[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.To tylko chwila.Wtedy major De Spain wyciągnął pistolet i powiedział:  Ty, Wash! Wychodz stamtąd.Ale Wash, nie odpowiadając, wciąż jeszcze szeptał do wnuczki:  Gdzie jesteś?A grymaśny głos odpowiedział:  Przecież tu.Gdzie bym miała być? Co to.Wtedy major De Spain zawołał:  Jones!I już wchodził tam na te połamane schodki, kiedy się rozległ krzyk wnuczki.Wszyscy obecni tam mężczyzni twierdzili pózniej, że słyszeli w tej właśnie chwili zgrzyt tegonoża na szyjach ich obojga, ale major De Spain nie słyszał.Wiedział tylko, opowiadał, że Washwyszedł już na ganek, więc odskoczył przed Washem w tył, zanim się zorientował, że Washbiegnie wcale nie ku niemu, tylko na krawędz ganku, tam, gdzie poniżej leżały zwłoki; niezorientował się jednak, że Washowi chodzi o tę kosę.Odskakując jeszcze parę kroków do tyłu,zobaczył, jak Wash się pochyla, a potem znów prostuje.Teraz Wash ruszył już na niego.Właściwie to na nich wszystkich, powiedział major De Spain; biegł prosto w ich latarnie, tak żewidzieli nad jego głową tę podniesioną kosę: widzieli jego twarz i jego oczy też, kiedy z kosąpodniesioną sunął prosto w latarnie, w lufy strzelb, sunął bezszelestnie, bezgłośnie, kiedy major DeSpain w biegu cofając się przed nim, krzyczał:  Jones! Stój! Stój! Bo zabiję! Jones! Jones! Jones!- Poczekaj - powiedział Shreve.- Chcesz mi powiedzieć, że on wreszcie miał tego syna,którego tak pragnął, wreszcie po tych wszystkich trudach, i pomimo to odwrócił się na pięcie i.- Owszem.Pragnął syna.Wtedy w tamto popołudnie w kancelarii dziadka mówił dziadkowi itłumaczył zupełnie tak, jak mógłby tłumaczyć arytmetykę Henry emu w czwartej klasie: Rozumiesz pan, nic więcej nie pragnę, tylko mieć syna.Co wydaje mi się, kiedy patrzę na moichwspółczesnych, wymaganiem wobec natury i okoliczności bynajmniej nie wygórowanym.- Dasz mi wreszcie dojść do słowa? - zapytał Shreve.- Więc on po to zadał sobie trudu z tymsynem, żeby już go wreszcie mając, tam za ścianą chaty tak przerobić dziadka tego syna, że aż tendziadek zabił najpierw jego, a potem i to dziecko także?- Co? - zapytał Quentin.- To przecież nie był syn.To była dziewczynka.- Aha - powiedział Shreve -.no, chodz.Wyłazmy już z tej cholernej lodówki i kładzmy sięspać.VIIIDziś już nie będzie żadnych głębokich wdechów.Okno nadal pozostanie zamknięte ponadmroznym pustym dziedzińcem, za którym wszystkie okna w przeciwległej ścianie z wyjątkiemmoże dwóch czy trzech są ciemne; wkrótce zegar na wieży wydzwoni północ dwunastoma dzwiękami melodyjnie i spokojnie, cienko, czysto, kryształowo w ostrym, nieruchomym, (bo śniegprzestał padać) powietrzu.- Więc staruszek wysłał czarnucha po Henry ego - powiedział Shreve - i Henry przyszedł dobiblioteki, i staruszek mu wyłożył:  Oni nie mogą się pobrać, bo on jest twoim bratem.A Henry na to:  Ojciec kłamie.Z miejsca; właśnie tak prędko: tak bezzwłocznie jak światło się zapala po naciśnięciukontaktu.A staruszek siedział tam i nawet się nie poruszył, i nie uderzył go, więc Henry już niepowtórzył:  Ojciec kłamie , bo wiedział, że to nie jest kłamstwo.Powiedział tylko:  Tonieprawda , a nie:  Ja w to nie wierzę - tylko właśnie:  To nieprawda , bo może teraz znówzobaczył twarz staruszka, i na tej twarzy - demona czy nie demona - malowało się teraz coś wrodzaju żalu i litości nie nad sobą samym, tylko nad Henry m, bo Henry był tylko młody, a on(staruszek) wiedział, że jeszcze ma w sobie tę odwagę, a nawet i tę całą bystrość też.Shreve stał przy stole - znów naprzeciwko Quentina, chociaż teraz nie siedział.Stał w palciekrzywo pozapinanym na płaszczu kąpielowym, potężny i bezkształtny jak rozczochranyniedzwiedz, kiedy tak wpatrywał się w Quentina (południowca, w którym krew krążyła zbytszybko, żeby stygnąć, może podatniejsza do wyrównania zmian temperatury, może dlatego, że podcieńszą skórą).Quentin siedział w fotelu zgarbiony, z rękami wepchniętymi w kieszenie, jak gdybychciał się nimi otulić i ogrzać; wyglądał dziwnie wątło, a nawet mizernie, w świetle tej lampy, wróżanej łunie, z której uleciało już wszelkie ciepło, wszelkie wrażenie przytulności.Dwa nikłezwiewne obłoczki ich oddechów rozsnuwały się po zimnym pokoju, gdzie teraz byli nie oni dwaj,ale oni czterej: bo ci dwaj, którzy tu oddychali, przestali być sobą, Quentinem i Shreve em,połączeni teraz z tamtymi dwoma więzią niklejszą, a zarazem silniejszą, chociaż niewidzialną, niżwięz łącząca bliznięta - byli sercem i krwią młodości.Shreve, o kilka miesięcy młodszy od Quentina, miał lat dziewiętnaście.Wyglądał dokładniena swój wiek: należał do ludzi, których właściwego wieku nigdy się nie wie, bo wyglądają tak wkażdym calu na swoje lata, że to aż się wydaje niemożliwe; aż patrząc na nich człowiek dochodzido wniosku, że ten on czy ta ona być w tym wieku, na jaki wygląda, nie może, tylko po prostuwykorzystuje swój wygląd na to, żeby podawać wiek fałszywie; więc nigdy się nie wierzy w wiekprzez nich podawany z czystej uległej desperacji, jak również nie wierzy się nikomu innemu, ktopotwierdza, że tak jest naprawdę.Shreve miał lat dziewiętnaście i dość siły, dość chęci, żebyprzeżywać życie za dwóch, za dwa tysiące, za wszystkich ludzi [ Pobierz całość w formacie PDF ]

Archiwum