[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Myślała, że nie wiem, że szpera w moich rzeczach, kiedy jestem w szkole, ale od razu się zorientowałam.- Czemu to robiła?- Nie wiem.Nigdy nie zrobiłam nic złego.- Może właśnie dlatego.Może miała nadzieję, że w końcu przestaniesz być idealna.Westchnęła.- Daj spokój, Jack, nie ma ludzi idealnych.Ja tylko nie robiłam nic niewłaściwego, nie piłam i nie paliłam.Wracałam do domu na czas.Zazwyczaj nawet mówiłam prawdę, kiedy pytała, z kim i po co się spotykam.- Zazwyczaj? - Uśmiechnął się szeroko.- To dopiero ciekawe.Czyli czasami kłamałaś?- Nie twoja sprawa.W drobnych dziecinnych sprawach.Po co ci drabina?- Przynieś ją, to zobaczysz.- Nie odpowiedziałeś, czemu przeszukujesz strychy.- To świetna kryjówka na narkotyki.- Och.- Już miała wyjść, ale znieruchomiała.Rozszalał się w niej huragan emocji.Gwałtownie zadarła głowę.- Żartujesz, prawda?- Skądże.Małą torebkę, kilka działek, chowasz w zbiorniku w toalecie, ale kilka kilogramów tam nie wejdzie.Więc włazisz na strych.- Aha.– Było jej słabo.Niemożliwe, żeby Jack.- Czy ty handlujesz narkotykami? - Zapytała nieśmiało, ze strachem.Zamknęła oczy, zacisnęła kciuki i miała nadzieję, że odpowie przecząco.A potem zrozumiała, jakie to głupie, bo zaprzeczy, bez względu na to, jak jest naprawdę.- Nigdy nie dajesz za wygraną, prawda? - zapytał.- Za wszelką cenę chcesz ze mnie zrobić groźnego kryminalistę.W jednej rozmowie zarzuciłaś mi najpierw kradzieże, potem handel narkotykami.Co dalej? Płatny zabójca na usługach mafii?Jego sarkastyczne uwagi tylko utwierdzały ją w uporze.- Tego akurat nie wzięłam pod uwagę.Muszę to przemyśleć.- Na miłość boską, czy mogłabyś w końcu przynieść drabinę?- Nie powiedziałeś, po co ci drabina.- Mnie po nic.Będzie potrzebna tobie.Aluminiowa drabina miała metr osiemdziesiąt.Trochę za mało, zważywszy, że pokój miał trzy metry wysokości.To nic, przynajmniej ma pewność, że Jack nie zechce zejść po drabinie na dół, demolując przy okazji resztki sufitu.Wróciła do sypialni z drabiną.- Bogu dzięki - powitał ją.- Noga mi drętwieje.- Więc nią poruszaj.- Nie mogę.W tym cała rzecz.Jeden ruch i w suficie będzie nowa dziura.- Przecież powiedziałeś, że to dla ciebie żaden problem.Zmarszczył czoło.- Czy zawsze wypominasz ludziom każde słowo? Odchyliła głowę do tyłu.- Tylko jeśli przeczą sami sobie.Więc jak? Umiesz załatać sufit czy nie?- Umiem, ale nie chcę się przepracować.To nudne.Czasochłonne.Męczące.Ale nietrudne.Zadowolona jesteś, Mała?- Owszem.A teraz powiedz, po co mi drabina.- Ustaw ją mniej więcej pod moją nogą.I właź.- A potem?- Później ci powiem.Nie spodobało jej się to.- Dlaczego nie teraz?- Nie martw się.Szybciej, Tess.Jeśli się nie pospieszysz, wda się gangrena.Przeraziła ją ta perspektywa.Szybko rozstawiła drabinę i ustawiła niemal dokładnie pod jego nogą.- Nie wda się żadna gangrena.Mam lęk wysokości, a drabiny są najgorsze.- Dlaczego?- Kołyszą się.- Aha.- Milczał przez długą chwilę, a potem dodał miękko:- Dzięki, że mi to mówisz.- Dlaczego?- Bo na pewno nie było ci łatwo przyznać się wobec mnie do słabości.Najchętniej obdarłaby go ze skóry.Najchętniej wspięłaby się na drabinę, złapała go za nogi i ciągnęła z całej siły, aż wpadnie do pokoju razem z sufitem.Była już na drabinie, gdy zdała sobie sprawę, jak głupio się zachowuje.Jack nie powiedział tego złośliwie.Był szczery.A to jeszcze gorsze.- Nie współczuj mi, Wright.- Wcale ci nie współczuję.Tylko że zawsze wydajesz się taka pewna siebie, twarda i zorganizowana, że jestem wzruszony, że zaufałaś mi na tyle, by przyznać się do słabości.- Nie bądź śmieszny - skarciła go, choć nagle zachciało jej się płakać.Bo.Bo nikt nigdy nie okazał jej odrobiny współczucia.Ludzie zazwyczaj na nią wrzeszczeli, kłócili się, kwestionowali jej opinię.Odkąd zatrudniła się w urzędzie podatkowym, krąg jej znajomych zmniejszał się stopniowo, aż w końcu zostali sami koledzy z pracy.Dlaczego? Bo nikt nie wiedział, jak to jest.Poza tym, wszystkim się chyba wydaje, że kontrolerzy skarbowi roznoszą jakąś straszliwą chorobę.Nie da się ukryć, że praca w urzędzie podatkowym sprawiła, że stała się jeszcze bardziej zadziorna.Nie miała innego wyjścia.Codziennie kłóciła się z wściekłymi podatnikami.Nic dziwnego, że stała się kłótliwa.A teraz.Jack był dla niej miły, a ona zaraz zaleje się łzami.Może czas zmienić pracę.- To nic - mruknęła.- Jak wysoko mam wejść?- Na tyle, żebyś mogła podnieść moją nogę.- Co to da? Nie możesz oprzeć się na drugim kolanie i wyciągnąć? Westchnął.Teraz, im bliżej sufitu, nie widziała jego twarzy.- Nie mogę, bo drugie kolano leży na gipsie, między belkami.Musiałbym się przesunąć trochę do przodu, ale nie mogę, bo się boję, że zrobię następną dziurę.Rozumiesz?- Chyba tak.- Nie mogła sobie tego dokładnie wyobrazić, ale brzmiało rozsądnie.- W którą stronę mam pchać?- Do góry i do przodu.Mam nadzieję, że to wystarczy.- Postaram się.- Wiem.- Zabrzmiało, jakby naprawdę tak myślał.Będąc tak blisko jego nogi, dostrzegła liczne zadrapania.- Ty krwawisz!- Ale obejdzie się bez pogotowia.Dalej, Tess.Już nie czuję stopy.Ładna noga, zauważyła.Nagle zapragnęła przejechać dłonią po złotych włoskach.Było to tak nieoczekiwane, że przerażona szybko wróciła myślami na ziemię.- Gotów? - zapytała żwawo.Starała się nie patrzeć na dół i nie myśleć o tym, jaka chybotliwa jest drabina.- Gotów.Na trzy.Raz., dwa.trzy!Pchnęła i poczuła, że jego stopa się poruszyła.Poruszyła się także drabina.Nie tyle poruszyła, co przewróciła.Krzyknęła i zeskoczyła, w ostatniej chwili.Naprawdę w ostatniej chwili - drabina wylądowała na podłodze.- Tess? Tess! Nic ci nie jest?Podniosła głowę.Tam , gdzie do niedawna była jego głowa, widniał kołnierzyk koszulki polo.- Tess, odpowiedz!- Nic mi nie jest.Naprawdę.Ale mało brakowało, przemknęło jej przez głowę.- Jack?- Tak?- Nie każ mi tego powtarzać, dobrze?- Nie trzeba - odparł niewyraźnie.- Już idę.- Po chwili zniknęła jego noga.Słyszała, jak przesuwa się po suficie.- Zaraz będę - krzyknął.- W porządku.- Patrzyła na dwie dziury w suficie i długą rysę między nimi.- Brigitte nas zamorduje - poinformowała pusty pokój.Godzinę później Jack zabrał się za łatanie sufitu.Przytaszczył niezbędne rzeczy z garażu.Chyba były ciężkie, bo bardzo się spocił.Tess przytrzymała mu drzwi i zdziwiła się, gdy powietrze na dworze okazało się suche i chłodne.- Co się dzieje? - zapytała.- Pogoda zapomniała, gdzie jesteśmy?- Mamy koniec listopada, Tess - zauważył.- Ostatnie dni były wyjątkowe.- Naprawdę? Specjalnie dla mnie?- Chyba tak.Stan Floryda robi co w jego mocy, by cię wypłoszyć.- Wierzę.Naprawdę wierzę.Zaniósł wszystko do sypialni i oparł o ścianę.Tess zerknęła na dziury w suficie.- I co ty chcesz zrobić? Wyciąć pół sufitu i włożyć nową płytę? Uśmiechnął się z wyższością.- Odwrotnie, Mała.Przytnę płytę tak, żeby pasowała do dziur.- Tych dziur? - Nie mogła się nie roześmiać.- Powodzenia, Jack.Nigdy ci się to nie uda.Przecież są strasznie nierówne.- Owszem.- Wszedł na drabinę z linijką w kształcie litery L i ołówkiem.Po chwili wyrysował kwadrat dookoła największej dziury.- Aha - Już zrozumiała.- No tak.- No tak - zgodził się.- Nie musisz powtarzać.Spojrzał na nią z góry.- Tak rzadko mam okazję się z tobą zgodzić, że nie mogłem sobie odmówić.- Jesteś cuchnącym draniem, wiesz o tym?- Naprawdę? A kąpię się codziennie.Jęknęła tylko, bo żadna riposta nie przychodziła jej do głowy.Zdecydowanie za często Jack ma ostatnie słowo, bo ona daremnie szuka odpowiedzi.Zamiast tego zadała pytanie [ Pobierz całość w formacie PDF ]

Archiwum



 

clude("menu4/20.php") ?>