[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Ciężkie jarzmo pracy i lat naraz stało się lżejsze.Dobrze wywiązy-wał się z obowiązków króla. Z wysokości tronu zawsze wiadomo, w kogo sięuderza  mówił sobie  ale nigdy nie wiadomo, czy zamierzone dobro zostałospełnione i wobec kogo.To nieoczekiwane uznanie, które dotarło do niego z głę-bi ludu, było mu milsze i cenniejsze niż wszystkie pochwały dworu. Trzeba byrozszerzyć prawo wyzwolenia na wszystkie okręgi.Człowiek, którego spotka-łem, gdyby kształcić go od dzieciństwa, byłby niechybnie lepszym prewotem lubdowódcą załogi w mieście niż wielu innych.Rozmyślał o wszystkich Andrzejach z lasów, z dolin lub z łąk, o Janach-Lu-dwikach z pól, o Jakubach z wioszczyn i zagród, o ich dzieciach, które wysze-dłwszy ze stanu niewolnych mogły by stworzyć wielką rezerwę ludzkich sił dlakrólestwa. Naradzę się z Enguerrandem, czy nie rozszerzyć zarządzania.W tejże chwili, z prawej strony, usłyszał krótkie, ochrypłe  hau.hau.i rozpoznał głos Lombarda. Zlicznie, psinko, ślicznie, ujadaj na niego, ujadaj!  wykrzyknął.Lombard był na tropie, biegł wyciągniętym krokiem z nosem o kilka cali nadziemią.Nie król więc zgubił ślady, ale reszta jego towarzyszy.Filip Piękny ucie-szył się jak młodzieniaszek na myśl, że pokona wielkiego dziesiątaka, sam jedenz ulubionym psem.Puścił w cwał konia i straciwszy poczucie czasu pędził z Lombardem przezpola i dolinki, przesadzając pagórki i płoty.Było mu gorąco i pot mu ściekał poplecach.Nagle dostrzegł ciemny kształt, umykający białą równiną. Huz-ha!  wrzasnął król. Bierz go, Lombardzie, bierz go!Istotnie był to ścigany jeleń, wielki ciemny rogacz o piaskowym podbrzuszu.Już nie biegł tak lekko jak na początku łowów; grzbiet wygiął mu się tworząc garb,o którym wspomniał chłop; wyraznie zmęczony przystawał, oglądał się wstecz,odsadzał ciężkim skokiem.Lombard szczekał tym głośniej, że gonił no oko i już dopędzał byka.Wieniec dziesiątaka zaintrygował króla.Chwilami coś na nim połyskiwało,potem gasło.Jeleń nie przypominał jednak wcale tych zwierząt z baśni, od któ-rych roją się legendy, na przykład nieznużonego jelenia świętego Huberta, z ko-ścielnym krzyżem wrośniętym w czoło.Było to zwykłe wielkie zwierzę, do cna185 wyczerpane, które bez żadnych wybiegów pędziło wprost przez pola, ścigane wła-snym strachem i skazane na śmierć.Z lombardem tuż przy pęcinie rogacz wpadł do bukowego zagajnika i już zeńnie wyszedł.Wkrótce głos Lombarda stał się wyższy, zarazem wściekły i prze-szywający, nabrał tego szczególnego tonu, jaki wydają psy, gdy głoszą halali ści-ganego zwierza.Teraz z kolei król wpadł do zagajnika.Poprzez gałęzie przenikały chłodnepromienie słońca, różowiąc szron.Król przystanął, wyjął z pochwy puginał; czuł, jak między jego nogami tłuczesię serce konia.Sam był zdyszany i pełnymi haustami wdychał zimne powietrze.Lombard wciąż szczekał.Wielki jeleń stał oparty o drzewo, ze łbem i pyskiem tużnad ziemią; zlana potem sierść dymiła.Między jego olbrzymimi rogami, nieco naukos, błyszczał krzyż.Był to ostatni widok, jaki w ułamku sekundy dojrzał król,bo jego zdumienie zmieniło się nagle w straszliwy lęk; ciało odmówiło mu posłu-szeństwa.Chciał zsiąść, lecz stopa nie wysunęła się ze strzemienia; buty zaciążyłyjak bloki z marmuru.Z bezwładnych rąk wypadły wodze.Chciał krzyknąć, ale ża-den dzwięk nie dobył się z gardła.Osadzony jeleń, z wywieszonym ozorem, wpatrywał się weń wielkimi tragicz-nymi oczami.Krzyż między jego rogami zgasł, a potem znowu zalśnił.W oczachkróla zachwiały się drzewa, ziemia, cały świat.Uczuł straszliwy wybuch w głowiei nagle zapadł w noc.W kilka chwil pózniej, gdy nadjechała reszta myśliwych, ujrzano króla Fran-cji, leżącego nieruchomo u stóp konia.Lombard wciąż oszczekiwał wielkiego,wędrownego jelenia; między jego rogami tkwiły dwie suche gałęzie, zgarniętezapewne w jakichś chaszczach, a które pokryte szronem skrzyły się w słońcu.Nikt jednak nie miał czasu troszczyć się o rogacza.Kiedy naganiacze zatrzy-mali psiarnię, jeleń, nieco wypoczęty, rzucił się do ucieczki, ścigany przez kilkazajadłych psów.Będą gonić za nim aż do nocy, a może zepchną do stawu, abyw nim utonął.Hugo de Bouville, pochylony nad Filipem Pięknym, wykrzyknął: Król żyje!Mieczykami ociosano na miejscu dwa drzewka i połączono je, wiążąc pasyi płaszcze; na tych naprędce sporządzonych noszach ułożono króla.Leżał prawienieruchomy; poruszał się tylko, aby wymiotować i wypróżniać się niczym duszo-ny kaczor.Oczy miał szkliste i na wpół przymknięte [35].W tym stanie zaniesiono go do Clermont, gdzie nocą odzyskał częściowo mo-wę.Wezwani natychmiast medycy puścili mu krew.Z trudem wymówił pierwsze słowo do Bouville a, który nad nim czuwał: Krzyż.krzyż.Bouville, myśląc, że król pragnie się pomodlić, poszedł po krucyfiks.Następnie Filip Piękny powiedział:186  Pić.O świcie, jąkając się, zażądał, by go odwiezć do Fontainebleau, gdzie się uro-dził.Papież Klemens V, czując, że umiera, też chciał powrócić do rodzinnej miej-scowości.Postanowiono przewiezć króla rzeką, aby nie narażać go na wstrząsy; umiesz-czono go w wielkiej płaskodennej barce, która popłynęła rzeką Oise.Dworzanie,słudzy i łucznicy z eskorty płynęli za królem w innych barkach lub jechali konnobrzegiem rzeki.Wieść o wypadku wyprzedzała ten dziwny pochód i mieszkańcy wybrzeżazbiegali się, chcąc ujrzeć, jak mija ich wielki obalony posąg.Chłopi zdejmowalinakrycia głowy, jak przed procesją kroczącą ich polami w dnie poprzedzająceWniebowstąpienie.W każdej wiosce łucznicy zabierali szafliki z żarzącym sięwęglem, które ustawiano w barce, aby ogrzać powietrze wokół króla.Niebo byłojednostajnie szare, ciężkie od chmur nabrzmiałych śniegiem.Z zamku czuwającego nad pętlą Oise na powitanie króla przybył pan de Yau-real i ujrzał na jego twarzy piętno śmierci.Monarcha odpowiedział mu tylko ru-chem powiek.Gdzież podział się ten atleta, co niegdyś uginał dwóch zbrojnych,opierając się własnym tylko ciężarem na ich ramionach?Wcześnie zapadł zmierzch.Na dziobach barek zapalono wielkie pochodniei czerwone, rozkołysane światło rzucało odblask na brzegi; pochód wyglądał nibygrota płomieni przecinająca noc.Tak orszak dotarł do Sekwany, a następnie do Poissy.Wniesiono króla dozamku.Po dziesięciu dniach, które tam przeleżał, jakby trochę ozdrowiał.Odzyskałmowę.Mógł już ustać na nogach, choć ruchy miał sztywne.Nalegał na dalsząpodróż do Fontainebleau i z wielkim wysiłkiem woli zażądał, aby wsadzić gona wierzchowca.Bardzo ostrożnie jechał konno aż do Essonnes, lecz tam musiałzrezygnować z jazdy.Ciało nie słuchało już nakazów woli.Podróż zakończył w lektyce.Znów padał śnieg i tłumił stąpanie koni.W Fontainebleau zebrał się już cały dwór.Na zamku płonęły wszystkie ko-minki.Król, wchodząc, wyszeptał: Słońce, Bouville, słońce. Rozdział 30Głęboki cień nad królestwemPrzez dwanaście dni król tułał się we własnej świadomości jak zbłąkany wę-drowiec.Od czasu do czasu, chociaż bardzo szybko ogarniało go zmęczenie, nie-pokoił się o sprawy królestwa, sprawdzał rachunki, z władczą niecierpliwościążądał przedstawienia mu do podpisu wszystkich listów i zarządzeń.Nigdy nieprzejawiał takiej chęci składania podpisu.Pózniej nagle zapadał w otępienie, wy-mawiał tylko pojedyncze słowa bez ładu i składu.Omdlałą dłonią  o ledwozginających się palcach  przesuwał po czole.Na dworze mówiono, że król jest nieobecny duchem [ Pobierz całość w formacie PDF ]

Archiwum