[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Nawet Theis, jeśli da radę, przeniesie swoją bezgraniczną, bezkształtną miłość na chłopców,na Antona i Emila.Pełen nadziei, że ich młode buzie zamażą wspomnienie twarzy Nanny,wyprą ją dzięki oddaniu tak wielkiemu, że ukryje ból.Uczniowie przemykali szybko, niosąc torby, papiery, rozmawiając przyciszonymigłosami.Patrzyła i słuchała.Tymi zwyczajnymi szarymi korytarzami kiedyś chodziła jej córka.Nadal chodziła w pewnym sensie, w wyobrazni Pernille, co tylko wzmagało ból.Bólpowinien być nieobecnością, otchłanią, nie czymś fizycznym, co ona czuła w tej chwili.Straciła Nannę.Skradziono ją.Dopóki złodziej nie zostanie złapany, dopóki jego czyn niezostanie wyjaśniony, jej śmierć naznaczy ich wszystkich, niczym rak toczący organizm.Zostali zamknięci w terazniejszości, bez wyjścia.Wstała, weszła po schodach,zachwiała się i osunęła bezwładnie na ziemię.Ktoś wyciągnął rękę.Zobaczyła twarz, ciemną i miłą.- Dobrze się pani czuje?Znowu ten nauczyciel, Rama.Wsparta o jego ramię, przytrzymując się poręczy, wstała.Wszyscy zadawali to pytanie i nie chcieli słyszeć odpowiedzi.- Nie - mruknęła.Co Nanna myślała o tym przystojnym, inteligentnym mężczyznie? Czy go lubiła? Oczym rozmawiali?- Lisa coś powiedziała? - spytał. - Trochę.- Jeśli mogę.- Pomóc?To też wszyscy mówili.Sięgali po te same słowa.Może on mówił szczerze.A może tobył kolejny wyświechtany frazes, wypowiadany odruchowo jak modlitwa.Pernille Birk Larsen wyszła ze szkoły, zastanawiając się, czy Theis ma rację.Byłagłupia.Policja prowadziła śledztwo.Lund powinna znać się na swojej robocie.Kobieta z agencji pośrednictwa wpatrywała się w rusztowanie, zasłonięte płachtamiokna, stosy materiałów złożone przy drzwiach.- Trzeba go sprzedać jak najszybciej.Chcę się go pozbyć.Theis Birk Larsen stał w swojej czarnej marynarce, czapeczce, robociarskich butach iczerwonym kombinezonie.Strój roboczy, chociaż robota, która kiedyś wydawała się takaważna, teraz nie obchodziła go ani trochę.Vagn Skarbak pilnował interesu.On mógł sięskupić na pracy.Nie miał zresztą wyboru.- Oczywiście.- Wezmę, co zapłaciłem.Chcę się go pozbyć.- Rozumiem.Kopnął w rusztowanie.- Materiały w cenie.Dzieci bawiły się na ulicy.Kopały piłkę.Zmiały się i krzyczały.Patrzył na nie z zazdrością.- To piękny dom - powiedziała kobieta.- Może poczekać kilka miesięcy?- Nie.Muszę go sprzedać natychmiast.To problem?Zawahała się.- Niekoniecznie.Widział pan ekspertyzę?Wyciągnęła z dokumentów jedną kartkę.Birk Larsen nie znosił papierów.To byłarobota Pernille.- Ekspertyza wykazała butwienie.Zamrugał powiekami, poczuł się słaby, bezsilny.- Ubezpieczenie musi to pokryć.Nie patrzyła na niego, pokręciła głową.- Nie, nie pokryje, przykro mi.Powiew wiatru zatrzepotał papierami.Dwóch chłopców na rowerach przejechało zlatawcami w ręku. - Ale.Zadbanym paznokciem wskazała coś w umowie.- Tu jest to napisane.Nie pokrywa butwienia.Przykro mi.- Westchnęła.- Jeśli terazpan go sprzeda, straci pan mnóstwo pieniędzy.W tym stanie.Wpatrywał się w dom, myślał o wszystkich straconych marzeniach.Chłopcy każdy wswoim pokoju.Nanna wyglądająca z okna na samej górze, teraz zasłoniętego czarną płytą.- Niech pani to cholerstwo sprzedaje - zdecydował.Troels Hartmann, na czworakach, malował z przedszkolakami.Morten Weber przykucnął obok niego.- Troels - powiedział - niechętnie ci przerywam zabawę, ale fotografowie już poszli.Musisz zdążyć na następne spotkania.Hartmann narysował na kartce żółtego kurczaka, a zgromadzone wokół niego maluchyzapiszczały z uciechy.Uśmiechnął się.- Tamte też są takie zabawne, Morten?- Są konieczne.Hartmann wskazał palcem dzieci na podłodze.- To są jutrzejsi wyborcy.- No to wrócimy jutro.Mnie bardziej interesuje każdy, kto głosuje dzisiaj.- Zrobiły nam ciasto.Weber spojrzał groznie.- Ciasto?Dwie minuty pózniej siedzieli sami przy stole z dala od dzieci i opiekunów.- Spróbuj ciasta, Morten.- Przykro mi, nie mogę.- Cukrzyca to przykrywka, i tak byś go nie tknął.Jesteś taki sztywny.Uznał, że są na tyle blisko, że może sobie pozwolić na taki żart.- Co z tym dziennikarzem? - spytał.- Masz na myśli Erika Salina?- Dobiera mi się do tyłka, Morten.Dlaczego? Kim on jest? Skąd wiedział osamochodzie?- To szmata, która szuka zarobku.Potraktuj to jako komplement.Nie marnowałby naciebie czasu, gdybyś nie miał szans.- Skąd wiedział o samochodzie? Weber się obruszył.- Myślisz, że to ktoś u nas jest zródłem przecieku, co?- A ty nie?- Przeszło mi to przez głowę.Ale nie mam pojęcia, kto by to mógł być.Hartmann odsunął ciasto i plastikowy kubek z sokiem pomarańczowym, słuchał dziecichichoczących nad swoimi malunkami.- Mam pełne zaufanie do naszego zespołu - powiedział Weber trochę pompatycznie.-Do wszystkich.A ty?Hartmann już miał odpowiedzieć, gdy zadzwoniła jego komórka.Słuchał, spojrzał na Webera.- Musimy jechać.Siny z wściekłości Hartmann długimi krokami pokonywał puste korytarze wokółcentralnego dziedzińca.- Gdzie ona jest, do cholery?- Zadzwoni lada chwila.Rie Skovgaard spotkała się z nim przy głównym wejściu, i z trudem za nim nadążała,gdy szedł do ich siedziby.Weber dreptał o krok za nimi i słuchał w milczeniu.- Eller mówi, że Poul Bremer złożył jej lepszą ofertę.Jeszcze jej nie przyjęła.Chcewiedzieć, co my na to powiemy.- My na to mówimy, żeby się nią udławiła.Skovgaard westchnęła.- To polityka.- Nie, nieprawda.To konkurs piękności.A my nie bierzmy w nim udziału.- Wysłuchaj jej.Poznaj jej stanowisko.W kilku sprawach możemy pójść nakompromis.Zatrzymała Hartmanna przed drzwiami biura.- Troels.Musisz się uspokoić.Rozejrzał się po wnętrzu ratusza.Czasami kojarzyło mu się z więzieniem.Bardzowygodnym więzieniem.Zadzwonił telefon Skovgaard.- Cześć, Kirsten.Jeszcze chwilę.Zaraz porozmawiacie.Rozłączyła się, spojrzała na Hartmanna i powiedziała:- Bądz grzeczny.I zachowaj spokój.- Nie słuchał jej.Poklepała go po ramieniu iwrzasnęła: - Hej! - Głos miała twardy i ostry.- Posłuchaj mnie chociaż raz, dobra? Jeśli będziemy mieli Eller po swojej stronie, wygramy.Jeśli nie, będziemy jeszcze jednąmniejszością skamlającą o okruchy ze stołu Poula Bremera.Troels.Próbował ją wyminąć.Chwyciła go za klapę granatowej marynarki, zaciągnęła dokąta.- Rozumiesz, co mówię? Możesz nawet zdobyć większość.Ale nie masz wsparcia.-Uspokoiła się trochę [ Pobierz całość w formacie PDF ]

Archiwum