[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.To, że rozmawiamy na pańskimterenie, jest aktem mojej dobrej woli.Byłem wzruszony.Nie wiedziałem, jak mam mu dziękować.- Pan naprawdę nazywa się Marchwicki? - wymieniłem nazwisko widniejące wlegitymacji.- Czy to pański pseudonim artystyczny?- Nie do wiary, co?Mieć nazwisko jak najsłynniejszy polski seryjny morderca i pracować w takichsłużbach to prawdziwa ironia losu.I powód wiecznych uśmieszków oraz dowcipów.O ilektoś miał odwagę, by sobie na nie pozwolić.Wstałem zza biurka. - No to chodzcie, chłopaki - zwróciłem się do młodych.- Wasza wizyta zapiera mi dechw piersiach.Chyba na śniadanie zjedliście za dużo czosnku.Spojrzeli po sobie, a potem popatrzyli na mnie.Czułem, że upłyną lata świetlne, zanimsię polubimy.Ruszyliśmy do salki.Odwróciłem się.Trzej faceci za mną przypominali kluczsamolotów.Dwóch po bokach i jeden na szpicy.Pewnie zmietliby wszystko, co się rusza, podściany, gdyby akurat ktoś przechodził korytarzem.Szczęśliwie byłem jedynym świadkiemtego pokazu siły.Usiadłem przy stole, a Marchwicki znalazł się najbliżej mnie.Młodzi rozsiedli się przydrzwiach.Na wszelki wypadek, gdybym próbował uciec.- Widzę, że nigdy nie siada pan tyłem do wejścia - zagadnąłem.- Nawet w takimmiejscu.Zmierzył mnie spojrzeniem.Być może nie pasowałem mu do obrazu, który sobiewcześniej stworzył.- Pan wie, dlaczego się spotykamy?Kiwnąłem głową.Wiedziałem.- Sprowadza pana skóra mężczyzny sprzed dziesięciu lat.Jest pan fetyszystą?Zacisnął palce na potężnych udach i pochylił się do przodu.- Opowiem panu pewną historię, dowcipnisiu.Słyszał pan o aferze pedofilskiej naDworcu Centralnym, prawda? Każdy dureń słyszał, więc tym bardziej człowiek takbłyskotliwy jak pan.Trudno nie znać sprawy, którą żyła cała Polska.Kilka lat temu rozbito gang pedofilówna dworcu w Warszawie.Wyłapywano chłopców, którzy uciekli z domu, potrzebowali kasylub po prostu szukali przygody.A następnie wpychano ich w ręce kulturalnych zamożnychpanów.Miasto i prasa huczały od plotek.Wśród podejrzanych byli ludzie ze świecznika.Duchowny, dyplomata, terapeuta, reżyser filmowy, sportowiec.Ale im bliżej był proces, tymbardziej wydawało się, że sprawie ukręcono łeb.Na sali sądowej znalezli się drugorzędnisutenerzy, a ci z pierwszych stron gazet jakoś uszli cało.Ktoś już zadbał o to, by ich nazwiskanie wypłynęły.Domyślałem się, jak to się stało.- Zamietliście sprawę pod dywan - powiedziałem.- A kilkoma podejrzanymidżentelmenami zajęły się służby specjalne i złożyły im propozycję nie do odrzucenia.- Nie będę komentował pańskich fantazji.- Marchwicki rozsiadł się wygodniej.Ciekawe, ile godzin w tygodniu ten facet spędza na siłowni.- Owszem - mówił dalej - zainte-resowała mnie znaleziona na Powiślu skóra.I szczegóły związane z jej pozyskaniem.Chodzimi o zabójstwa tych chłopców.- Zajmujemy się tą sprawą - powiedziałem.- Mam nadzieję, że po latach.- Nic z tego.- Nie pozwolił mi dokończyć.- Tą sprawą zajmę się osobiście.- Dlaczego?Sapnął, jakby zbierał siły do dalszej opowieści.W sumie nie musiał mi niczegotłumaczyć.Ale najwyrazniej chciał.- Był rok 2002.Prowadziliśmy śledztwo w sprawie gangu na dworcu.Jeden z naszychnajlepszych wywiadowców przeniknął do tamtego środowiska i zdobył zaufanie ludzi, którzynie zaufaliby rodzonej matce.Ale nagle znikł.Po trzech tygodniach ciało znalazł jakiśwędkarz w okolicach Kanału %7łerańskiego.Nasz człowiek.- Został oskórowany.- Tym razem ja byłem szybszy.Próbował wbić mnie w ziemię ciężkim, zmęczonym spojrzeniem.- Zabójca poderżnął mu gardło.I zdjął skórę z czoła.Sprawdzaliśmy wszystkieposzlaki.Nawet taką, że wywiadowca mógł paść ofiarą religijnego szaleńca.Popatrzyłem na niego ze zdziwieniem. - Miał na imię Bartek.I tak za dużo panu mówię.Wie pan, jak skończył świętyBartłomiej?Nie trzeba było wiedzieć.Wystarczyło trochę wyobrazni.- Został oskórowany.Nigdy nie ustaliliśmy sprawcy.I nagle dostałem sygnał, żepojawiła się ludzka skóra.Zdjęta z mężczyzny.Czas także mniej więcej się zgadza.A w tlepojawiają się nastoletni chłopcy.Wiedziałem, że zbliżamy się do decydującego momentu rozmowy.Ktoś wygra, a ktośprzegra.Innej możliwości nie było.- Co zatem pan proponuje? - zapytałem.- Zostawi pan, komisarzu, tę sprawę.Zajmą się nią moi ludzie.To jest inna liga niż ta,w której pan gra.- Pochylił się w moim kierunku, jakby w ten sposób chciał podkreślićostatnie zdanie.Musiałem coś zrobić.Albo poddać się, albo działać.Wybrałem drugie rozwiązanie.Poderwałem się i z całej siły trzasnąłem go dłońmi w obojczyk.Myślałem, że runie wraz zkrzesłem do tyłu, ale zachował równowagę [ Pobierz całość w formacie PDF ]

Archiwum