[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Facet miał ondulację, włosy koloru jasnej słomy, poskręcane w grajcarki, sterczące wokół głowy we wszystkie strony.Moja przyszła synowa tym się od niego różniła, że akurat zrobiona była na rudo, poza tym uroda pozwalała jej na wszelkie dziwolągi i w każdym jej było do twarzy.Umówieni byliśmy z Hildą Holinovą w Bratysławie, że przyjedziemy koło piątej na obiad.Zdążyłabym bez trudu, gdyby nie to, że w Cieszynie złapali dwa mosty przemytników, cofnęli wszystkich kolejno i czekaliśmy na przejazd przeszło dwie i pół godziny.Kontrolowano nas trzy minuty, po czym postarałam się od razu wyprzedzić cały transport ciężarowy, żeby mi się te wielkie pudła nie plątały przed nosem na górskich zakrętach.Udał mi się ten manewr, wyszłam na prowadzenie i jechałam sobie spokojnie, zadowolona, bez zbytniego pośpiechu, osiemdziesiątką, bo na ten obiad i tak już byliśmy spóźnieni.Coś mnie nagle zaczęło doganiać.Usłyszałam klakson, spojrzałam w lusterko i za sobą ujrzałam istnego potwora.Docisnęłam lekko, bo nie po to użerałam się przedtem z wyprzedzaniem, żeby teraz pchała się przede mnie jakaś monstrualna ciężarowa, która zablokuje drogę i zniweczy mi wszelką widoczność.Odskoczyłam nieco, pokonałam zakręt, po czym, na kawałku prostej, potwór znów mnie zaczął doganiać.Przyśpieszyłam.Wielka kobyła nadal znajdowała się tuż za mną.Przyśpieszyłam porządniej…Co wyprawiałam w tym przejeździe przez góry, ludzkie słowo nie opisze.Włos się jeży.Przejeżdżałam ciągłą linię, wyprzedzałam na trzeciego i w miejscach niewidocznych, także pod górkę, rozmaite szataństwa czyniłam, żeby uciec temu za mną, bo najzwyczajniej w świecie zaczęłam się bać.Gonił mnie z uporem.Machnęłam już ręką na własne pierwszeństwo, chętnie bym go puściła do przodu, ale nie mogłam się na to zdobyć ze strachu, poza tym zalęgło się we mnie silne podejrzenie, że on ma na celu głupie złośliwości.Wyjdzie na prowadzenie i zacznie się wlec czterdziestką, będzie mi zajeżdżał drogę, diabli wiedzą co jeszcze, może mnie puknie w samochód i zepchnie z trasy.Na zakrętach, pod górkę i przy tym wyprzedzaniu na trzeciego udawało mi się nieco oderwać od przeciwnika, na prostej mnie dochodził.Paniką zaraziłam dzieci.Iwona z tyłu żałosnym głosem twierdziła, że ma już wyłącznie wielkie plecy poza terenem samochodu i on w te jej plecy celuje.Jerzy na rozjeździe rzekł z niepokojem:— Matka, głowę daję, że on miał skręcić do Pragi, ale specjalnie za nami pojechał na Bratysławę.Puść go może…— Chętnie, dzieciątko — odparłam smętnie.— Tylko szkopuł w tym, że ja się go cholernie boję.— Wszyscy się boją…Zaczęło się zmierzchać.Bałam się coraz bardziej.Opuściliśmy łańcuch górski, uciekałam teraz po równym i płaskim, dusząc pedał do dechy.Wreszcie ujrzałam przed sobą po prawej mnóstwo świateł, stację benzynową z warsztatem, dalej gospodę ludową z wielkim parkingiem, dużą ilość samochodów, z determinacją pomyślałam, że tutaj, wśród ludzi, monstrum nie zrobi mi chyba nic złego, gwałtownie zjechałam w prawo, na wszelki wypadek opuszczając szosę, i zatrzymałam się.Potwór z rzęgotem przeleciał obok, też zwolnił i pięćdziesiąt metrów dalej stanął na parkingu przed gospodą ludową.Gdybym nie bała się go tak przeraźliwie i bezsensownie, wy siadłabym i złożyła gratulacje kierowcy.Genialny facet! W końcu ja jechałam osobowym volkswagenem, który świetnie chodzi po górach, on zaś pruł TIR–em gigantycznych rozmiarów! Zasługiwał na szczery podziw.Gdzie mi było jednakże do uprzejmych wyrazów, wykorzystałam sytuację, dokitowałam i uciekłam.Dzięki tej całej przerażającej zabawie spóźniliśmy się na obiad do Hildy zaledwie czterdzieści pięć minut…W Wiedniu mieliśmy spędzić cztery dni, w skład których wchodziła sobota i niedziela.Do załatwienia wszystkich spraw pozostał czwartek i piątek.Z zaplanowanych i wypełnionych obowiązków pamiętam tylko zakup znaczków, wizytę u przyjaciół i pobyt na torze kłusaków, ale było tego znacznie więcej i śpieszyłam się bez chwili przerwy.Jedyną ulgę stanowił parking.Zamieszkaliśmy u jakiejś facetki, która wynajmowała Polakom piękny apartament z łazienką, bardzo tanio, z nie znanej mi przyczyny.Malowane to mieszkanie było w sposób niezwykły.Delikatny, kremowy kolorek, niby wszystko gładko, ale przy zmianie oświetlenia pojawiały się w tym małe różyczki.Sama bym chciała mieć coś takiego, okazało się to jednak niemożliwe, bo malarz, specjalista od takich sztuk, już umarł.Za to przed samym domem na parkingu istniało wolne miejsce, co zakrawało na cud.Wracałam śmiertelnie zmęczona, podjeżdżałam pod budynek, z reguły późnym wieczorem, i miejsce było, jakby specjalnie na nas czekało.Błogosławieństwo wstrząsające, nie musieliśmy po całym dniu pośpiechu lecieć jeszcze kilometr albo i dwa.nie pojmowałam zjawiska, ale korzystałam z niego z radosną ulgą.Ostatniego dnia pobytu okazało się, że parkowałam przed kościołem, na miejscu zarezerwowanym dla biskupa.Wiedeń był rozkopany radykalnie.Pilotował mnie Jerzy, który już tam bywał, coś mu się jednak przez te wykopki i objazdy pozmieniało i rezultaty nas prawie dobiły.Na zwykłe pytanie: „W prawo, w lewo czy prosto?” usłyszałam odpowiedź:— Należało skręcić tam, gdzie było rozkopane, więc teraz już wola boska [ Pobierz całość w formacie PDF ]

Archiwum