[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Jedynym wyjaśnieniem powodu tego zgromadzenia, a nawet istnieniatej sali, wydawał się system błyszczących rur biegnących przez całą jej wysokość,połączonych w wiązki, wyłaniających się ze ścian niczym pnącza owinięte wokół pnia.Chociaż panna Temple była pewna, iż rzędy cel pokrywają wszystkie ściany sali, przez terury nie widziała tych dolnych, co powiedziało jej logicznemu umysłowi, że to rury, a niecele, są ważniejsze.Tylko dokąd biegną i jaką zawierają substancję?Panna Temple odwróciła głowę, słysząc w oddali przeciągły zgrzyt, który smagnął jejak biczem.Natychmiast złapała Elóise za rękę i mszyła naprzód.- Dokąd idziemy? - syknęła Elóise.- Nie wiem - szepnęła panna Temple.- Uważaj, żebyśmy nie zaplątały się w tenpłaszcz!- Tylko że.- Elóise, rozgniewana, lecz posłuszna, podniosła płaszcz wyżej.- Doktornie zdoła nas znalezć! Jesteśmy odcięte! Na dole będą ludzie, a my idziemy prosto na nich! Panna Temple tylko prychnęła w odpowiedzi, gdyż nic nie można było na to poradzić.- Patrz pod nogi - mruknęła.- Tu jest ślisko.*Gdy schodziły, hałas nad nimi przybrał na sile, zarówno ten płynący z pełnychwidzów cel, jak ten - po kolejnym przeciągłym zgrzycie forsowanych drzwi - wywoływanyprzez pościg na szczycie wieży.Wkrótce o stalowe stopnie zadudniły podkute obcasy.Kobiety bez słowa przyspieszyły kroku i zbiegły kilka pięter po krętych schodach - jakgłęboko mogły prowadzić? - aż panna Temple nagle zatrzymała się i odwróciła do Elóise.Obie były zdyszane.- Płaszcz - wysapała.- Daj mi go.- Staram się nieść go tak, żeby nic mu się nie.- Nie w tym rzecz, kule, pudełko nabojów doktora.Szybko! Elóise przełożyła płaszczz ręki do ręki, chcąc znalezć kieszeń.Panna Temple namacała spore pudełko, a potem pospiesznie wyjęła je i podważyłakartonowe wieczko.- Omiń mnie - syknęła panna Temple - i schodz dalej!- Przecież nie mamy broni - szepnęła Elóise.- Właśnie! Jest ciemno i może uda nam się wykorzystać płaszcz, żeby odwrócić ichuwagę.Szybko wyjmij wszystko z kieszeni! Papierośnicę i szkiełko też!Przecisnęła się obok Elóise i pospiesznie zaczęła rozsypywać naboje na metalowychschodach.Opróżniła pudełko i pokryła kulami cztery stopnie.Kroki nad ich głowami byłycoraz głośniejsze.Odwróciła się do Elóise i niecierpliwym gestem kazała jej uciekać, szybko!Złapała płaszcz i rozłożyła go trzy stopnie poniżej kul, układając poły i rękawy w jaknajbardziej intrygujący kształt.Spojrzała w górę.Tamci byli chyba piętro wyżej.Pobiegła,unosząc szaty, migając białymi nogami i znikając w mroku.Zaledwie dogoniła Elóise, gdy usłyszały krzyk - ktoś zobaczył płaszcz - a potempierwszy łomot i następny, krzyki, odbijający się echem grzechot toczących się kul,spadających ostrzy i wrzaski.Przystanęły, by spojrzeć w górę, i panna Temple w ostatniejchwili usłyszała metaliczny zgrzyt i zauważyła błysk odbitego światła.Z piskiem rzuciła sięna Elóise i zebrawszy wszystkie siły, uniosła, tak że obie usiadły na poręczy, łapiącrównowagę, lecz mając nogi w powietrzu, gdy upuszczona szabla przemknęła pod nimi jakkosa, jakby stopnie były z lodu, odbiła się na zakręcie i krzesząc skry, spadła na dół.Kobietyzeskoczyły z poręczy, zdumione swym cudownym ocaleniem, po czym podjęły ucieczkę,podczas gdy nad nimi słychać było okrzyki wściekłości i bólu potłuczonych. *Ta szabla to problem, pomyślała z jękiem panna Temple, gdyż spadając, z pewnościązaalarmuje kogoś stojącego na dole, że dzieje się coś złego.A może nie? Może go przebije!?Prychnęła na ten swój niepoprawny optymizm.Nie miała więcej dobrych pomysłów.Dotarłydo ostatniego skrętu spirali i zobaczyły podest zastawiony skrzyniami jak hotelowy hol wczasie wakacji.Po prawej znajdowały się otwarte drzwi, wiodące do wielkiej sali.Po lewejnastępny człowiek w mosiężnym hełmie i skórzanym fartuchu pochylał się nad otwartymlukiem wielkości drzwiczek dużego pieca węglowego, osadzonym w stalowej kolumniewznoszącej się w środku spiralnych schodów.Mężczyzna starannie oglądał drewnianą tacę zbutelkami i flaszkami o ołowianych kapslach, które najwidoczniej wyjął z luku i postawił napodłodze.Obok luku do kolumny przymocowana była mosiężna tablica z przyciskami igałkami.Ta kolumna była windą.Na środku podłogi sterczała szabla, wbita w porzuconą belę słomy do pakowania.Zważywszy na brak reakcji mężczyzny, wbiła się bezgłośnie.Z drzwi wymaszerował drugi mężczyzna w hełmie, przechodząc tuż obok beli słomy,aby wziąć dwie zapieczętowane woskiem butelki, jedną z jasnoniebieskim, drugą zpomarańczowym płynem, po czym bez słowa w pośpiechu znikł za drzwiami.Kobiety stałynieruchomo, nie wiedząc, czy zostały zauważone.Czyżby te hełmy tak bardzo ograniczałypole widzenia i tłumiły dzwięki? Przez otwarte drzwi panna Temple usłyszała głośne rozkazy,odgłosy krzątaniny i - czego była pewna - głosy kilku kobiet.Na górze dał się słyszeć głośny brzęk kopniętej kuli, odbijającej się na przemian odstopni i ścian.Mężczyzni podjęli przerwany pościg.Kula przeleciała obok dwóch kobiet,odbiła się od sterty skrzyń pod przeciwległą ścianą i znieruchomiała na podłodze obok butówmężczyzny.Ten przechylił głowę, rejestrując jej niespodziewane przybycie.Były załatwione.W sali męski głos zaczął mówić tak donośnie, że panna Temple podskoczyła.Jeszczenigdy nie słyszała tak głośno mówiącego człowieka, nawet wśród marynarzy, gdyprzepływała morze.Jednak jego głos nie zawdzięczał swojej siły nadzwyczajnemu wysiłkowifizycznemu - mężczyzna mówił normalnie, lecz brzmiało to tajemniczo, zdumiewająco iniepokojąco mocno [ Pobierz całość w formacie PDF ]

Archiwum