[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Brzoskwinie! Brakuje tylko, żeby zacząłmyśleć o dojrzałych krągłościach, a na dobrezapomni o przyzwoitym zachowaniu!– Nie widziałam żadnej sztuki, panie –odparło skromnie dziewczę.A więc nie chodziła do teatru.W tymmomencie nie było to ważne.Kit gotów byłpodjąć każdy temat, byle tylko podtrzymaćrozmowę.– A muzyka? Lubisz madrygały Byrda czymoże wolisz Tallisa?Dziewczyna zatrzepotała długimi ciemnymirzęsami.– Musisz uważać mnie za ignorantkę, panie,bo nie znam najmodniejszej muzyki.W naszymdomu śpiewa się tylko psalmy.Córka Belknapa, ta w oranżowej sukni, zwidocznym rozbawieniem przysłuchiwała sięrozmowie, a jej oczy o bystrym, wróblimspojrzeniu sondowały ich twarze.Musiałazauważyć, że Kit nie jest dziś sobą, co niewymagałozbytniejdomyślności,skoroniedawno podziwiała go, kiedy raźno kosiłmieczem Saracenów na scenie.– Mercy ma ładny głos, panie Turner –wtrąciła.– Może w wolnej chwili nauczyłbyś jąktórejś z pieśni Lyly’ego? – Przeniosła spojrzeniena przyjaciółkę.– To dobre pieśni, Mercy; w ichsłowach nie ma nic zdrożnego, sama sięprzekonasz.Nawet królowa często o nie prosi,bo Lyly jest jej ulubionym poetą i pisarzem, ado tego uczy chłopców z chóru katedry ŚwiętegoPawłasztukiwystępowaniaprzedpublicznością.Widać było, że Mercy ma ochotę daćprzyjaciółce kuksańca w żebra za takie wtręty.– Co jest dobre na dworze, niekonieczniejest odpowiednie pod dachem mojego ojca idobrze o tym wiesz, Ann – rzuciła cierpko.A więc to była Ann.Kit wyczuł sojusznika wbystrej pomarańczowej pannie.– A ty, panno Ann, lubisz madrygały?Słyszałem, że ostatnio zaczęto drukować nuty,aby każdy znał swoją partię, jeśli zbierze siędomowy kwartet.To znaczne udogodnienie,nieprawdaż?– Owszem, panie, jeśli rodzina jestmuzykalna, ale nasza się niestety do takowychnie zalicza – wyjaśniła pogodnie Ann.– Mojesiostry i ja proszone jesteśmy nawet, abyśmynie próbowały śpiewać w kościele, a to z obawy,że przez nas reszta zacznie fałszować.– Może w takim razie grasz?– Na lutni, ale kiepsko.Mercy wychodzi todużo lepiej, choć udaje, że żywi pogardę dla takprzyziemnych zajęć.Ann zachwiała się lekko, lecz uśmiechałasię nadal, jakby nic się nie stało.Kit był niemalpewien, że córka kupca bławatnego kopnęła jąw kostkę – na szczęście dobrze chronionąwarstwami spódnic.Ten przegląd talentówMercy był coraz bardziej interesujący.Musiałamieć charakterek! Cenił tę cechę w kobietach,sam mając aż nadto swobodne podejście dożycia.Skłoniłsię,teatralnymgestemprzykładając rękę do piersi.– Panno Hart, czułbym się zawiedziony,gdybym dzisiejszego wieczoru nie miał okazjiposłuchaćtwegośpiewubądźmelodiiwygrywanych na strunach wprawnymi palcami.Do licha, czemu w jego myśli nagle wdarłysię niestosowne obrazy tych dłoni, błądzącychpo jego ciele, a nie po strunach instrumentu?Jak mógł wyobrażać sobie tę cnotliwą pannę wtak występnych rojeniach, nawet najbardziejskrytych? Kit, na Boga, zachowuj się!– Jestem pewna, że Mercy z radością spełnitwoje oczekiwania, panie – odpowiedziała za niąAnn, rozważnie odsuwając się z zasięgu nóg,gotowych do następnego kopnięcia.– Mamo?Może wiesz, gdzie odłożyłyśmy lutnię poostatniej wizycie Mercy?Pani Belknap ochoczo kiwnęła głową.– Och, Mercy, zechcesz dla nas zagrać?Wiesz, jak lubię cię słuchać po torturach,jakich doświadczają moje uszy w czasie lekcjigry, udzielanych moim córkom! – Poufalezwróciła się do Kita [ Pobierz całość w formacie PDF ]

Archiwum