[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.- Czuję, jak się porusza.- To doskonale, Karo.Powinnaś wrócić do łóżkai spróbować zasnąć.Zadzwoń do mnie rano, a jeślicoś jeszcze się wydarzy, dzwoń bez wahania.- Dziękuję.Jeszcze raz przepraszam, Charlotte.- Kara westchnęła i odłożyła słuchawkę.Colin klęczał przy niej, trzymając dłoń na brzuchużony.W jego oczach wyczytała ulgę.- Dzięki Bogu.Kara dotknęła jego dłoni.- Nie chciałam cię przestraszyć.- Nie spaceruj beze mnie po nocy, dobrze?- Wyszłam tylko z sypialni.Nie mogłam zasnąć.- Następnym razem mnie obudz.Wiem, wydaje cisię, że jestem zmęczony i zasługuję na sen, i tak dalej- ciągnął, wiedząc, co odpowie Kara.- Nic nie jestdla mnie ważniejsze od ciebie i dziecka.- A dla mnie najważniejszy jesteś ty.- Oczy Karynagle wypełniły się łzami.Pociągnęła nosemi uśmiechnęła się.- Wybacz.Hormony.- Zazdroszczę ci - odparł mrukliwie Colin, ocierając mokre policzki.- Ja nie mam się czym tłumaczyć.* * *Tuż po wschodzie słońca Annie Dupont wstałaz łóżka i podeszła na palcach do szpitalnego okna.Za szpitalem rósł gęsty las sekwojowy.W bladymświetle poranka ponad linią drzew widziała dachy do-~ 137 - mów w miasteczku.Na wschodzie majaczyły skalistestoki gór.Tam mieszka jej ojciec.Tam spędziła całeżycie.%7łałowała, że okno nie wychodzi na morze.Mogłaby wtedy wypatrywać aniołów.Teraz była pewna, żeistnieją.Jeden wyratował ją z topieli.Wszyscy powtarzali, że to tylko życzliwa kobieta, Annie jednak wyraznie słyszała anielskie głosy, mówiące jej, w którąstronę płynąć.Widziała nie jedną, lecz wiele dłoniwyciągających się ku niej na ratunek.A gdy spojrzałaaniołowi w oczy, zobaczyła twarz matki.Mama wierzyła w anioły.Annie podejrzewała, żei ojciec w nie wierzy, choć jego przekonania religijneskupiały się raczej na ogniu piekielnym i szataniewciąż próbującym zawładnąć ludzką duszą.Mamaopowiadała jej często, że wcześniej tata nie był tak surowy i szalony.%7łe kiedyś był dobry i miły.Zmienił siędopiero na wojnie.Widział, jak giną jego przyjaciele,i sam niemal stracił życie.Jego życiem zawładnęła paranoja.Takiego ojca znała Annie.Wiecznie w mundurze.Patrolującego całymi dniami chaszcze wokółdomu, jakby co najmniej krył w nich góry złota.Nierozstawał się z bronią, a czasami budził je w środkunocy i popędzał w wyższe partie gór, gdzie nikt ich nieznajdzie.%7łyli jak pustelnicy.Mama czasami jechała do miasteczka oddać narzuty do sklepu i przyjąć nowe zlecenia.Kiedy Annie poszła do szkoły, ojcu wyraznie siępogorszyło, więc mama wypisała ją i uczyła w domu.Potem jednak umarła i lekcje się skończyły.Dopieropraca w firmie porządkowej Myry stała się jej odkupieniem i szansą na kilka chwil normalności.Ojciecpozwolił jej opuszczać góry na starym skuterze,pod warunkiem że zawsze wróci przed zmrokiemi nie będzie rozmawiała z nikim w miasteczku.~ 138 ~ Annie tęskniła jednak za ludzmi i starała się przebywać wśród nich możliwie najczęściej.A potem poznała jego.Ojca jej dziecka.Mężczyznę, dzięki któremu uwierzyła, że jest częścią prawdziwego świata, nie zaś paranoicznych wizji ojca.Niemogła mu powiedzieć o dziecku.Już zrujnowała swoje życie.Nie mogła zniszczyć jego.Gdy pewnego ranka ojciec przyłapał ją, jak wymiotuje, w ułamku sekundy odgadł, że jest w ciąży.Oświadczył, że to dzieło szatana i że w jej łonie rośniedziecko diabła.%7łe ma natychmiast wynosić się z domu i błagać Boga o wybaczenie, a wtedy może - jeślijest tego warta - anioły wskażą jej drogę.Anioły ją ocaliły.Albo zwyczajnie miała szczęście.Doskonale wiedziała, że popełniła straszne głupstwo, jednak ostatnie dni z ojcem atakującym ją wednie i w nocy odebrały jej zdolność jasnego rozumowania.Wiedziała, że nie może wrócić do domu.Musi znalezć jakieś inne schronienie.Nie tylko dla siebie, ale także dla dziecka.Dokąd ma iść? Nie miałażadnych oszczędności, a zarabiała dosłownie grosze.Zresztą Myra ją pewnie wyrzuci.Jakie życie zapewniswemu dziecku, skoro nawet o siebie nie potrafi zadbać?Annie patrzyła niewidzącym wzrokiem przez oknoi zastanawiała się, czy anioły nie popełniły błędu.* * *Jenna zawsze była rannym ptaszkiem.Uwielbiałaciszę poranka i stłumione odgłosy miasteczka budzącego się do życia, zapach kawy, zaspanych sprzedawców otwierających sklepy i wykładających towary.Szelest otwieranych gazet i zapach rybackich łodzi~ 139 ~ wracających z nocnego połowu.Słońce zaczynało jużprzygrzewać.Zanosiło się na piękny letni dzień.W każdy sobotni poranek, gdy zostawiała Lexie w bibliotece, szła do kawiarni i przeglądała poranną prasę.Jednak tego dnia Reid Tanner całkowicie zaprzątał jejmyśli.Przez całą bezsenną noc zastanawiała się, co Reidpostanowi.Czy pójdzie na policję i zgłosi porwanie?Czy zacznie na własną rękę grzebać w jej życiu?A może po prostu o nich zapomni? Choć w głębi duszy liczyła na ten cud, rozsądek podpowiadał jej, żeReid nigdy nie odpuszcza.Widząc wyłaniający się zza rogu ulicy wóz policyjny, wstrzymała oddech.Już jej szukają? Radiowóz zatrzymał się tuż obok niej przy chodniku.Po chwiliusłyszała głos Colina Lyncha.- Dzień dobry, Jenno.Wcześnie wyszłaś.Serce Jenny prawie wyskoczyło z piersi, zanim spostrzegła, że Colin po prostu chciał się przywitać.- Ty także - uśmiechnęła się do policjanta.- Nigdynie masz wolnego? Przecież do póznego wieczora byłeś w pracy [ Pobierz całość w formacie PDF ]

Archiwum