[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Wszystko było zbyt nowe,więc skinęła tylko w milczeniu głową.Ale jemu to niewystarczało.- Kristin?- Proszę.- Odpowiedz.- Och, Boże! - krzyknęła, starając się wyswobodzićz jego ramion.Miała wilgotne usta, a jej wzburzonewłosy były niczym rozdzielająca ich kurtyna; zadziwiająco jasne na tle jego spalonego na brąz torsu.Uśmiechnął się, przesunął dłoń na jej szyję, gdzie jakoszalałe biło jej tętno, a następnie jego ręka powędrowała w dół, do piersi, i jeszcze niżej - do brzucha.Tamzatoczyła przyprawiające o szaleństwo kółko i przesunęła się niżej.Kiedy wędrował palcami po jej udach, 70spoglądał dziewczynie prosto w oczy.i nagle wyko-nał nieprawdopodobny ruch i wszedł w nią dłonią.Krzyknęła i chciała się cała w nim zanurzyć, ale ontrzymał ją na dystans, obserwując jej twarz, jej piersi,które unosiły się i opadały w spazmatycznym odde-chu.Słuchał, jak głośno chwyta powietrze.- Tak, jesteś.głodna - wyszeptał jej prosto w usta.Co to jest? - myślała.Czy to właśnie ten głód, któ-rego tak się domagał? Cóż znaczą owe płomienie, któ-re, zdawało się, palą ją od środka? Była wdzięczna, żepanuje mrok, że jest noc, była wdzięczna księżycowi,że zaszedł za chmurę.Bo dzięki temu mogła skryć swójgrzech, mogła ukryć fakt, że frymarczy sobą; litościwycałun mroku otulał ją swym ciepłym płaszczem, łago-dząc wstyd.Nie mieściło jej się w głowie, że leży w łóż-ku z tym mężczyzną, a na dodatek nie zamieniłaby te-go na nic na świecie.Wydała cichy okrzyk, mocniej zarzuciła Cole'owi ra-miona na szyję i przytuliła twarz do jego torsu.Czującże od środka zalewa ją jakaś tajemna fala, przełknęłaślinę.Mruczała coś pod nosem i tuliła usta do jego pier-si, nieświadoma prawie tego, że jej biodra tańcząw rytm ruchów jego ręki, a każdy taki ruch był corazbardziej upajający.Sam Slater w jakiś mglisty sposób pojmował, że niepowinien tu być.Powinien był oświadczyć tej dziew-czynie, że nie zostanie, że nie jest w stanie jej pomócZwiązek z Kristin był ostatnią rzeczą, jakiej potrzebo-wał.Ma własne zobowiązania i bez względu na fakt,czy umrze czy nie, czy pójdzie do nieba czy do piekła,musi ich dotrzymać.Niewinność.To również rzecz, której nie potrzebował.Wyczuwałw Kristin twardość, ale wyczuwał też w tej twardości 71szczerby.Zrobiła to wojna.Wojna, śmierć, cierpienie,ból i krew.A jednak dziewczyna potrafiła zachowaćniewinność.Wydawało mu się, że skłoni ją do ucieczki,a pózniej myślał, że wystarczy mu sił, żeby jej nietknąć.Był zmęczony.Wiedział o tym.Był zmęczony,a ona zasługiwała na lepszy los niż ten, jaki on mógł jejzgotować.Ciągle przecież żył, oddychał, a ona poruszała w nim każdy zmysł.Choć starał się w to nie wie-rzyć, dobrze wiedział, jak potoczą się sprawy, i teraz,kiedy to się stało, zwykła uczciwość zabraniała mu siętego wypierać.Oplotła go złocistą pajęczyną pożądania i pasji, delikatną jak jedwab i świetlistą jak jej włosy.Omamieni czarem własnych ciał, oboje ugrzęzli w tejpajęczynie.Kristin była piękna, miała uroczą twarzo małym, kształtnym nosie i niezgłębionych jak prze-stwór niebieskich oczach, okolonych długimi rzęsami.W tej chwili w jej zrenicach płonął nie skrywany żar.A jej usta.pełne i oddane, wrażliwe, skore w każdejchwili do śmiechu, cudowne, kiedy rozchylały się poddotykiem jego warg.Cała była delikatna, aksamitna,budziła w nim burzę zmysłów pełnymi, strzelistymipiersiami, wąską talią i biodrami rozpalającymi jegożądze do białości.Wcale nie chciał zostać z Kristin, wcale nie chciał tuprzyjechać.Nie miał zamiaru jej tknąć.Ale wszystko to uczynił.Poruszyła się.Poruszyła się z ogromną gracją.Wy-dała ciche westchnienie, które sprawiło, że krew zało-motała mu w skroniach, odbierając jasność myślenia.Kierował nim już tylko jeden instynkt: posiąść ją, mu-siał ją posiąść albo zwariuje.Czuł na torsie jej sutki, gdypod dotykiem jego dłoni wyprężyła ciało w łuk.Drapieżnie przyciągnął ją do siebie.Ujrzał jej szero-ko rozwarte oczy i złożył na wargach Kristin gorący, 72oszałamiająco namiętny pocałunek.Wsunął pod jej ple-cy ręce i z rozpaczą pomyślał, że ma do czynienia z niewinną dziewczyną.Pocałował ją ponownie, jeszcze bardziej drapieżnie,i wszedł w nią.Był powolny, powolny aż do bólu, a ona wilgotnai łagodna, jej gorące wnętrze było gotowe na jego przy-jęcie.Czuł przebiegający po jej ciele dreszcz, słyszał jejbolesny krzyk, który tłumiła, tuląc usta do jego torsu.Słyszał już kiedyś taki krzyk.Słyszał go w dzieńwłasnego ślubu.Ogarnęły go pełne goryczy wspomnienia i przezmoment nienawidził siebie i jej.Na chwilę znierucho-miał.Kiedy poczuł, że dziewczyna drży, pomyślał, żeKristin za chwilę wybuchnie płaczem, i bezwolnie za-czął szeptać jej do ucha.Tak.był już kiedyś w tym miejscu.Też kochał sięczule z kobietą pierwszy raz.Jej pierwszy raz.Trzymał ją w objęciach, pieścił, obiecywał opiekę.I znów poruszył się w miłosnym rytmie, delikatnie, po-woli i łagodnie.I wtedy ona również, zrazu nieśmiało, zaczęła sięporuszać pod nim.Brała go w siebie, w oczach nie mia-ła już łez, minął pierwszy szok.Znów zalewał ją odśrodka żar.Cole kompletnie już stracił nad sobą kontrolę.Bezreszty zatonął w rozkosznych doznaniach.Nie pamię-tał, żeby kiedykolwiek ogarnęła go taka namiętność.Ponownie dotknął kształtnych piersi i znów uderzyłogo ich piękno.Chłonął czystą, oszałamiającą woń jejwzburzonych włosów i czuł, że ogarnia go jakieś sza-leństwo.Niecierpliwym ruchem oplótł jej nogami swebiodra, ujął krzepko pośladki Kristin i zaczął gwałtów-nie nimi kołysać, wypełniając sobą dziewczynę.Kiedy przeszył go pierwszy dreszcz nadchodzącego spełnienia, odchylił do tyłu głowę i wydał chrapliwy okrzyk.Miarowo, raz za razem, brał Kristin w posiadanie.Kiedy westchnęła spazmatycznie, wiedział, że osiągnęłarozkosz.Ogarnęła go gorączka.Po raz ostatni wykonałgwałtowny ruch.Zadrżał, nie pamiętał, żeby kiedykol-wiek doznał w życiu podobnego spełnienia.Spocony, położył się obok Kristin i ciężko oddychał.Dziewczyna milczała.Dotknął opuszkami palcówjej policzka.Pod palcami poczuł wilgoć łez.Nieoczekiwanie ogarnął go straszliwy gniew, za-równo na samego siebie, jak i na nią.To nie miało pra-wa się zdarzyć! Powinna była być w ślubnej bielii wyjść za uczciwego, młodego człowieka, który by jąkochał, a nie tylko pożądał.Wysunęła się z jego objęć, odwróciła plecami i Coleprzez chwilę zastanawiał się, czy dziewczyna przypadkiem ponownie nie płacze.Miała sto powodów do te-go, a on czuł się podle.Z Kristin robił to jeszcze czułejniż wtedy z Elizabeth.Z Elizabeth!Tak, odważył się w końcu wymówić w myślach jejimię.Zacisnął zęby.Wątpił, żeby ból kiedykolwiek goopuścił.- Możesz.możesz już iść - odezwała się nieocze-kiwanie Kristin.- Słucham? - odparł ostro pytaniem.- Nasz układ.- szepnęła.- Dotrzymałam go, pra-wda?- Tak, dotrzymałaś tego cholernego układu, pannocCahy - odparł po krótkim wahaniu.- Zatem możesz [ Pobierz całość w formacie PDF ]

Archiwum