[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.- Jes-tem Paul Martineau.Doktor Paul Martineau.- Odleciałeś gdzieś daleko na chwilę.- Byłem w Palestynie - wymamrotał Martineau ociężałym odnarkotyku głosem.- W Beit Sayeed.- Wszyscy tam niedługo będziemy - rzekł Abu Saddik.Martineau pozwolił sobie na uśmiech: nie arogancji, ale spokoj-nej pewności siebie.Buenos Aires, Stambuł, Rzym - trzy zamachy,każdy bezbłędnie zaplanowany i przeprowadzony.Ekipy dostar-czały ładunki wybuchowe do celów i znikały bez śladu.Każdąoperację Martineau nadzorował, korzystając z przykrywki pracwykopaliskowych, i przeprowadzał przy pomocy podstawionejosoby, Operacją w Paryżu zajmował się Abu Saddik.Martineaucałą rzecz wymyślił i zaplanował, ale to Abu Saddik ze swojejkafejki w Quartier Belsunce przesuwał pod dyktando Martineaupionki na szachownicy.Już po wszystkim miał go spotkać takisam los, jak wszystkich innych, z których pomocy Martineaukorzystał.Palestyńczyk wyciągnął wnioski z błędów swoich przod-ków.Nigdy nie pozwoli, by wydał go arabski zdrajca.Abu Saddik zaproponował Martineau fajkę.Ten uniósł dłońw geście rezygnacji.Potem wolnym kiwnięciem głowy poleciłAbu Saddikowi, by przystąpił do końcowego meldunku.Przeznastępne pół godziny siedział w milczeniu, podczas gdy AbuSaddik relacjonował: rozmieszczenie ekip, adres w Paryżu, gdzieprzygotowywano bomby w walizkach, stan emocjonalny trójki179 szahidów.Urwał, gdy zakwefiona kobieta weszła i nalała imkolejną porcję kawy.Kiedy opuściła pokój, Abu Saddik wspomniał,że ostatni członek zespołu przybędzie do Marsylii za dwa dni.- Chciałaby się z tobą zobaczyć - rzekł.- Jeszcze przed operacją.Martineau pokręcił głową.Znał tę dziewczynę, byli niegdyśkochankami, i wiedział, dlaczego chce się z nim widzieć.Niepowinni teraz spędzać razem czasu.Inaczej Martineau mógłbysię rozmyślić co do losu, który dla niej zaplanował.- Trzymamy się pierwotnego planu - powiedział.- Gdzie mamsię z nią spotkać?- Kafejka internetowa wychodząca na port.Wiesz, gdzie to jest?Martineau wiedział.- Będzie tam o dwunastej trzydzieści.W tej chwili z minaretu meczetu w górze ulicy muezin wezwałwiernych do modlitwy.Martineau zamknął oczy, przez jego umysłprzepływały znajome słowa.Allah jest wielki.Zaświadczam, że nie ma innego boga próczAllaha.Zaświadczam, że Mahomet jest posłańcem Allaha.Przy-bywajcie do modlitwy.Przybywajcie do pomyślności.Allah jestwielki.Nie ma innego boga prócz Allaha.Kiedy wezwanie na modlitwę przebrzmiało, Martineau wstałi przygotował się do wyjścia.- Gdzie jest Hadawi? - spytał.- W Zurychu.- Trochę jak kula u nogi, nie uważasz?- Mam go stamtąd przenieść?- Nie - powiedział Martineau.- Po prostu go zabij.Kiedy dotarł do Place de la Prefecture, Martineau był już zupeł-nie trzezwy.Jakże inaczej prezentowała się ta część miasta, po-180 myślał.Ulice były czystsze, sklepy bardziej zasobne.Martineau--archeolog nie mógł uciec od refleksji o naturze tych dwóch takodmiennych, a sąsiadujących ze sobą światów jednego starożyt-nego miasta.Jeden oddawał się fanatyzmowi, drugi konsumpcji.Jeden roił się od dzieci; drugi uważał je za zbędne obciążeniefinansowe.Martineau wiedział, że wkrótce Francuzi będą mniej-szością we własnym kraju, colons na własnej ziemi.Niebawem,w ciągu stulecia, może nieco pózniej, Francja stanie się krajemmuzułmańskim.Skręcił w bulwar Saint-Remy.Obrzeżony drzewami i przedzielo-ny na pół płatnym parkingiem, biegł łagodnym wzniesieniemw stronę niewielkiego zielonego parku z widokiem na stary port.Gmachy po obu stronach bulwaru, wszystkie tej samej wysokości,wzniesiono z majestatycznego szarego kamienia.W oknach naparterze zamontowane były żelazne kraty.W wielu budynkachmieściły się biura i gabinety: prawników, agentów nieruchomości,lekarzy, nieco dalej znajdowało się kilka banków i sklep z wyposa-żeniem wnętrz.U podnóża ulicy, na skrzyżowaniu z Place de laPrefecture, znajdowały się dwa stojące naprzeciw siebie kioski:jeden z prasą, drugi z kanapkami.Za dnia funkcjonowało tu takżeniewielkie targowisko, ale teraz powoli zapadał zmrok, a handla-rze dawno już spakowali swoje sery i warzywa i poszli do domów.Budynek pod numerem 56 był tylko mieszkalny.Miał czystykorytarz i szerokie schody z drewnianą poręczą, wyłożone nowymbieżnikiem.W mieszkaniu była tylko biała sofa i telefon na pod-łodze.Martineau schylił się, podniósł słuchawkę i wykręcił numer.Tak jak się spodziewał, odezwała się automatyczna sekretarka.- Jestem w Marsylii.Zadzwoń, kiedy ci się uda.Odłożył słuchawkę i usiadł na kanapie.Poczuł, jak w krzyżwbija mu się pistolet.Przechylił się do przodu i wyciągnął go zzapaska dżinsów.Stieczkin kalibru 9 milimetrów, pistolet ojca.Przez wiele lat po jego śmierci w Paryżu broń zarastała kurzemw magazynie policyjnym jako dowód w sprawie, która nigdy się181 nie odbyła.Agent francuskiego wywiadu przemycił pistolet doTunisu w 1985 roku i podarował Arafatowi.Ten oddal go Mar-tineau.Zadzwonił telefon.Martineau podniósł słuchawkę.- Morisieur Vćran?- Mimi, kochanie - powiedział Martineau.- Jak dobrze słyszećtwój głos. 16Rzymbudził go telefon.Jak wszystkie aparaty w mieszkaniachZ operacyjnych, ten również nie miał dzwonka, tylko migo-czące światełko, które zabarwiło mu powieki szkarłatem.Wyciąg-nął rękę i przyłożył słuchawkę do ucha.- Obudz się - powiedział Szymon Pazner.- Która godzina?- sma trzydzieści.Gabriel spał dwanaście godzin.- Ubieraj się.Powinieneś coś zobaczyć, skoro już jesteś w mie-ście.- Przeanalizowałem zdjęcia.Przeczytałem wszystkie raporty.Nie muszę na to patrzeć.- Przeciwnie, musisz.- Dlaczego?- Bo to cię wkurzy.- Co dobrego to da?- Czasem musimy być wkurzeni - stwierdził Pazner.- Spo-tkamy się na schodach Galleria Borghese za godzinę.Nie każ mitam sterczeć i czekać jak idiocie.Pazner rozłączył się.Gabriel wygramolił się z łóżka i długostał pod prysznicem, zastanawiając się, czy nie zgolić brody.W końcu postanowił, że tylko ją przytnie.Potem przywdział jeden183 z ciemnych garniturów Herr Klempa i udał się na Via Veneto nakawę.Godzinę od rozmowy z Paznerem szedł ocienioną żwirowąścieżką w stronę schodów galerii.Rzymski katsa siedział na mar-murowej ławce na dziedzińcu i palił papierosa.- Aadna broda - powiedział.- Chryste, wyglądasz koszmarnie.- Musiałem mieć jakąś przykrywkę, gdy siedziałem kamieniemw swoim pokoju hotelowym w Kairze [ Pobierz całość w formacie PDF ]

Archiwum