[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Nie zostawiano go też nigdy pod opieką obojętnych służących.%7łycie Julii wyglądało jak niekończący się bankiet całusów, pieszczot, zabaw i piosenek.Zachwycony papa, ko-chająca mama lub równie zauroczona babcia nie odstępowali jej na krok.Wyraz szczęścia na twarzy mamy irozkoszne gruchanie dobiegające z kołyski; unosząca się nad wszystkimi miłość rodzinna  o, ten obrazwzruszyłby nawet kamienne serce.Tęskniłam za Julią.Bóg mi świadkiem, nie należałam do tych kobiet, które nie wyobrażają sobie życiabez dziecka gramolącego się co chwila na kolana, lecz mała Julia wydawała się szczególnym dzieckiem.Więcej.Była częścią mnie, w niepojęty sposób; kość z kości.Dostrzegałam w jej włosach rdzawy połysk mojejczupryny.Poznawałam własną radość z mieszkania w Wideacre w jej pogodnym guganiu, kiedy wystawiano jąw kołysce na powietrze.Była na wskroś moim dzieckiem i brakowało mi jej.Celia patrzyła surowo.Niemogłam ani wyjmować dziecka z kołyski, ani pobawić się z nim, ani  co podkreśliła  zabierać go na pola,do lasu, aby dać chociaż posmak prawdziwego dzieciństwa w Wideacre.Celia wyglądała na wręcz oszołomioną szczęściem.Dziecko zajmowało jej czas i uwagę i jeśli chodziłoo Julię, Celia zdobywała się na nieprawdopodobną wrażliwość.Wstawała od stołu, gdy usłyszała (i nikt pozanią) najcichszy choćby płacz.Pół domu wydawało się nucić kołysanki śpiewane dziecku przez Celię, a ścianykołysały się w rytm zabawnych melodyjek.Idąc za jej delikatnymi, nieśmiałymi propozycjami, sprzątano iurządzano na nowo kolejne pokoje; stare ciężkie meble dziadka i ojca zastępowano modnymi lekkimisprzętami.Czerpałam z tego korzyści, ściągając usuwane komody i stoły do coraz bardziej zagraconegozachodniego skrzydła, dom zaś zyskiwał nową świetność.Celia sprawiła mamie przyjemność swym upodobaniem do robótek ręcznych, najodpowiedniejszegoprzecież zajęcia dla kobiet.Pracowały jak mrówki nad nowym obrusem na ołtarz do naszego kościoła.Zaprojektowały i narysowały wzór, a potem haftowały.I ja zrobiłam parę ściegów w miejscach, gdzie nietrzeba było specjalnej precyzji, lecz mama i Celia całymi dniami ślęczały nad płachtą materiału, oddając sięzbożnemu dziełu.Kiedy nie haftowały, czytały na głos, jak gdyby urzeczone brzmieniem słów.Urządzały też przejażdżkipowozem, aby przewietrzyć nieco maleństwo, odbywały wizyty, zbierały kwiaty, śpiewały, słowem zajmowały się typowymi czynnościami wypełniającymi życie damy.A ja? Nie narzekałam.Uwielbiały tenkołowrotek codziennych zajęć, przywiązanie zaś Celii do teściowej, domu i szycia zwalniało mnie od spędzaniawielu nudnych godzin w saloniku.Dziewczęca płochliwość Celii i jej gotowość zajmowania w domu drugiego, nie, nie, czwartegomiejsca, oznaczały brak konfliktów między nią i mamą.Przekonała się już we Francji, że jej życzenia ipragnienia rozpatrywane są zawsze w dalszej kolejności, po zachciankach moich i Harry'ego, i przestałaoczekiwać czegokolwiek.Nie zajęła pozycji śmiałej młodej żony; traktowano ją raczej jako miłego gościa czyteż ubogą krewną, której pozwala się mieszkać przy rodzinie w zamian za okazywanie wdzięczności i zadrobne przysługi.Nie wtargnęła w żaden z obszarów mojej władzy.Nie miała dostępu do kluczy, do rachun-ków, do spiżarni, do kuchni, do piwnicy; nie zajmowała się płacami służących.Nie zagrażała też domenommamy, która dobierała i przyuczała służbę, układała menu, pilnowała porządku w domu, Los ciężkoRLT doświadczył Celię.Nigdy nie zapomniała niechęci, jaka ją spotkała u Haveringów, i niewiele wymagała odswego nowego domu.Mając tak ograniczone wymagania, mile się rozczarowała.Mama nastawiła się na obronę własnychpraw przed bądz co bądz intruzem w domu, lecz spostrzegła, że Celia o nic nie prosi niczego nie bierze,niczego nie oczekuje.Wystąpiła czasem z cichą sugestią, jeśli chodziło o dobro i wygodę Harry'ego, a wtedyznajdowała sprzymierzeńca w ukochanej mamusi, zawsze chętnej dowiedzieć się czegoś o upodobaniachsynka.Stride, doświadczony lokaj znający się na ludziach z wyższych sfer, zaakceptował Celię i służyłżyczliwą radą.Za jego przykładem reszta służby okazywała Celii szacunek.Nikt się jej nie bał, a wszyscy jąkochali.Gotowość Celii do przyjęcia stylu zachowania Harry'ego, mamy czy mojego bardzo ułatwiała namżycie i wnosiła do niego wiele pogody.Ja także czułam się szczęśliwa.Rankiem na ogół jechałam na pola lub sprawdzałam ogrodzenia alboruszałam na niziny doglądać owiec.Popołudniami robiłam rachunki, prowadziłam korespondencję handlową iprzyjmowałam interesantów cierpliwie siedzących w poczekalni przy bocznym wejściu.Przed przebraniem siędo kolacji zwykle przechadzałam się z Harrym po ogrodzie różanym wśród bujnych krzewów, a czasemszliśmy aż do rzeki Fenny, rozmawiając o interesach lub plotkując.Wieczorem siadałam naprzeciw Celii poprawej ręce Harry'ego i spożywałam iście królewski posiłek, gdyż nowy kucharz raczył nas wszystkich wWideacre wyśmienitymi potrawami.Po kolacji Celia grała i śpiewała, a Harry czytał lub rozmawiał ze mną przyciszonym głosem, kiedysiedzieliśmy razem przy oknie; czasem Celia grała z mamą w duecie albo obie haftowały.Podczas owego cudownego ciepłego lata osiągnęliśmy wyżyny domowego szczęścia.Zniknęłykonflikty, zniknął grzech.Każdy kto by na nas popatrzył (jak na przykład młody doktor MacAndrewżyczliwym spojrzeniem swych jasnych oczu), pomyślałby, że łączy nas silne sekretne uczucie miłościrodzinnej.Złota epoka spokoju uśpiła nawet moje żądze.Wystarczały mi przyjazne uśmiechy JohnaMacAndrew, czuły ton jego głosu, gdy przemawiał do mnie, atmosfera spacerów po ogrodzie o zmroku.Niebyłam oczywiście zakochana.Uśmiechałam się jednak na widok doktora nadjeżdżającego na wspólną kolację;lubiłam, kiedy mnie rozśmieszał, kiedy nasze oczy spotykały się; lubiłam sposób, w jaki zarzucał na ramionapłaszcz i mnóstwo podobnych drobnostek.Nie potrzebowałam się do niczego spieszyć, skoro jego zalotydostarczały mi tyle przyjemności.Uśmiech na pożegnanie, uścisk ręki, muśnięcie warg na mojej dłoni.To się musiało oczywiście skończyć.Jeśli posuwałby się dalej tą drogą, powinnam stanowczo odmówićpropozycji małżeństwa.%7łegnaj, niewinny przyjemny czasie.Dopóki jednak to trwało, każdy dzień przynosił mialbo wizytę doktora, albo książkę, którą mi obiecał, albo wypożyczenie jego ukochanego Sea Ferna namajówkę, albo bukiet kwiatów.Budziłam się każdego ranka z uśmiechem na wspomnienie jakichś słów,jakichś myśli Johna MacAndrew.A zatem moje dni zaczynały się przyjemnie.Nigdy wcześniej nie zalecał się do mnie żaden mężczyzna z naszej sfery, wszystkie te rozkosze byływięc dla mnie nowością.Sposób, w jaki dotykał mych palców, gdy podawałam mu filiżankę herbaty, czysposób, w jaki patrzył na mnie w pokoju pełnym ludzi [ Pobierz całość w formacie PDF ]

Archiwum