[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Tyle że wydobycie ich na wierzch wymagało pracy cięższej niż górnika na przodku.U wujka Józka w rezultacie byliśmy raz, ale nastąpiło to z okazji imienin i wujek nie czuł się w pełni usatysfakcjonowany, wciąż czując niedosyt swobodnej pogawędki.Jakoś do niej nie doszło z różnych przyczyn, ale nie było to już winą mojego męża.Mąż Jadwigi, drugiej siostry mojego męża, Andrzej, był architektem i postacią tak barwną, że sam jeden mógłby wystarczyć na całą epopeję.Będzie o nim oddzielnie, bo szkoda byłoby zmarnować temat.Pracował wówczas w Komitecie do Spraw Budownictwa i Architektury i jego miejsce pracy wywarło pewien wpływ na kolejne wydarzenie.We trzech, mój mąż, Józio i Andrzej, postanowili skoczyć w góry i przelecieć się szczytami.W zasadzie było to wzbronione, bo musieliby iść po samej granicy, ale Józio, człowiek wojskowy,— bez trudu mógł uzyskać zezwolenie.Andrzej miał inny problem, przyjechał na krótko, powinien już wracać i musiałby przedłużyć sobie urlop chociaż na trzy dni.Wymyślili, że zadzwoni do pracy i załatwi sprawę.Dzwonienie było niezbędne od razu, bo dyscyplina pracy w owym czasie szalała bez opamiętania.Zaczęli szukać telefonu.Okazało się, że istnieje w okolicy jeden i znajduje się w domu wczasowym, w gabinecie kierownika.Kierownika nie było.Po krótkich wysiłkach uzyskali informację, że znajduje się właśnie w kinie.Udali się do kina, owszem, film szedł, a kierownik domu wczasowego podobno siedział na widowni.Informacja, że potrzebny jest natychmiast, bo tu jeden musi dzwonić do Komitetu, spowodowała przerwanie filmu i zapalenie światła.Andrzej ominął dalszy ciąg nazwy instytucji nie specjalnie, tylko z przyzwyczajenia, nie przyszło mu do głowy, że można to rozumieć rozmaicie.Tymczasem normalnym ludziom słowo kojarzyło się z Komitetem partii albo jeszcze gorzej, z Komitetem do Spraw Bezpieczeństwa Publicznego, czyli UB.i wywoływało nerwowe drgawki, kierownik kina zatem nie wahał się ani chwili.Wszyscy razem stanęli w wejściu do sali, ludzie zaczęli się gapić, nie wiadomo było, jak poszukiwanego kierownika rozpoznać.Józio rozwiązał sprawę.Również nie zdając sobie sprawy z tego, co robi, poddał się przyzwyczajeniu.Po prostu wydał rozkaz.— Miziuk! Do wyjścia!Na te słowa kierownik domu wczasowego schował się pod krzesło, ale nic mu z tego nie przyszło, bo nadgorliwcy i lizusy znajdują się wszędzie.Otoczenie zdradziło go od razu.— O.tu jest, tu jest! Tu siedzi! Panie Miziuk, wyłaź pan!Na wiadomość, że chodzi tylko o posłużenie się telefonem, kierownik doznał ulgi wyraźnej i gorliwie udostępnił swój gabinet, szczególnie że Andrzej znów użył skrótu nazwy miejsca pracy, teraz już świadomie.Załatwili wszystko pozytywnie i poszli w te góry.Wrócili wstrząśnięci i opowiadali, co widzieli, najmarniej dwadzieścia razy, bo dziwowisko ich zachwyciło.Otóż dotarli do jakiejś placówki WOP–u, a może był to tylko posterunek, gdzie tkwił sobie żołnierz i psem.Nie szeregowiec, jakaś szarża, chyba sierżant.Czekał na nich spokojnie, na dokumenty prawie nie spojrzał.— Ja od razu wiedziałem, że nasi idą — rzekł pobłażliwie.— Najwyżej mogli obywatele nie mieć zezwolenia.— Skąd pan wiedział? — zainteresował się któryś z nich.— Przez psa.On z daleka rozpoznaje, kto idzie i jeszcze wie.Niemcy czy Czesi.Pies.przepiękny owczarek alzacki, leżał u nóg pana.Popatrzyli na niego i okazali sceptycyzm.Sierżant wzruszył ramionami.— Macie trochę czasu? To poczekajcie, sami się przekonacie.Spędzili na tej placówce przeszło cztery godziny i przekonali się.Na widok nadchodzących turystów pies zachowywał się różnie, to wstawał, to warczał, to jeżył sierść, to spoglądał tylko na pana, sierżant zaś informował zawczasu, jaka narodowość się zbliża.Nie pomylił się ani razu.Nie wierząc własnym oczom, wpadli w taką euforię, że zrezygnowali z zaplanowanej trasy, pozostali przy psie i skracając sobie potem drogę, wrócili prosto do domu.Wstrząs, krótki, ale treściwy, przeżyłam w drodze powrotnej do Warszawy.Jechałam w jednym przedziale sypialnym z Jadwigą i jej pierwszą córką, Małgosią.Miałyśmy miejsca na górze i już nie pamiętam, kto spał na dole.Małgosia, wówczas chyba mniej więcej półtoraroczna, była dzieckiem przerażająco ruchliwym.W sypialnych wagonach nie czuję się najlepiej, co prawda sypiam, ale często się budzę, i za którymś razem obudziłam się w momencie, kiedy coś nagle koło mnie przeleciało.Usłyszałam okrzyk Jadwigi „Jezus Mario!”, poderwałam się, Jadwiga niewiadomym sposobem znalazła się na dole, okazało się, że Małgosia zleciała z tego górnego miejsca.Spała od ściany, przygnieciona ręką matki, ale jednak zdołała wypsnąć się i odbić jak sprężyna.Przerażona Jadwiga podniosła dziecko, tchu mi zabrakło, jej pewnie też, dziecko chyba nieżywe, zabiło się na miejscu, bo nawet się nie odezwało, Matko Boska…!Nic podobnego, Małgosia była w doskonałym stanie, nie uszkodzona.Spała martwym bykiem i wcale się nie obudziła.Zdaje się, że na odzyskanie równowagi potrzebna nam była dość długa chwila.W moim domu rodzinnym robiło się coraz gorzej.Mojego męża w zasadzie wszyscy lubili, bo, poza skłonnością do awanturnictwa i egoizmem, był sympatyczny, pogodny, uczynny i życzliwy światu.Wyjątek stanowiła moja matka, jej fanaberii bowiem nie spełniał i buntował się przeciwko pędzaniu.Stosowała wobec niego swoją normalną metodę, mianowicie usiłowała wysyłać go do sklepu po każdą rzecz oddzielnie, jego zaś zgniewało, czemu się wcale nie dziwię, i zażądał, żeby wyjawiła wszystkie potrzeby razem, bo on drugi raz nie idzie.Moja matka, rzecz jasna, oznajmiła, że niczego więcej nie chce, po czym po pół godzinie zmieniła zdanie.Mąż był konsekwentny i drugi raz nie poszedł.Nie wiem, kto poszedł, bo nie było mnie przy tym, siedziałam na wydziale, i po powrocie dotarły do mnie tylko ostatnie pomruki burzy, ale moja matka mu oporu nie darowała.Doszło w końcu do tego, że uciekłam z domu [ Pobierz całość w formacie PDF ]

Archiwum