[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Cofnęłam się w głąb pokoju i oparłam plecami o ścianę.Nie chciałam zostaćzauważona.Nie zamknęłam jednak okna.Może usłyszę coś interesującego? Wysunęłam sięodrobinę do przodu, tak by widzieć kawałek trawnika.Po chwili od strony budynku, człapiąc ciężko, pojawiła się Zofia Morulska.Parsknęłam śmiechem.Nie mogłam się powstrzymać.Adam zerknął na mnie i uśmiechnął się pod nosem.Tapeta przedstawiała widok komiczny.Jak zwykle pełen kolorów strój wyglądałnastępująco: wściekle różowe bambosze z futerkiem, szlafrok w lamparcie cętki, niebieskiewałki na głowie i zielona maseczka na twarzy, na którą wsadziła swoje olbrzymie okularymuchy.- Co tu się dzieje? - zapytała, podchodząc do chłopaka.Bez swoich wysokich szpilek sięgała mu ledwie do piersi.Jednak niski wzrost nie przeszkadzał jej ani trochę w opanowaniu sytuacji w jednej chwili.- Adamie, powtarzam, masz mi powiedzieć, co tutaj robisz!- Spaceruję - skłamał jej prosto w oczy.- Spaceruję sobie spokojnie.W ogóle niewiem, o co takie zamieszanie.- A jak wyszedłeś z budynku? W jaki sposób opuściłeś swój pokój? Ochroniarze niezauważyli cię na kamerach monitoringu.- Jacy ochroniarze! - żachnął się i stuknął w ramię najbliższego.- Przecież to nasikochani sanitariusze.- Adamie, jak wyszedłeś ze swojego pokoju?Chłopak westchnął ciężko.Chyba nawet jemu znudziły się przepychanki słowne zMorulską.- Przez okno, pani profesor.- Chłopcze, ile ty masz lat? Zastanów się czasem, zanim coś powiesz.Rozmawialiśmyo tym, pamiętasz? Miałeś przemyśleć swoje zachowanie.Jesteś już mężczyzną, a nierozkapryszonym chłopcem.Sytuacja, w jakiej się znajdujesz, nie usprawiedliwia twojegozachowania.Zmierzył ją ponurym spojrzeniem.Miała rację.Zachowywał się jak szczeniak.Jednakczy to zle? Tapeta przez nadmierną powagę sprawiała wrażenie starej matrony.Ciekawe, jaka ja jestem?- Powiedz mi, co tu robiłeś.Chciałeś uciec?- Nie, już powiedziałem, Zosieńko kochana, że spacerowałem.Taka piękna noc. Zerknęłam na księżyc.Zbliżała się pełnia.Księżyc powoli rósł.- A gałęzie same na ciebie spadły? - prychnęła, biorąc się pod boki.- To stare drzewo powinno zostać przycięte.Zdecydowanie grozi złamaniem w każdejchwili.Może zrobić komuś poważną krzywdę - brnął w zaparte.Morulska oddychała coraz szybciej.Zielona maseczka tuszowała wyraz jej twarzy irumieniec na policzkach, ale nie ukryła iskier miotanych z oczu.- A podarta koszulka to nowy styl w modzie?- Zosieńko! Nie spodziewałem się, że śledzisz najnowsze trendy! - wykrzyknąłzdumiony.DOZ!!! - ryknęła.Drgnęłam zaskoczona.Adam jednak nie ruszył się z miejsca.Chyba byłprzyzwyczajony do jej wybuchów złości.- Zabierzcie mu wytrych i zmieńcie zamki w kracie w jego pokoju - rozkazałapodwładnym, a następnie zwróciła się do chłopaka: - Adamie Krukowski, nie myśl sobie, żenie powiem o tym dyrektorowi.Krukowski? Jakby dla potwierdzenia wagi tego nazwiska cholerne ptaszyska znowusię rozkrzyczały.Dobra, zaczynam wpadać w paranoję.Zdecydowanie.To tylko fobia.Każdy maprawo bać się kruków, zwłaszcza jeśli jeden skurczybyk siedzi na twoim parapecie i wpatrujesię w ciebie głodnym wzrokiem tuż po tym, jak budzisz się pozbawiona pamięci.Zaczęłam płakać.Miałam nie płakać! Miałam być silna! Otarłam twarz ręką, alemokre policzki nie chciały się osuszyć. Jeden z sanitariuszy złapał Adama za ramię i pociągnął go w stronę wejścia dobudynku.Musieli okrążyć całe skrzydło.Moje okna wychodziły na park rozciągający się zaDrugą Szansą.Morulska stała nadal pod drzewem.Nagle podniosła głowę do góry i popatrzyła prostona mnie.Wyciągnęła do góry rękę i pogroziła mi palcem.Po plecach przebiegł mi zimny dreszcz.Jakim cudem mnie zauważyła? Przecieżstałam ukryta w cieniu.Kobieta odwróciła się na pięcie i zniknęła między drzewami.Zamknęłam szybkookno. 7Rano ubrałam się na czarno jak nakazywała żałoba, ale włożyłam błękitny sweter.Polubiłam go.Miał piękny kolor.Poza tym będę trwać w swoim postanowieniu.%7łałobaprzyjdzie razem ze wspomnieniami.Czesząc włosy przed lustrem w łazience, zastanawiałam się, czy połknąć lekarstwo,zanim pójdę na śniadanie, czy wyrzucić je do toalety tak jak wczoraj.Nie byłam pewna.Amoże wezmę pół?Rzuciłam szczotkę na umywalkę i podbiegłam do słoiczka.Wysypałam tabletkę nadłoń.Miała na środku podziałkę.Mogłam ją przełamać.Tak.Połowa dawki to dobry pomysł.Wzięłam ją między kciuki a palce wskazujące i mocno nacisnęłam.Pyk! Pękła.Wsadziłam połówkę do ust, a drugą wrzuciłam do rezerwuaru.Nie zamierzałamdawać Adamowi moich leków.Nie chciałam, żeby za pieniądze truł głupich ludzi.Stanęłam pod drzwiami na korytarz.Jestem gotowa.Dam sobie przecież radę.Totylko stołówka.Nikt nie zrobi mi krzywdy.Tapeta też musi kiedyś jeść.Pewnie tam siedzi.Od razu zapytam, kiedy i gdzie mam się zgłosić na terapię.Spróbuję na sesji wyciągnąć odniej więcej informacji o mojej rodzinie.Nabrałam głęboko powietrza i nacisnęłam klamkę.Drzwi ustąpiły i uchyliły sięprzede mną bezdzwięcznie.Nic się nie stało.Jest dobrze.Uchyliłam je i wysunęłam głowę.Korytarz był pusty.Doskonale.Gdyby szalona Magdalena się po nim plątała, to chyba poczekałabym, ażpani Zofia przyniesie mi kanapki.Wyszłam na zewnątrz i cichutko zamknęłam za sobą drzwi.%7ładnego ruchu.%7ładnego dzwięku.Jestem sama.Ulga rozlała się ciepłem po moim żołądku.Tabletka powoli zaczynała działać.Zrobiłam się spokojniejsza.Miałam wrażenie, że poruszam się znacznie wolniej niżnormalnie.Płynę otulona ciszą.Na szczęście nie wirowało mi w głowie i nie chciało mi się spać.Chyba odkryłam moją idealną dawkę lekarstw Morulskiej.Dość żwawym krokiem przemierzyłam korytarz i zbiegłam po schodach.Chciałamprzegnać lekkie otumanienie.Moim celem było tylko przestać się bać.Do niczego innegospecyfik nie był mi potrzebny.Drzwi do stołówki zastałam szeroko otwarte.Z wnętrza dobiegał szmer rozmów.Potężni sanitariusze siedzieli za swoją konsolą.Nie zwrócili na mnie najmniejszejuwagi pozasłaniani gazetami.Nie dziwię się, że przegapili uciekającego Adama.Gdyby niedrzewo, na pewno by mu się udało.Tylko co?Spokój w brzuchu gdzieś zniknął tuż przed wejściem do stołówki.Koszmarnapanikara ze mnie - zganiłam się w myślach.- Masz być twardą babą! Nie mazać się!Uniosłam głowę i śmiało ruszyłam naprzód.Na początku nikt mnie nie zauważył.Wszyscy zajęci byli jedzeniem i sąsiedzkimipogawędkami.Rozglądałam się dookoła, nie wiedząc, gdzie mam usiąść.Czy miejsca sąjakoś przydzielane? A może mogę zająć dowolne? Tylko czy wtedy nikt nie wezmie mi zazłe, że go podsiadłam? Wolałabym nie zająć miejsca Magdaleny.Zbyt długo zwlekałam.Zamarłam w miejscu niczym żona Lota zamieniona w słupsoli.Głowy mieszkańców Drugiej Szansy powoli odwracały się w moją stronę.Zostałam osaczona przez zaciekawione spojrzenia.Zofia Morulska już tu była.Siedziała za długim stołem razem z kilkoma osobamiubranymi w białe fartuchy [ Pobierz całość w formacie PDF ]

Archiwum