[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Opium cieszy się obecnie wielkim uznaniem i jest jednym z najcenniejszych prostychmedykamentów.Stosowane zewnętrznie działa rozmiękczająco, odprężająco i solwatująco; wwysokim stopniu wspomaga ropienie: długo trzymane na skórze powoduje zanik włosów izawsze wywołuje swędzenie; czasami prowadzi do pęknięcia wrzodów, a stosowane wmiejscach delikatnych powoduje pęcherze.Okazjonalnie przy stosowaniu zewnętrznymłagodzi ból, a nawet działa usypiająco.Nie wolno go jednak stosować na głowie, szczególniena szwach czaszki, bo znane są przypadki tragicznego wpływu takiego zastosowania - nawetśmierci.Opium przyjmowane wewnętrznie usuwa melancholię, łagodzi ból i przeganiasenność; w wielu wypadkach usuwa krwotoki i wywołuje pocenie.Zrednia dawka to zazwyczaj niecały gran.- Wiesz, co to znaczy  solwatujący ? - spytałam Jamiego, który marszcząc brwi, czytałwłożony w formę na prasie tekst.- Wiem.To znaczy, że to, o czym mówisz, może rozpuścić coś innego.Czemu pytasz? - Aha.Może dlatego stosowanie laudanum na szwy czaszki to zły pomysł.Rzucił mi pełne zdumienia spojrzenie.- A po co miałabyś to robić?- Nie mam najmniejszego pojęcia.- Zafascynowana, wróciłam do studiowania broszur.Jedna z nich nosiła tytuł Macica i zawierała doskonałe ryciny przekrojów kobiecej miednicy iorganów wewnętrznych, wykonane w różnych ujęciach, a także rysunki płodu w różnychstadiach rozwoju.Jeśli to jest dzieło pana Bella, pomyślałam, to jest on i znakomitymrysownikiem, i bardzo uważnym obserwatorem.- Masz może pensa? Chciałabym to kupić.Jamie pogrzebał w sporranie, wyciągnął monetę i położył na kontuarze, rzucając okiemna broszurę.Aż go odrzuciło.- Matko Boska! - wykrzyknął, żegnając się.- Nie, to raczej nie ona - zaprotestowałam.- Ale jakaś matka na pewno.Zanim zdążył na to odpowiedzieć, z zaplecza wynurzył się pan Richard Bell, zzaczerwienionymi oczyma, ale już panując nad sobą, i chwycił dłoń Jamiego.- Nie wie pan nawet, co pan dla mnie uczynił - powiedział żarliwie.- Jeśli rzeczywiściemoże mi pan pomóc połączyć się z rodziną, to ja.to ja.no, nie wiem, co mógłbym zrobić,by okazać swoją wdzięczność, ale niech pan będzie pewien, że do końca życia będę panabłogosławił!- Bardzo jestem panu zobowiązany - powiedział Jamie z uśmiechem.- Rzeczywiścieniewykluczone, że będzie pan mógł oddać mi pewną przysługę, ale nawet jeśli nie, będęniezmiernie wdzięczny za pańskie błogosławieństwo.- Zrobię wszystko, panie, naprawdę wszystko! - zapewnił go Bell, ale zaraz na jegotwarzy dało się zauważyć wahanie, pewnie przypomniał sobie coś, co może żona napisała muw liście o Jamiem.- Wszystko poza.zdradą, powinienem powiedzieć.- Och, nie, nie ma mowy o zdradzie - zapewnił go Jamie i z tymi słowami pożegnaliśmysię z panem Bellem.* * *Wzięłam do ust łyżkę zupy ostrygowej i z rozkoszy zamknęłam oczy.Przyszliśmy niecowcześniej, by zająć miejsce przy oknie wychodzącym na ulicę, ale karczma Mowbrayaszybko się zapełniała.Brzęk sztućców i rozmowy niemal nas ogłuszały.- Jesteś pewien, że go tu nie ma? - spytałam, pochylając się nad stołem, by Jamie mógłmnie usłyszeć.Jamie pokręcił głową, obracając na języku łyk mozelskiego wina z wyrazemabsolutnej błogości. - Będziesz wiedziała, kiedy się pojawi - powiedział, przełknąwszy.- Wierzę ci na słowo.A co takiego niezdradliwego ma zrobić biedny pan Bell w zamianza powrót do domu?- Zamierzam powierzyć mu opiekę nad moją prasą drukarską podczas podróży - odrzekł.- Jak to? Oddasz swoją cenną ukochaną w ręce obcego człowieka? - spytałamrozbawiona.Rzucił mi w odpowiedzi niechętne spojrzenie, ale spokojnie skończył jeść bułkęz masłem.- Nie spodziewam się, by jej nadużywał.Ostatecznie na pokładzie nie zdoła wydrukowaćtysiąca egzemplarzy Klarysy.- Ach, więc to tak osobista sprawa? A jakżeż ona ma na imię?Zarumienił się lekko i odwrócił wzrok, z wielką uwagą skłaniając szczególnie soczystąostrygę, by wpłynęła na łyżkę, ale w końcu mruknął:  Bonnie.Roześmiałam się; zanim jednak zdążyłam zadać kolejne pytanie, przez dotychczasowyhałas przedarł się inny dzwięk.Ludzie zaczęli odkładać łyżki i wstawać, wyciągając szyje, bywyjrzeć przez okno.- A to na pewno zbliża się Andy - powiedział Jamie.Wyjrzałam na ulicę; niewielka grupka stojących tam chłopców i gapiów klaskała ipokrzykiwała.Podniosłam wzrok, by zobaczyć, co takiego się zbliża: był to największy koń,jakiego w życiu widziałam; nie koń pociągowy, tylko niezwykle wysoki wałach, mierzący -na moje niewykwalifikowane oko - blisko siedemnaście piędzi.Na koniu siedział sztywno wyprostowany bardzo mały człowieczek, nieczuły na okrzykitłumu.Zatrzymał się tuż pod naszym oknem, sięgnął za siebie i zdjął z siodła drewnianąramę.Gdy nią potrząsnął, okazało się, że jest to składana drewniana drabina; jedno z dziecipodbiegło, by ją przytrzymać na dole, podczas gdy pan Bell - bo też nie mógł to być nikt inny- zszedł przy aplauzie przechodniów.Rzucił monetę dziecku, które trzymało drabinę, drugąchłopakowi, który odprowadzał konia, i zniknął z pola widzenia.Po chwili pojawił się w drzwiach prowadzących do głównej izby, zdjął trójgraniastykapelusz i ukłonił się uprzejmie zgromadzonym.Jamie uniósł rękę i donośnym głosem, któryprzebił się przez rozmowy, zawołał  Andy Bell!.Mały człowieczek, zdziwiony, odwróciłgłowę w naszą stronę.Przyglądałam się zafascynowana, jak się do nas zbliża z corazszerszym uśmiechem na twarzy.Nie mogłam powiedzieć, czy cierpi na jakiś rodzaj karłowatości, czy po prostu wmłodości był niedożywiony i chorował na skoliozę, ale jego nogi były krótkie,nieproporcjonalne do górnej części ciała, a ramiona krzywe.Nie miał chyba więcej niż cztery stopy wzrostu.Gdy przechodził między stolikami, widać było tylko czubek jego głowy,przykryty bardzo modną peruką.Te aspekty wyglądu okazały się jednak niczym w porównaniu z najbardziej uderzającąjego cechą, zauważalną dopiero z bliska.Andy Bell miał największy nos, jaki kiedykolwiekwidziałam, a w moim pełnym przygód życiu widziałam już spory ich zestaw [ Pobierz całość w formacie PDF ]

Archiwum