[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.219— Zostaw to! — Bruce wpadł w szał.— Wracaj, ale już!Pierwsza strzała wzbiła się leniwie w powietrze z nadbrzeżnego buszu, zakreślając bezgłośną parabolę.Opadając nabrała szybkości i z cichym furkotem wbiła się w ziemię u stópmężczyzny.Zadrgała sprężyście.Cienka trzcina z pióropuszem zielonych liści wyglądała niegroźnie, niemal jak zabawka.— Biegnij! — krzyknął Bruce.Tamten stał i wpatrywał się w strzałę w tępym niedowierzaniu.Bruce ruszył w jego stronę, lecz w tej samej chwili opadło mu na ramię wielkie łapsko Ruffy’ego i został, tam gdzie stał.Próbował się wyrwać, lecz nie był w stanie wyzwolić się z potężnego uchwytu.Teraz z zarośli wyleciał cały rój, niczym szarańcza.Wysokim łukiem, z cichym świstem, opadały wokół nieszczęsnego cywila, który wreszcie zerwał się do biegu.Bruce przestał się wyrywać.Już tylko patrzył.Słyszał, jak metalowe groty dzwonią o maskę samochodu, widział, jak strzały rozpraszają się wokół biegnącego; niektóre z nich uderzając w ziemię, pękały, tak były kruche.A potem jedna, jak perfekcyjnie rzucona pika, trafiła go dokładnie pomiędzy łopatki.Smagnęła w plecy, a mężczyzna wykręcił do tyłu ręce, na próżno usiłując dosięgnąć drzewca, z twarzą wykrzywioną bólem i przerażeniem.— Na ziemię go! — krzyknął Bruce, gdy cywil wreszcie wpadł między ciężarówki.Dwaj żandarmi przyskoczyli do niego i chwyciwszy za ramiona, przydusili twarzą do ziemi.Mężczyzna bełkotał coś niezrozumiale, podczas gdy Bruce usiadł mu okrakiem na plecach i chwycił cienką trzcinę.Tylko pół kolczastego grotu zagłębiło się pod skórą — nie więcej niż na dwa centymetry — gdy jednak spróbował ją wyszarpnąć, strzała złamała się, a stal pozostała w ciele.— Nóż! — krzyknął i ktoś włożył mu do ręki bagnet.— Uważaj na zadziory, szefie.Nie skalecz się tym…220— Ruffy, zbierz ludzi, niech się przygotują do odparcia ataku — przerwał mu Bruce i rozerwał koszulę ofiary.Przez chwilę przyglądał się topornemu, ręcznie kutemu grotowi strzały.Pokrywała ją grubo trująca maść, oblepiająca zadziory jak czarne toffi.— On już nie żyje — rzucił Ruffy, oparty o maskę ciężarówki.— Tylko jeszcze nie przestałoddychać.Mężczyzna krzyczał i wyrywał się Bruce’owi, gdy ten wykonał pierwsze nacięcie, zagłębiając ostrze bagnetu tuż przy grocie.— Hendry, daj mi kombinerki ze skrzynki z narzędziami.— Masz tutaj.Bruce uchwycił grot stalowymi kleszczami i pociągnął mocno.Tkanka trzymała się uparcie zadziorów, ciągnęła się za nimi, formując stożek.Bruce podciął ją bagnetem.Czuł, jak puszcza.Przypominało to wyciąganie haczyka z gumias-tego pyska ryby.— Marnujesz tylko czas, szefie — mruknął znów Ruffy z właściwą Afrykanom spokojnąakceptaqą gwałtownej śmierci.— Chłop już wykorkował.To nie koń! Ma już w żyłach jad węża, całkiem świeży.Z nim już koniec.— Jesteś pewien, Ruffy? — Bruce spojrzał na niego.— To na pewno jad węża?— Zawsze tego używają.Mieszają to z mączką z ka-sawy.— Hendry, gdzie jest zestaw surowicy antyjadowej?— W apteczce, w obozowisku.Bruce jeszcze raz szarpnął grot, który wyszedł wreszcie z ciała ofiary, pozostawiając po sobie głęboki czarny otwór.— Wszyscy do ciężarówek, musimy go zabrać do obozu! — krzyknął Bruce.— Każdasekunda się liczy!— Spójrz tylko na jego oczy — nie rezygnował Ruffy.— Ten cały zastrzyk nic mu już nie pomoże.Źrenice mężczyzny zwęziły się do rozmiarów łebka od szpilki; rozchodząca się po jego ciele trucizna wywoływała już drgawki.221— Dawać go na ciężarówkę.Wpakowali cywila do kabiny i wskoczyli pod plandekę.Ruffy włączył zapłon, wrzuciłwsteczny bieg i z rykiem silnika przebył tyłem dzielące ich od laageru trzydzieści metrów.— Wyciągnijcie go — polecił Bruce.— Wnieście pod dach.Ranny zawodził płaczliwie przez bezwładne wargi i zaczął się pocić.Strumyczki potu spływały mu po twarzy i nagim torsie.Z rany niemal nie leciała krew, jedynie strużka brązowawego płynu.Ta trucizna pewnie zwiększa krzepliwość — domyślił się Bruce.— Nic ci się nie stało? — Shermaine wybiegła mu na spotkanie.— Mnie nic — pamiętał, żeby tym razem powściągnąć język — ale jeden z cywili dostał.— Mogę coś pomóc?— Nie, nie chcę, żebyś na to patrzyła.Hendry, gdzie ta cholerna surowica?Wciągnęli mężczyznę do wnętrza kręgu i ułożyli go w cieniu na kocu.Bruce uklęknął przy nim.Wziął podaną mu przez Hendry’ego czerwoną puszkę i otworzył.— Ruffy! — zawołał do sierżanta, nakładając jednocześnie igłę na strzykawkę [ Pobierz całość w formacie PDF ]

Archiwum