach tabliczkę NIE PRZESZKA- POCHOPNIE OSDZONY 91DZA.Kiedy patrzył w ciskające gromy zielone oczy, niemiał wątpliwości, że gdyby wzrok mógł zabijać, wąchałbyjuż kwiatki od spodu.Seattle obudziło się tego piątkowego ranka tak jakzwykle, czyli nagle.O dziewiątej na ulicach było już roj-no.Ciszę nabrzeża przerywały syreny promów.Wysokiebudynki wrzynały się w okoliczny krajobraz spowity całunem lekkiej mgiełki, która zwiastowała kolejny deszczowydzień.Will, pomimo że nigdy jeszcze nie był w Seattle, prowadził sportowy wóz Kelly labiryntem ulic z tą samą pewnością siebie, jaką wykazywał w San Francisco.Zerkającco chwila na tabliczki z nazwami ulic, by upewnić się, żenie zawodzi go fotograficzna pamięć, w której przechowywał wkuty w więzieniu na blachę obraz planu miasta, przeciął centrum i znalazł się na przedmieściach.Nie skłamałKelly mówiąc, że idzie po coś na śniadanie.Nie wspomniałtylko, że przedtem musi coś załatwić.Jakieś dwadzieścia minut pózniej i dwadzieścia kilometrów dalej zjechał z autostrady.Znalazł się na asfaltowejszosie, wcinającej się meandrami głęboko w gęste świerko-wo-jodłowe lasy.Miał wrażenie, że jedzie przez zielonytunel.Drzewa tłumiły wszelkie dzwięki.Dostrzegłszyprzed sobą zamkniętą, metalową bramę, Will zwolnił, zjechał na pobocze drogi, zatrzymał wóz i przystąpił do pilnego studiowania roztaczającego się przed nim widoku.Zametalową, otwieraną elektrycznie bramą, znajdowała sięwartownia.Za szybą małej, oszklonej budki widziałniewyrazny zarys poruszającego się człowieka.Dalej, spo- 92 POCHOPNIE OSDZONYry kawałek od bramy i wartowni, wznosił się budynekz pomarańczowej cegły, otoczony kamiennym murem.Czarne litery na frontonie układały się w napis: AnscottPharmaceuticals.Na widok nazwy firmy gniew ścisnął Willowi żołądek.Nie miał wątpliwości, że korporacja jest w jakiś sposóbodpowiedzialna za śmierć jego brata.Po nadejściu wiadomości o śmierci Stephena, żeby ratować się przed postradaniem zmysłów, każdą wolną chwilę poświęcał zbieraniuinformacji o tej fabryce lekarstw.Szybko dowiedział się,że firma ma swoją centralę w San Francisco, ale w Seattleistnieje jej filia, bardzo skromna.- Tak, bardzo skromna, ale ściśle strzeżona - mruknął,dostrzegając żyły kolczastego drutu, biegnące szczytemkamiennego muru.Przy bramie frontowej pojawił się nachwilę wielki pies stróżujący, który zaraz gdzieś zniknął.Zaczęło mżyć.Will włączył wycieraczki [ Pobierz całość w formacie PDF ]

Archiwum