[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.%7ładen dorosły nie pozwoli jej tu trzymać Changa.Wiedziała, co by powiedzieli.Krzywiliby się i upierab, że to niewła-ściwe dla młodej dziewczyny.Skandaliczne.Odesłaliby go dochińskiego szpitala, czyli dokładnie tam, gdzie czekają na niego CzarneWęże z nożami i żelazem do wypalania piętna.Nie.%7ładnych doro-słych.Była zdana na siebie.Ukryła twarz w dłoniach i próbowała cośwymyślić.Po jakimś czasie uniosła głowę i popatrzyła na niedzwiedziaśpiącego pod przeciwległą ścianą wilgotnej szopy.Nie była sama.Podeszła do niego i pociągnęła go za ramię.- Lew, obudz się - powiedziała.RLT 35Theo jechał szybko.Był wściekły.Na tyle wściekły, że dziś rano zo-stawił opium w szufladzie.Bolało go całe ciało, każdym porem wy-dzielając pot tęsknoty za dymem pełnym snów, ale musiał mieć jasnyumysł.Ostry jak u szczura.Było jeszcze wcześnie, nad dachami unosi-ła się poranna mgła.Nie było wiatru, który by ją przegnał, więc wyglą-dało to tak, jakby dzień wstrzymywał oddech.Zaparkował morri-sacowleya przed czarną dębową bramą i splunął w pyski kamiennychlwów, które jej strzegły.Lwy pilnujące ogniska domowego.No cóż,nie w tym przypadku.Odzwierny skłonił się służalczo, dotykając ziemi nausznikami czapkipo ziemi.- Mój pan Feng Tu Hong nie oczekuje cię dzisiaj, szlachetny nauczy-cielu.- To nie twojego szlachetnego pana przyszedłem odwiedzić, Chen.Chcę widzieć jego syna o zaropiałym mózgu, Po Chu.Odzwierny nie tyle się uśmiechnął, co jego twarz, zwykle nieru-choma i poprawna, okazała lekkie poruszenie.- Poślę moją nic niewartą żonę, by powiedziała Ważnemu Synowi, żeprzyszedłeś i pragniesz.Theo nie czekał, tylko wszedł przez bramę i ruszył na dziedziniec.Tupot skrępowanych kobiecych stóp jeżył mu włoski na karku.- Po Chu, ty świńska kupo diabelskiego gówna, jeśli jeszcze raztkniesz Li Mei, osobiście wbiję ci nóż między oczy i przejadę nim dogardła!RLT - Ha! Mówisz jak tygrys, Tijo Wilbi, ale w nocy czołgasz się nabrzuchu jak glizda, żeby jeść mak.Wiem od ludzi z sampanów.Trzę-siesz się jak dziwka, kiedy leży na plecach z nogami w powietrzu.Je-steś mocny w gębie, ale pełzasz jak robak.- Co robię na rzece, to nie twój interes.Ale ciesz się, że resztki dymumarzeń z zeszłej nocy powstrzymały mnie od wezwania z nieba wiel-kiego boga wojny, Kuan Ti, żeby wbił swą włócznię prosto w twojepuste serce za to, jak z nią postąpiłeś.- Kurwa tego potrzebowała.- Uważaj, Po Chu.Li Mei nie jest kurwą.Jest twoją szlachetną sio-strą.- %7ładna moja siostra nie sypia zfanqui.Trzeba jej było to przy-pomnieć.- Trzeba było ją walić pięścią w twarz?- Tak, na bogów, potrzebowała tego.- Dlatego że przyszła pogodzić się z ojcem?- Nie.Dlatego że myślała, że mój czcigodny ojciec jest głupcem i dajej to, czego chce, bez targów.- Targów? Jakich targów?- Ai-yal Dyrektor szkoły nie zna swojej kurwy tak dobrze, jak myśli!- Ciesz się tym oddechem, Po Chu, ponieważ będzie to twój ostatni,jeśli jeszcze raz nazwiesz moją ukochaną kurwą.Mów, co za targi?- Błagała.Ach, Tijo Wilbi, jak ona błagała.Płynęły jej łzy wielkiejak u krokodyla.- Błagała? O co?- %7łeby nasz szlachetny ojciec zwolnił cię z układu z tym Masonem omózgu małpy.Oczywiście wielki Feng Tu Hong w swej wielkiej mą-drości nie dał się nabrać na sztuczki tej ulicznicy.- Ostrzegałem cię, ty śmieciu.- Ale zaproponował jej interes.Zwolni cię z układu, jeśli.- Jeśli?- Jeśli uderzy przed nim czołem dziewięć razy i wróci do jego domujako posłuszna córka.Ha! Ale ona sprowadziła hańbę na szlachetny ródRLT Fengów i trzeba ją było nauczyć, co to znaczy szacunek.Dlatego jąuderzyłem.Wiele razy.- Czy tak?*- Dobry Boże, stary, co ci się stało?Theo masował szczękę, na której rozlewał się wielki siniak.Kącikust miał pęknięty.Christopher Mason patrzył na niego z niepokojem.- Potknąłem się o kota - odparł Theo obojętnie.- Przyszedłem, po-nieważ twój służący powiedział, że tu będziesz, a muszę z tobą poroz-mawiać.- Teraz?- Tak, teraz.Mason rzucił okiem w głąb pokoju, na żonę i dwie dziewczyny.- To nie jest odpowiednia pora, Willoughby.Może pózniej.- Teraz.Sytuacja wydała się Theo dziwna.Siedział z tym draniem Masonem,grzecznie, w nowym domu Alfreda Parkera nazajutrz po przerwanymprzyjęciu weselnym, pod nieobecność gospodarza, którego pasierbicawaruje w drzwiach na taras jak pies łańcuchowy.To było kuriozalne.Dziewczyna wyglądała na zmęczoną.Coś sprawiło, że bursztynoweoczy wpadły jej w głąb czaszki, coś schowało je w cieniu i nadało jejwargom szarą barwę.Rzucała zniecierpliwione spojrzenia na gości,najwyrazniej pragnąc się ich pozbyć, ale zatroskana Anthea Mason niezwracała na to uwagi.- Biedna Lidia, nie spała dobrze.I kto mógłby się dziwić, zważy-wszy, że jest sama w obcym domu? - mówiła strapiona, patrząc z mi-łym uśmiechem na dziewczynę.- Przyszłam dziś rano, panie Wil-loughby, i czego się dowiedziałam? Ze służącemu i ogrodnikowi daławolne na tydzień, z pełną zapłatą, a kucharzowi powiedziała, że ma jejprzygotowywać kolację i nic poza tym.Proszę, niech pan wyjaśni tejkochanej małej, że teraz ma służbę i dom na poziomie jak my wszyscy.Jest pan jej nauczycielem, więc pana posłucha.RLT - Na miłość boską, Antheo, dajże już spokój - warknął Mason.- Od-wiedziłaś ją, tak jak obiecałaś, a jej nic nie jest.- I zwrócił się do Theo:- Jestem tu tylko dlatego, że zabieram żonę i córkę do stajni, żeby obej-rzały mojego nowego konia do polowania.Jest wspaniały, ma płuca jaksłoń i bez trudu przegoni tego burego ogiera sir Edwarda.Sam sięprzekonasz.- Chcę zobaczyć twojego królika, Sun Yat-sena - oznajmiła naglePolly, szeroko otwierając niebieskie oczy.- Wspaniały pomysł - uśmiechnęła się Anthea.- Gdzie on jest?- Co za głupie imię dla zwierzaka - stwierdził Mason, ale wstał i ru-szył ku drzwiom na taras.- Jak byłem mały, miałem czarno-białegokrólika z oklapniętymi uszami.Nazywał się Daniel.Miły zwierzak.Nowięc, młoda damo, rzućmy okiem na.- Nie dzisiaj.- Lidia przytrzymała klamkę drzwi od tarasu.- Dlaczego nie?- Jest niespokojny.Z powodu przeprowadzki.Wszystko się zmieniło.- Och, proszę, Lid - nalegała Polly.- Mówiłaś, że mu się podoba wklatce w szopie.Tam się nic nie zmieniło, prawda?- Nie, ale.- Wspaniale.- Mason odsunął dziewczynę na bok.- Lubię króliki.-Ruszył do pustego ogrodu.Polly deptała mu po piętach, kiedy kroczyłścieżką.Anthea patrzyła za nimi.- Kocha wszystkie zwierzęta - powiedziała do Theo ze smutnymuśmiechem i poszła za mężem.- Ale z ludzmi miewa problemy - mruknął Theo pod nosem i spojrzałna Rosjankę.Wyglądała niemal tak samo zle, jak on się czuł.Głowamu pękała, jakby ktoś w nią walił rzeznickim toporem.Dziewczynastała zupełnie nieruchomo, dłonie przycisnęła płasko do szyby, wzrokwbiła w drewnianą szopę w ogrodzie.Polly otwierała właśnie drzwi.*- Panie Willoughby - odezwała się Lidia cicho.RLT Patrzyła, jak ojciec jej przyjaciółki gładzi długie uszy Sun Yat-sena.Rodzina Masonów zebrała się na trawniku, podziwiając białe zwierząt-ko w ramionach Polly i nie zwracając uwagi na chłód.Oddechy two-rzyły wokół nich obłoczek mgły [ Pobierz całość w formacie PDF ]

Archiwum