[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Kobieta trafiała na Fishery Alley wtedy, gdy jej świat się walił, gdy umierał jej mąż lub zamykanofabrykę, albo kiedy była już zbyt stara i brzydka, by się puszczać.Nad nową lokatorką ciążyłapodwójna klątwa, gdyż była wdową a w dodatku chorowała i jej ciałem wstrząsał ciągle mokrykaszel.I ona, i suchotnik, który umierał w kącie, nieustannie kasłali, a w nocy towarzyszyły temuodgłosy chrapania, pociągania nosem i szelest pościeli.W pokoju spało stłoczonych tyle osób, że abyopróżnić pęcherz, trzeba było przejść ostrożnie do wiadra między ciałami na podłodze i jeślinadepnęło się przypadkiem na wysuniętą rękę albo przygniotło komuś stopą palec, można byłousłyszeć gniewne burknięcie i dostać kuksańca w kostkę.A następnej nocy człowiek sam nie pospał,bo ktoś jemu deptał po palcach.Rose leżała z otwartymi oczami, nasłuchując szelestu słomy dobiegającego z posłań śpiącychniespokojnie współlokatorów.Musiała iść za potrzebą, ale nie chciało jej się ruszyć spod ciepłegokoca.Próbowała zasnąć, mając nadzieję, że jakoś wytrzyma, nagle jednak Billy jęknął i wyciągnął doprzodu ręce, jakby się czegoś chwytał.Nie budziła go, by nie pozostał mu w pamięci koszmar, któryśnił.Gdzieś w mroku usłyszała szepty, a potem szelest ubrań i stłumione posapywania.Nie jesteśmylepsi niż zwierzęta na podwórzu, pomyślała, które drapią się, pierdzą i spółkują na oczachwszystkich.Nawet nowa lokatorka, która weszła między nich z wysoko uniesioną głową,nieuchronnie rezygnowała ze swej dumy, odzierana każdego dnia z kolejnej warstwy godności, aż iona załatwiała się do wiadra, tak jak wszyscy, zadzierając publicznie spódnicę, aby przykucnąć wkącie.Czy Rose czeka taka właśnie przyszłość? Ma być zziębnięta, schorowana i spać na brudnejsłomie? Och, ale Rose była jeszcze młoda, silna i chętna do pracy.Nie widziała siebie w osobie tej staruszki, kaszlącej w ciemnościach.A jednak już była do niej podobna, śpiąc ramię w ramię z obcymi ludzmi.Billy znowu jęknął i przysunął się do niej.Poczuła na twarzy jego gorący, nieprzyjemny oddech.Odwróciwszy się z odrazą, potrąciła łokciem starą Polly, która odpowiedziała jej kopniakiem.Rosepołożyła się zrezygnowana na plecach, próbując nie zwracać uwagi na ucisk w pęcherzu.Pomyślałatęsknie o małej Meggie.Dzięki Bogu, że nie śpisz w tym brudnym pokoju i nie oddychasz cuchnącympowietrzem.Dopilnuję, żebyś rosła zdrowo, maleńka, choćbym miała oślepnąć od nawlekania igieł,choćby odpadały mi palce od szycia dzień i noc sukien dla dam, które nigdy nie muszą się martwić, skąd wziąć mleko dla swoich dzieci.Pomyślała o sukni, którą skończyła poprzedniego dnia, uszytej zbiałego muślinu i jasnoróżowego atłasu.Została już pewnie dostarczona młodej damie, która jązamówiła.Pannie Lydii Russell, córce słynnego doktora Russella.Rose pracowała gorliwie, byskończyć tę suknię na czas, bo powiedziano jej, że panna Lydia potrzebuje jej na przyjęcie wydawanenastępnego dnia w domu dziekana Wydziału Medycyny, doktora Aldousa Grenville a.Billy widziałten dom i opowiadał Rose, jaki jest okazały.Słyszał, że rzeznik dostarczył tam wieprzowe udzce i wielki kosz świeżo ubitych gęsi i że przez całyjutrzejszy dzień w kuchni doktora Grenville a będzie pachniało pieczeniami i ciastami.Rosewyobrażała sobie stół uginający się od półmisków z delikatnym mięsiwem, ciastkami i soczystymiostrygami.Wyobrażała sobie rozbawionych gości, płonące świece, lekarzy w eleganckichmarynarkach i przystrojone wstążkami damy, zasiadające do pianina, aby zaprezentować sweumiejętności zgromadzonym tam młodym mężczyznom.Czy panna Lydia Russell także zasiądzie dopianina? Czy fałdy sukni, którą uszyła dla niej Rose, pięknie się ułożą? Czy podkreślą jej figurę iprzykują wzrok dżentelmena, na którym jej zależy?Czy będzie tam Norris Marshall?Poczuła nagle ukłucie zazdrości, że może będzie podziwiał młodą damę, dla której ona uszyła suknię.Przypomniała sobie wizytę Norrisa w pensjonacie i konsternację na jego twarzy, gdy patrzył nazawszoną słomę i sterty brudnej odzieży.Wiedziała, że jest człowiekiem o skromnych dochodach, alei tak był poza jej zasięgiem.Nawet syn farmera, jeśli chodził z lekarską torbą, mógłpewnego dnia być mile widziany w najlepszych domach Bostonu.Rose miała szansę tam trafić jedynie ze szczotką w ręce.Zazdrościła kobiecie, która kiedyś wyjdzie za Norrisa.To ona chciała sprawiać mu radość, widziećco rano jego uśmiech.Ale nigdy tak nie będzie, pomyślała.Kiedy na mnie patrzy, widzi tylkoszwaczkę albo kucharkę.Nigdy żonę.Billy znów przewrócił się na drugi bok, tym razem wpadając wprost na nią.Próbowała goodepchnąć, ale był bezwładny jak worek mąki.Zrezygnowana usiadła na posłaniu.Nie mogła jużdłużej ignorować pełnego pęcherza.Wiadro stało w głębi pokoju i bała się iść po ciemku międzyśpiącymi na podłodze ludzmi.Lepiej było wyjść schodami na zewnątrz.Włożyła buty i płaszcz, przeszła na czworakach nad śpiącym gillym i zbiegła po schodach.Podmuch zimnego wiatru zmroził jej płuca.Rozejrzawszy się po Fishery Alley, przykucnęła na brukui nie tracąc czasu, załatwiła swoją potrzebę.Z westchnieniem ulgi weszła z powrotem do pensjonatui była już prawie na schodach, gdy usłyszała głos właściciela domu:- - Kto tam?Zajrzawszy przez drzwi, zobaczyła pana Porteousa, który siedział z nogami opartymi o taboret.Byłprawie ślepy i zawsze brakowało mu tchu.Tylko dzięki pomocy swej niechlujnej córki mógł prowadzić pensjonat.Niewiele miał zresztą do roboty.Zbierał pieniądze za czynsz, raz w miesiącuwydawał świeżą słomę, a rano serwował owsiankę, najczęściej pełną robactwa.Poza tym ignorowałlokatorów, a oni jego.- To ja - powiedziała Rose.- Chodz tu, dziewczyno.- Idę na górę.W drzwiach pojawiła się córka Porteousa.- Jakiś dżentelmen chce się z tobą widzieć.Mówi, że cię zna.Wrócił Norris Marshall, przemknęło jej przez myśl.Ale gdy weszła do pokoju i zobaczyła, kto stoiprzy kominku, poczuła gorzkie rozczarowanie i słowa powitania zamarły jej na ustach.- Witaj, Rose - powiedział Eben.- Trudno było cię odnalezć.Jej szwagier nie zasługiwał na żadne uprzejmości, spytała więc bez ogródek:- Co tu robisz?- Przyszedłem odkupić swoje winy.- Osoby, którą skrzywdziłeś, już nie ma, więc nie może ci wybaczyć.- Masz prawo odrzucić moje przeprosiny.Wstydzę się swojego zachowania i co noc rozmyślam otym, że mogłem być lepszym mężem dla twojej siostry.Nie zasługiwałem na nią.- Rzeczywiście.Podszedł do Rose z otwartymi ramionami, ale jego oczy nie wzbudzały zaufania.Jak zawsze.- Tylko w jeden sposób mogę wynagrodzić Aurni jej cierpienia - stwierdził.- Będąc dobrym bratemdla ciebie i dobrym ojcem dla mojej córki.Opiekując się wami obiema.Idz po dziecko, Rose.Wracajmy do domu [ Pobierz całość w formacie PDF ]

Archiwum