[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Wiedziałam, żeprzynosi do sali redakcyjnej żółte notesy i ołówki automatyczne, podczas gdy wszyscy innidawno przerzucili się na laptopy, ale maszyna do pisania wydawała mi się jeszcze bardziejodlotowym pomysłem. Nie zdziwiłbym się& Ludzie nazywają mnie oldskulowcem.W porównaniu zeSmileyem jestem o lata świetlne do przodu. W takim razie nie sądzę, by chciał zatrudnić dziewczynę  powiedziałam.Zdążyłam jużodrobić lekcje, wiedziałam więc, że w tej chwili dział sportowy  The Post tworzą wyłączniemężczyzni.I że od początku istnienia gazety pracowała tam tylko jedna kobieta.Trener nie zaprzeczył.Powiedział tylko: Ty nie jesteś jakąś tam zwykłą dziewczyną.Uśmiechnęłam się do słuchawki. Pomyślmy& Zamów antrykot.Albo befsztyk z polędwicy.%7ładnych sałatek, chyba żena przystawkę.Nie byłam pewna, czy udziela mi osobistych rad dotyczących menu, czy próbujewprowadzić w zasady świata zarezerwowanego dla mężczyzn.Tak czy inaczej, odparłam: Rozumiem. I przygotuj się na rozmowę o baseballu  dodał Trener. W tym temacie Frank jestsnobem pierwszej wody.Znasz ten typ.Parsknęłam śmiechem i przytaknęłam, przypominając sobie naszą rozmowę o akolitachtego sportu.Doszliśmy wtedy do wniosku, że taki człowiek jest dziwną mieszanką snobai dziwaka, jak skrzyżowanie konesera opery i maniaka komputerowego.Naprawdę ci ludziezdawali się wierzyć, że stanowią szczytowe osiągnięcie ewolucji i mają wyższe IQ niż przeciętnykibic futbolu.Być może moja matka miała rację co do tego, że mój mózg jest kopalniąnieprzydatnych statystyk, nie mógł się jednak równać z mózgiem zagorzałego fana baseballu.Powiedziałam Trenerowi, że pisanie o baseballu mnie nie interesuje.Mimo torozłączywszy się, spędziłam sporo czasu na nerwowym przeglądaniu moich ulubionych stron:ESPN, SI, Fox Sports, Rivals, Scout, Deadspin i Yardbarker.Zapoznałam się z najnowszymiplotkami ze świata baseballu, przy okazji uzupełniając wiedzę na temat koszykówki, tenisa,golfa, piłki nożnej i hokeja.O futbolu, zarówno uniwersyteckim, jak i lidze NFL, byłabymw stanie sensownie rozmawiać nawet po piątej whisky, ale musiałam pamiętać o tym, że jakomaniaczka podsumowań dnia na kanale Sports Center nie mogę narobić sobie wstydu.Co ważniejsze, nie chciałam go przynieść Trenerowi Carrowi.Skoro za mnie ręczył, musiałamzrobić dobre wrażenie.*Trzy dni pózniej pojechałam do słynnego domu steków przy Lemon Street, ubranaw granatową ołówkową spódnicę, białą bluzkę i pantofle na niewysokim obcasie.Zrezygnowałam z makijażu poza odrobiną różu i błyszczyka, a włosy zaczesałam w prosty kok.Wszystko po to, by wyglądać jak poważna reporterka, a nie kociak zdobiący linię boczną.Zjawiwszy się na miejscu dwadzieścia minut za wcześnie, zameldowałam się u szefa sali,po czym usiadłam przy lśniącym barze i sącząc gazowaną wodę, rozejrzałam się wokoło.Większość klienteli stanowili mężczyzni, z wyglądu konserwatyści, zamożni i wpływowi  alboprzynajmniej przekonani o własnych wpływach.Ponieważ nieraz jadałam z ojcem obiadyw nowojorskich restauracjach, wiedziałam, że w lokalach ze stekami tacy ludzie byli częstymigośćmi.Dziś wydawali się jeszcze mocniej niż zwykle nabuzowani własną potęgą, co zresztąbyło charakterystyczne dla mieszkańców Teksasu.Tu zawsze to, co duże, było jeszcze większe.To, co głośne, jeszcze głośniejsze.Bogaci byli jeszcze bogatsi.A mniej nigdy nie znaczyłowięcej.Swoją drogą, może byłam po prostu zdenerwowana, opuściwszy bezpieczne schronieniekampusu, gdzie nic nie stało na przeszkodzie, by przyjść do biura w dresie.W ciągu dziesięciu latpracy (wliczając w to dwa lata studenckiego stażu) Justus ani razu mnie nie ochrzanił.Zazwyczajw ogóle nie czułam, że jest moim szefem.Zamiast zadań i terminów dawał mi raczej sugestie.Moje życie to była bułka z masłem i choć ostatnio miałam wątpliwości co do kierunku, w którymzmierzam, nie rozumiałam, czemu tak wielu ludzi zdawało się wyznawać filozofię głoszącą, żeim coś jest prostsze, tym mniej warte.Czy naprawdę niewypruwanie sobie codziennie żył byłoczymś złym  zwłaszcza jeśli pracowało się z radością i uczciwie? Czy nie lepiej pracować, byżyć, zamiast żyć, żeby pracować?Zastanawiałam się właśnie nad odpowiedzią na to pytanie, gdy do restauracji wkroczyłFrank Smiley w brązowej sztruksowej marynarce z zamszowymi łatami na łokciach, muszce i jakzwykle w kapeluszu  tym razem bardziej przypominającym trilby niż fedorę.Minę miał jeszczeposępniejszą niż zazwyczaj, niemal zobaczyłam nad jego głową komiksową chmurkę zesłowami:  Tracę tu swój cholerny czas.Wzięłam kilka głębokich wdechów, a tymczasem szefsali wskazał na mnie, zanim zdążyłam odwrócić wzrok [ Pobierz całość w formacie PDF ]

Archiwum