[ Pobierz całość w formacie PDF ]
. Odepchnęła od siebie tę wstrząsającą myśl natychmiast po tym, jak ją przeszyła.Ona takżedorosła w strasznej rodzinie, porzucona przez ojca, zdana na łaskę okrutnej, niezdolnej domiłości matki, wykorzystana psychicznie i fizycznie  a jednak przeżyła.Sytuacja Leilani niebyła lepsza ani gorsza.Tylko inna.To, co mnie nie złamie, doda mi sił, a w wieku dziewięciu latLeilani wydawała się niezniszczalna.Mimo to Micky myślała ze strachem o powrocie do kuchni Genevy, w której czekaładziewczynka.Jeśli wszystkie barokowe opisy Sinsemilli nie były wytworem wyobrazni, copowiedzieć o ojczymie mordercy, doktorze Zagładzie, oraz jego jedenastu ofiarach?Wczoraj na tym samym podwórku Micky smażyła się na leżaku, rozbawiona i niecozdezorientowana po pierwszym spotkaniu z samozwańczym niebezpiecznym mutantem.Leilaniwypowiedziała wtedy parę szczególnych zdań.Teraz odezwały się one w pamięci Micky.Dziewczynka spytała ją, czy wierzy w życie po śmierci, a kiedy Micky odwróciła pytanie,usłyszała prostą odpowiedz:  lepiej, żebym wierzyła.Wtedy wydała się ona dziwna, choćniezbyt złowroga.Teraz te trzy słowa miały w sobie ciężar tych wagonów, w których kiedyśchciała uciec i które  gdy leżała bezsennie w innym czasie i miejscu  przetaczały się przezmrok z rytmicznym łomotem i cienkim żałobnym gwizdem.Tu i teraz, upalna sierpniowa noc, księżyc, gwiazdy i tajemnice za nimi.Nie ma ucieczkiw wagonie dla Leilani, a może i dla Micky.Wierzysz w życie po śmierci?Lepiej, żebym wierzyła.Cztery staruszki, trzech staruszków, trzydziestoletnia matka dwójki dzieci.sześciolatek nawózku inwalidzkim.A gdzie się podziewa jej brat Lukipela, o którym opowiada w tak tajemniczy sposób? Czyzostał dwunastą ofiarą Prestona Maddoca?Wierzysz w życie po śmierci? Lepiej, żebym wierzyła. Dobry Boże  szepnęła Micky. Co mam zrobić? 10Ciężarówki, wyładowane wszystkimi możliwymi towarami, od szpulek nici po przyrządy domierzenia fermentacji, furgonetki z lodami, mięsem, serem czy mrożonymi daniami, ciężarówkiz betoniarkami i metalowymi prętami zbrojeniowymi, lawety z samochodami, transporteryzwierząt, benzyny, środków chemicznych, dziesiątki wielokołowych dinozaurów z reflektoramina szoferkach i kolorowymi światełkami po bokach otoczyły stację benzynową tak, jak niegdyśskubiące trawę stegozaury i brontozaury, a także stada drapieżnych teropodów.Mrucząc,burcząc, dysząc, warcząc, każdy wielki pojazd czeka na przyjęcie komunii z pompy benzynowej,z której chlusta bagienny destylat sprzed dwustu milionów lat.W taki właśnie sposób osierocony chłopiec pojmuje nowoczesną teorię złóż bitumicznychw ogóle, a złóż ropy naftowej w szczególności, wyłożonej we wszelkich dostępnych zródłach, odpodręczników szkolnych po Internet.A jednak choć chłopiec uważa, że to idiotyzm, żebyprzemianę dinozaurów w benzynę wykładał Kaczor Donald czy inna postać z kreskówek,strasznie mu się podoba widok wszystkich tych fantastycznych pojazdów, które stoją w kolejcedo pompy benzynowej w warkocie, hałasie i oparach spalin na środku milczącej, pogrążonejw ciemnościach i niemal zupełnie bezwonnej pustyni.Ze swojej kryjówki w explorerze na dolnym poziomie przyczepy obserwuje krzątających sięmężczyzn i kobiety.Niektórzy z nich to barwne postacie w stetsonach, botkach szytych nazamówienie i haftowanych kurtkach dżinsowych, wielu nosi podkoszulki z logo firmsamochodowych, przekąsek, piwa i barów country od Omaha po Santa Fe, od Abilene poHouston, Reno, Denver.Pies, obojętny na zamieszanie, nieczuły  w przeciwieństwie do chłopca  na romantyzmpodróży i tajemnicę egzotycznych miejsc, reprezentowanych przez tych cyganów autostrad, leżyzwinięty w kłębuszek i drzemie.Baki już pełne, pojazd rusza, ale nie wraca na autostradę.Kierowca prowadzi go na ogromnyparking, najwyrazniej po to, by zrobić sobie przerwę na posiłek lub sen.To największy zajazd dlaciężarówek, jaki kiedykolwiek ukazał się oczom chłopca.Jest tu ogromny motel, parking,jadłodajnia, sklep z pamiątkami i, jak wspomniano na mijanym niedawno znaku,  pełen zakresusług , cokolwiek miałoby to oznaczać.Chłopiec nigdy nie widział wesołego miasteczka, alewyobraża sobie, że musi ono budzić podobne radosne ożywienie jak to pełne atrakcji miejsce.Potem mijają znajomy pojazd, stojący pod latarnią w stożku żółtawego światła.Jest o wielemniejszy od ciężarówek, z którymi sąsiaduje.Biała szoferka, czarna brezentowa płachta z tyłu.Furgonetka z siodłami.Jeszcze przed chwilą chłopiec nie mógł się doczekać, kiedy zwiedzi ten ogromny zajazd.Teraz chce tylko stąd uciekać  i to jak najszybciej. Laweta wjeżdża w szeroką lukę między dwiema potężnymi ciężarówkami.Pneumatyczne hamulce piszczą i wzdychają.Warkot silnika gaśnie.Dwa rzędy explorerówkołyszą się łagodnie, jak uśpione konie, na chwilę wyrwane z marzeń o słodkich pastwiskach.Cisza, która zapada, wydaje się chłopcu tak głęboka, jak milczenie łąk Kolorado.Kłębek czarno-białej sierści na siedzeniu dla pasażera rozplątuje się i zmienia w psa, którypodnosi głowę, żeby zorientować się w sytuacji. Musimy się stąd wynosić  mówi chłopiec z niepokojem.W pewnym sensie fakt, że jego prześladowcy są tak blisko, nie ma znaczenia.Prawdopodobieństwo, że schwytają go w ciągu najbliższych paru minut, byłoby równie duże,gdyby znajdowali się tysiące kilometrów stąd.Matka często mu mówiła, że jeśli jest się mądrym,przebiegłym i odważnym, można się ukrywać na widoku równie dobrze, jak w najgłębszeji najlepiej zamaskowanej pieczarze.Ani odległość, ani kryjówka nie gwarantują przetrwania.Liczy się tylko czas.Im dłużej pozostaje na wolności, tym mniejsze prawdopodobieństwoschwytania.Mimo to świadomość, że myśliwi mogą być tuż obok, szarpie mu nerwy.Ich bliskość godenerwuje, a kiedy jest zdenerwowany, trudniej mu się zdobyć na przebiegłość i odwagę.Wtedygo znajdą, rozpoznają, czy to na widoku, czy w jaskini ukrytej tysiąc kilometrów pod ziemią.Z wahaniem otwiera drzwi samochodu i wyślizguje się z niego na platformę.Nasłuchuje.Jednak on sam nie jest myśliwym, toteż nie wie, na co właściwie ma zwracać uwagę.Zgiełk przypompach paliwowych brzmi jak odległy pomruk.Stłumiona muzyka country nadaje nocy uroku odpowiednik kuszącej pieśni syren, niosącej się po morzu z obietnicą zabawy i towarzystwa.Platforma lawety jest tylko trochę szersza od explorera, tak wąska, że pies nie może na niąbezpiecznie zeskoczyć z siedzenia dla pasażera.Jeśli naprawdę skoczył z dachu gankuHammondów, na pewno potrafi bezpiecznie wylądować na parkingu, ale choć wystarczyłoby muzręczności, brak mu odwagi.Spogląda w dół, przekrzywia głowę w lewo, w prawo, popiskujeżałośnie, cichnie, jakby zdał sobie sprawę, że nie powinien zwracać na siebie uwagi, spoglądaprosząco na swego pana.Chłopiec bierze go na ręce i wynosi z explorera, tak jak poprzednio go tu wniósł, z trudem.Chwieje się pod jego ciężarem, ale udaje mu się zachować równowagę.Stawia kudłaty ciężar napodłodze lawety.Zamyka drzwi explorera; tymczasem kundel biegnie truchcikiem na tył przyczepy.Kiedypojawia się jego pan, on czeka już przytulony do lawety.Uszy nastawione, głowa uniesiona, nosdrgający.Puszysty ogon, zwykle dumnie uniesiona palemka, wtula się między nogi.To zwierzę, choć udomowione, nie utraciło pewnych cech łowcy, których chłopcu brak, i masilny instynkt przetrwania.Jego nieufność zasługuje na uwagę.Najwyrazniej coś tu pachnieniebezpieczeństwem, a co najmniej  podejrzanie [ Pobierz całość w formacie PDF ]

Archiwum



 

") ?>