[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.- W Anglii nie mam czego szukać - stwierdził Harper.- Wolę być tutaj.- A inni?- Większość jest zadowolona - odparł Irlandczyk.- Jest kilku, którzy wiecznie mówią otęsknocie za ojczyzną.Cresacre, Sims, zawsze ci sami.Najbardziej daje się we znakiWilliamson.Podburza innych.Twierdzi, że tkwimy tu tylko dlatego, że pragnie pan awansu,dla którego jest pan zdolny poświęcić życie żołnierzy.13Hiszpańskie miasto portowe w Galicji (przyp.tłum.). - Naprawdę tak twierdzi?- Mówi nawet gorsze rzeczy.- To nie najgorszy pomysł - zadrwił Sharpe.- Nie sądzę, by ktokolwiek brał go na poważnie, prócz kilku bękartów, którzy zawszechętnie nadstawiają uszu, gdy ktoś narzeka.Pozostali wiedzą, że jesteśmy tu za sprawąprzypadku.- Harper spojrzał w kierunku zgromadzonych za wsią dragonów.- Będę musiałWilliamsonowi przetrzepać skórę.Wcześniej czy pózniej.- Jeśli tego nie zrobisz, chętnie cię wyręczę.Sierżant przytknął lunetę do oka.- Ten bękart wraca.Zostawił tego drugiego bękarta Francuzom.- Harper skrzywił się ioddał przyrząd porucznikowi.- Oliviera?- Oddał go ropuchom! - Harper splunął.Sharpe zobaczył w szkle Christophera, zmierzającego na powrót ku Vila Real de Zedesw towarzystwie jezdzca w cywilnym stroju.Tymczasem porucznik Olivier oddalał się wraz zdragonami.- %7łabojady musiały nas przecież widzieć - zauważył Sharpe.- Jak na dłoni - zgodził się Harper.- Poza tym porucznik Olivier na pewno im powiedział, że jesteśmy w Quinta -rozumował Richard.- To dlaczego, do jasnej cholery, zostawili nas w spokoju?- Nasz pułkownik musiał dojść z bękartami do porozumienia - orzekł Harper, ruchemgłowy wskazując zbliżającego się Christophera.Sharpe owi nie mieściło się w głowie, jak mogło dojść do tego, by angielski oficerukładał się z Francuzami.- Należałoby go obić - stwierdził.- Pułkownika? - z powątpiewaniem zapytał Harper.- Z racji stopnia, trzeba by zasrańca sprać dwa razy mocniej - dorzucił Sharpe.- Zarazwyśpiewałby nam całą bolesną prawdę.Zamilkli, gdy pułkownik podjechał galopem pod dom.Towarzyszący mu jezdziec byłmłodym, rudym mężczyzną w cywilu.Niemniej jednak koń, którego dosiadał, miał znakfrancuskiej armii wypalony na zadzie, a na grzbiecie nosił wojskowe siodło.Christopherzauważył lunetę w rękach Sharpe a.- Pewnie się zastanawiasz.- stwierdził z nadzwyczajną życzliwością pułkownik.- Zastanawiam się - Sharpe wszedł pułkownikowi w słowo - dlaczego oddał pan naszego jeńca.- Ponieważ podjąłem taką decyzję, ma się rozumieć - odparł Christopher, zeskoczywszyz końskiego grzbietu.- Dał słowo nie stawać do walki, dopóki Francuzi nie zwrócą nampojmanego, równego mu stopniem, Brytyjczyka.Wszystko odbyło się z zachowaniem reguł,Sharpe.Więc możesz darować sobie święte oburzenie.Przedstawiam ci pana Argentona,który pojedzie ze mną do sztabu generała Cradocka.- Kapitan, słysząc swe nazwisko, skłoniłsię lekko.- Pojedziemy z panem - rzekł Sharpe, ignorując Francuza.Christopher potrząsnął głową.- Nie sądzę, Sharpe.Pan Argenton zorganizuje dla nas dwóch przeprawę przez mostpontonowy w Oporto, jeśli ten został już naprawiony.Jeśli nie, wsiądziemy na prom.Niewyobrażam sobie, by nasi francuscy przyjaciele przyglądali się spokojnie, jak półkompaniastrzelców przemierza Douro.Jak ci się zdaje?- Gdyby pan z nimi porozmawiał, pewnie by się zgodzili - stwierdził.- Wygląda na to,że jest pan z nimi w doskonałej komitywie.Christopher rzucił lejce Luisowi.Wszedł na schody i skinął na kapitana Argentona, byten podążył za nim.-  O Horacy, więcej jest rzeczy na ziemi i w niebie, niż się ich śniło waszym filozofom- pułkownik posłużył się swą ulubioną formułką, zwracając się do Sharpe a.- Mam dla ciebieinne zadanie.- Ma pan dla mnie zadanie? - Richard powtórzył tonem wyzwania.- Z tego, co mi wiadomo, w brytyjskiej armii pułkownik jest stopniem wyższym odporucznika, Sharpe - sarkastycznie zauważył Christopher.- Tak było od wieków, dlatego,poruczniku, jest pan pod moją komendą.Niech pan przyjdzie do mnie za pół godziny, byodebrać nowe rozkazy.Zapraszam, monsieur - zawołał do kapitana Argentona.Po czym,rzuciwszy Sharpe owi obojętne spojrzenie, odwrócił się.*Następnego ranka padał deszcz.Ochłodziło się.Szare smugi deszczu nadciągały zzachodu, gnane przez przenikliwy wiatr znad Atlantyku.Z targanych porywami gałęzi cedrówopadały drobne płatki wisterii.Okiennice Quinta łomotały, wpuszczając do domu chłodnepowiewy.Sharpe, Vincente i ich ludzie spędzili noc w pomieszczeniach stajennych, wokółktórych wystawione zostały straże.Wartownicy trzęśli się, wbijając wzrok w nieprzeniknione,dżdżyste ciemności.Podczas obchodu, wśród mroku bezgwiezdnej nocy, Richard dostrzegł migotliwy blask świec, przenikający przez szarpane wichrem okiennice jednego z okien Quinta.Miałwrażenie, że słyszy dobiegający z górnego piętra jęk podobny wydawanym przez znajdującesię w niebezpieczeństwie zwierzęta.Przez moment był niemalże pewien, że rozpoznaje głosKate.Nadstawił ucha, lecz nic więcej nie dosłyszał, powiedział więc sobie, że musiał ulecwybrykom zbyt bujnej wyobrazni.A może zmylił go gwizd hulającego w kominie wiatru.Z nadejściem świtu zajrzał do Hagmana.Znalazł go przy życiu.Sierżant spałniespokojnie, zlany zimnym potem.Rzucał się i mamrotał [ Pobierz całość w formacie PDF ]

Archiwum