[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Dołyzasypuje się zazwyczaj dużo szybciej, niż je kopie, a poza tym pomogę wam, bo odciski jużprawie mnie nie bolą.- Chętnie bym chwilkę odsapnął - westchnął  Pimpek , wbijając szpadel w świeżąziemię, która brązowiała teraz na miejscu, gdzie jeszcze pół godziny temu była dziuradwumetrowej głębokości.- A ja bym coś przekąsił - dodał  Puchatek , patrząc tęsknie w kierunku, gdzie, zapasem zieleni, kilkadziesiąt metrów dalej, musiał stać grill jego ojca.Spodziewałem się, że Robert doda jeszcze  i zapalił , ale najstarszy z Jaworskichtylko otarł czoło z potu, sięgnął po butelkę i przechyliwszy głowę do tyłu wytrząsnął z niejkilka kropel wody.Od samego rana nie widziałem go z papierosem w ustach.- Chyba wszystkim nam przyda się przerwa - stwierdził  Królik , wypuszczającpowietrze ustami tak, żeby owionęło mu twarz.- Ale żebyśmy za bardzo się nie rozprężyli,pójdziemy z  Pimpkiem po jakąś wałówkę do namiotu, a wy tu zaczekacie z panem Pawłem.Zgoda?Robert i  Puchatek skinęli głowami i przysiedli na murku, wpatrując się zmęczonymwzrokiem w czubki swoich butów.Buczenie owadów w trawach wokół nas wypełniło ciszę.Jedzenie na powietrzu należy do najprzyjemniejszych rozrywek znanych ludzkości.Takie jest przynajmniej moje skromne zdanie.Konserwa wyjadana nożem z puszki,zagryzana kawałkiem chleba i popijana herbatą z termosu, oczywiście pod warunkiem, żewszystko to przyprawione jest świeżym górskim powietrzem i wysiłkiem, zostawia kilka długości w tyle najwymyślniejsze nawet dokonania francuskich mistrzów kuchni.Podobnego zdania zdawali się być harcerze z zastępu  Komańczów.Ledwie bowiem Królik i  Pimpek wrócili z namiotu objuczeni konserwami, puszkami z pasztetem,chlebem, bułkami, trzema butelkami mineralnej i termosem z herbatą, przez kilka minut niesłychać było niczego poza mlaskaniem, przełykaniem i bulgotem wody w opróżnianychbutelkach.- No dobra - Robert otarł usta zewnętrzną stroną nadgarstka i wstał.- Czas chybawrócić do naszych baranów.- Chyba do kamieni? - zaoponował  Pimpek.- To tylko takie powiedzenie - tłumaczył mu  Królik.- Kamienie czy barany.Co za różnica? - stwierdził filozoficznie najmłodszy zJaworskich i wepchnął do ust ostatni kawałek bułki z pasztetem.- I tak będzie ciężko.Po czym wstał i dołączył do Roberta, który tymczasem zdążył już zabrać z prawegopomieszczenia szpitala trzy potężne kawały nieregularnego piaskowca i zwalić je na stosobok muru dawnego lazaretu.Pod metrową warstwą kamieni był piasek.Chłopcy, brodzący w nim po kostki, wyglądali jak przerośnięte berbecie w za dużej izbyt głębokiej piaskownicy. Nie przejmujcie się, już blisko - pomyślałem, ale na głos rzekłem tylko:- Do łopat, mości panowie! Potrzebna im była zachęta.Siły i ochota, przywróconeprzerwą i posiłkiem, po trzech kwadransach przerzucania kamieni piaskowca wyparowałyrównie szybko, jak krople wody, które przypadkowo spadną na rozgrzaną patelnię.Apatycznie wbili szpadle w ziemię skrytą płytko pod warstwą piasku.Pracowalipowoli, walcząc z falami ziarenek osypującymi się ciągle do wykopywanych dołków.Kopałem z nimi, czekając w napięciu na okrzyk tryumfu.Pierwszy natrafił na skrzynię  Puchatek.Jego łopata uderzyła w stare drewno,wydając stłumiony, głuchy dzwięk.Chłopak uderzył po raz drugi i trzeci, zanim ogłosił swojeodkrycie.- Tu chyba coś jest,  Pimpek - szepnął do kopiącego obok Jaworskiego.Najmłodszyz braci, nie wstając z klęczek, przesunął się po piasku i uderzył czubkiem łopaty tam, gdziepokazał mu kolega.Twarz rozjaśniła mu się w ułamku sekundy i wrzasnął radośnie:- Chodzcie szybko - darł się chłopak.- Maciek dokopał się do skarbu! Słowo  skarbdziała na ludzi w podobny sposób jak ostroga wrażona w koński bok, trudno się więc dziwić,że łopaty zaczęły śmigać w okolicach dołka  Puchatka niczym cepy na klepisku.Nie minęło nawet pół godziny i mogliśmy podziwiać górną część dzieła rąk bieszczadzkiego stolarza.Z ust chłopców wyrwało się westchnienie, a zaraz po nim popłynęły komentarze:- Chryste Panie! Wygląda na starą.- Prawdziwy skarb!- Ale jazda!- Otwieramy! Ostatnie słowa wypowiedział Robert, pochylając się jednocześnie naddołem i próbując dosięgnąć końcem łopaty szpary między klapą a pudłem.- Lepiej będzie ją najpierw wydobyć na powierzchnię - doradziłem.- Dobrze byłobyto zrobić ostrożnie.Nie wiemy przecież, co jest w środku.- Mamy w namiocie grubą linę i bloczek do wyciągania - powiedział  Królik.- W takim razie skocz po nie, a my tymczasem odkopiemy do końca skrzynię.Aha -przypomniałem sobie.- Wez też coś, czym można by podważyć wieko.- Może być łom?- Będzie idealny.- Dawaj linę - krzyknął Robert.Siedział na grubej gałęzi, pochylonej dwa metry nadwykopem.Skończył właśnie mocować do niej bloczek. Królik chwycił koniec sznura,którym wcześniej obwiązaliśmy skrzynię i, przywiązawszy do jego końca nieduży kamień,rzucił nim tak, że lina przeleciała nad gałęzią, a jej koniec zawisł obciążony kamieniem, jakiśmetr nad ziemią.Robert sprawnie odczepił kamień, przeplótł końcówkę przez bloczek itrzymając koniec liny w zębach, zszedł z drzewa.Podzieliliśmy się pracą.Ja z Robertem ciągnęliśmy za linę, pozostali harcerze, podkierunkiem  Królika , próbowali sterować nią tak, żeby nie obijała się zbytnio o brzegiwykopu i wylądowała bezpiecznie na ziemi.Zaczęliśmy powoli.Obracający się bloczek zaskrzypiał, lina wyprężyła się, a skrzyniaruszyła do góry.Była jednak nierównomiernie wyważona i przechyliła się na bok.Usłyszeliśmy głośne chrobotanie drewna o osypującą się ścianę ziemi.- Stop, stop - krzyknął  Królik.- Nierówno idzie! Opuśćcie ją! Zrobiliśmy jak chciał.Poprawiliśmy prowizoryczną uprząż i znów pociągnęliśmy za linę.Tym razem pakunek wydostał się z dołu bez problemów.Ponieważ skrzynia nie byłaciężka,  Królik i jego drużyna bez problemu przesunęli ją o metr od dołu.- Opuszczajcie - rozkazał  Królik i już po chwili skrzynia zaparkowała bezpieczniena piaskowej podściółce.Reszta była głównie dziełem Roberta, który, przekonawszy się, żeskrzynia jest niezbyt ciężka, podniósł ją z dna wielkiej piaskownicy i postawił na brzegukamiennego obramowania [ Pobierz całość w formacie PDF ]

Archiwum