[ Pobierz całość w formacie PDF ]
. Czasami możemy znieść nasze życie tylko dzięki temu, żenie wiemy, co nas czeka.Andżu bez mrugnięcia spogląda na metalową taflę morza, jej usta tward-nieją ochotą do sprzeczki.Przypomina sobie moją bezradną, pospiesznąucieczkę.Garść rupii, marne świecidełka upchnięte do torebki.Na to wspo-mnienie obie czujemy w gardle gorące mdłości.Czy to miłość sprawia, żestajemy się przepuszczalni dla cudzego bólu?Wiem, co Andżu ma na końcu języka. Poznanie przyszłości pozwoliłobynam się na nią przygotować".Możliwość kierowania własnym życiem zawsze lubiła w to wierzyć.Ale nawet ona wie, że jest inaczej.Co z jej poro-nieniem, z uczuciem, że została rozłupana i wydrążona? Cóż mogła kiedy-kolwiek zaplanować na taką okoliczność? Dość przeszłości i przyszłości  staram się, żeby mój głos był wesoły izdecydowany.(To ważne, żeby mieć wesoły, zdecydowany głos, zwłaszczakiedy nie ma się niczego więcej). Jest piękny dzień, nie widziałam wAmeryce ładniejsze go.Cieszmy się nim!  Rozkładam na piasku ceratowyobrus w kwiaty, otwieram piknikowy koszyk.Zabieram się do wyciąganiaowiniętych w folię paczuszek, a po chwili Andżu się do mnie przyłącza.Nie przesadzałam.W taki dzień przybrzeżne focze skały zamieniają się wmokre złoto.Most Golden Gate wydaje się tak bliski, że mogłybyśmy uderzyćw jego druty harfy, smukłe jak struny.Niewiarygodna jasność po tak długimzachmurzeniu.Od naszego przyjazdu z Dajitąpadało.Dwa tygodnie nieprzerwanego,zimnego deszczu.Strumienie od niego wezbrały  widziałam je w telewizji,RLT wzgórza zaczęły pękać i obsuwać się czernią.Pijane, przekrzywione domy.Zbliżenia oszołomionych rodzin, które musiały odejść z niczym.Widziałamteż innych, ofiary trzęsienia ziemi, tylu ludzi stłoczonych na podłogach tym-czasowych przytułków, dzieci płaczące za rzeczami, których nigdy więcej niezobaczą.Autostrady wygięte i spękane jak zrzucona skóra węża, całe ulicestrawione przez ogień.Czułam się dziwnie odpowiedzialna.Pociągi nie jez-dziły punktualnie, więc Sunil musiał brać samochód.Byłyśmy uwięzione wmieszkaniu.Powietrze stawało się lepkie i nieświeże.Dajita marudziła przezcały dzień.Po tygodniu odgłos padającego deszczu nabiera nieustępliwości.Odgrzebuje wspomnienia cuchnące jak zwłoki.Musiałam przyciskać twarz dozamglonego okna, żeby nie wypowiedzieć tego, o czym nie powinno się mó-wić.Na zewnątrz nic, prócz betonu i łysiejącego drzewa, ze zrezygnowanymiigłami zamiast liści. Tęsknisz za Indiami?  z rozczarowaniem spytała Andżu.Nie umiałam skłamać.Spytałam: Jak ludzie patrzą tu na gwiazdy? Pewnie z okien  odparła Andżu, której wpatrywanie się w gwiazdynigdy szczególnie nie pociągało. Jak nazywa się to drzewo? Nie jestem pewna.Chyba jakiś gatunek sosny. Przepraszająco ści-snęła mnie za ramię. Słuchaj, może byśmy się wybrały na biwak, jakprzyjdzie lato?Najgorsze były wieczory, kiedy wracał Sunil.Każdy atom w powietrzunapięty, opierający się przed wdechem.Zciany, opuchnięte od kłaustrofobii,wyginały się do środka.Wszędzie dookoła ostrożne pozdrowienia.TylkoDajita piszczała z dziecięcej radości, wyciągała ramiona, żeby ją podnieść.Jaznajdowałam sobie zajęcie w kuchni, póki nie nadszedł czas, żeby jeść.Kola-RLT cję wypełniały popękane słowa, Andżu mówiła zbyt dużo, udając, że wszyst-ko jest w porządku.Ja potrzebowałam całej swojej energii tylko po to, żebyprzełykać.Dajita bawiła się u stóp Sunila.Przyglądał się jej intensywnymspojrzeniem kierowcy prowadzącego w noc, gdy pada deszcz ze śniegiem.Tak jak kierowca skupiający się na lśniących reflektorach, które oddzielająpasma drogi.Tak jak kierowca wiedzący, że zboczenie z trasy może oznaczaćkatastrofę.Najszybciej, jak mogłam, zabierałam Dajitę do mojego pokoju,przedłużałam karmienie.Oczywiście, że słyszałam ich, Andżu i Sunila.Ury-wane, oficjalne zdania, głównie na temat Dajity.Po paru minutach cisza [ Pobierz całość w formacie PDF ]

Archiwum