[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.- To zależy, z czym chce to pani porównać.- Skrzywił się.- Widział pan taśmy i zdjęcia z domu Reynoldsów?- Widziałem. 69- Czy to jest jeszcze gorsze? - To był nowy punkt na mojej skali - najgorszych rzeczy, jakiemiałam okazję oglądać.Wcześniej pozycję tę zajmował pewien gang wampirów, którypróbował przenieść się tu z Los Angeles.Miejscowi krwiopijcy zrobili z przyjezdnymiporządek za pomocą siekier i toporów.Gdy ich znalezliśmy, kawałki ciał wciąż jeszczepełzały po podłodze.Może to nie było aż tak straszne.Może czas przyćmił wspomnienia.- Nie tak krwawe - odparł i dodał z wahaniem: - Ale to było dziecko.Mały chłopczyk.Pokiwałam głową.Nie musiał mówić nic więcej.To zawsze było gorsze, gdy w grę wchodziłodziecko.Nie wiedziałam, czemu tak się działo.Może za sprawą jakiegoś pierwotnegoinstynktu, który nakazywał bronić dzieci.Jakiś głęboko ukryty hormonalny instynkt.Tak czyowak, to zawsze było straszne, gdy chodziło o dzieci.Spojrzałam na biały nagrobek.Wyglądał jak wykuty z brudnego, nadtopionego lodu.Nie chciałam wchodzić na wzgórze.Nie chciałam tego oglądać.Ale weszłam tam.Detektyw Perry podążył za mną.Dzielnydetektyw.I ja też byłam piekielnie odważna.Na trawie rozłożono prześcieradło.Stał przynim Dolph.- Witaj, Dolph - rzekłam.- Cześć, Anito.Nikt nie pokwapił się, aby podnieść prześcieradło.- To jest to?- Taa.- Dolph jakby się wzdrygnął, a może przeszedł go dreszcz.Schylił się i ujął za rógprześcieradła.- Gotowa? - zapytał.Nie.Nie byłam gotowa.Nie każcie mi patrzeć.Nie zmuszajcie mnie do tego.Miałam suchow ustach.Serce podeszło mi do gardła.Skinęłam głową.Prześcieradło uniosło się, apodmuch wiatru wydął je jak latawiec.Trawa była zdeptana.Zlady walki? Czy BenjaminReynolds żył, gdy rzucono go w tę wysoką trawę? Nie, z pewnością nie.Boże, miałamnadzieję, że nie.Piżamka, ozdobiona małymi wizerunkami znanych postaci z kreskówek, została zdarta jakskórka z banana.Jedna rączka dziecka była uniesiona.Zakrywało nią twarz.Chłopiecwyglądał, jakby spał.Długie rzęsy jeszcze bardziej urzeczywistniały to złudzenie.Skórę miałbladą i nieskazitelną, małe usteczka lekko rozchylone.Powinien wyglądać gorzej, znaczniegorzej.Na piżamce, w dolnej części ciała widniała wielka brudnobrązowa plama.Niechciałam zobaczyć, co go zabiło.Ale po to tu przyjechałam.Zawahałam się, nieomaldotykając palcami rozdartego materiału.Wzięłam głęboki oddech.To był błąd.Podmuchwiatru przywiał do mnie silną woń świeżego trupa.Ten fetor przypomina coś pomiędzyodorem wygódki i rzezni, zwłaszcza jeśli uszkodzeniu uległ żołądek lub jelita.Wiedziałam,co zobaczę, odgarniając okrwawiony materiał.Woń mi to powiedziała.Uklękłam, przez kilka chwil przesłaniając nos i usta rękawem, oddychałam płytko przez usta,ale nie na wiele się to zdało.Gdy raz to poczujesz, twój nos pamięta.Woń wdarła się domego gardła i postanowiła pozostać tam. 70Szybko czy wolno? Powinnam szarpnąć czy powoli odgarnąć materiał? Szybko.Pociągnęłam, ale materiał, pozlepiany krwią, stawił opór.Odchodził powoli, przy wtórzenieprzyjemnego wilgotnego mlaśnięcia.Wyglądało, jakby ktoś wielką łyżką do lodów wyżarł temu dziecku trzewia.Brakowałożołądka, jelit, ogólnie wnętrzności.Zwiatło dokoła mnie zafalowało i musiałam oprzeć sięręką o ziemię, aby nie upaść.Spojrzałam na twarzyczkę malca.Włosy miał po matce,jasnobrązowe.Wilgotne kędziory przylepiały się do policzków.Powróciłam wzrokiem doziejącego, pustego otworu jamy brzusznej.Z końca niedużego fragmentu jelita cienkiegowypływał jakiś gęsty, ciemny płyn.Odeszłam od miejsca zbrodni, przytrzymując się nagrobków.Gdybym wiedziała, że nieupadnę, pobiegłabym co sił w nogach.Niebo zawirowało i wyruszyło na spotkanie ziemi.Osunęłam się na trawę i zwymiotowałam.Rzygałam, dopóki nie wyrzuciłam z siebiewszystkiego, a wówczas świat przestał wirować.Otarłam usta rękawem i wstałam,podpierając się o przekrzywiony nagrobek.Nikt nie odezwał się słowem, gdy podeszłam do reszty grupy.Ciało znowu nakrytoprześcieradłem.Ciało.Musiałam traktować je właśnie w tej kategorii.Nie mogłam myśleć onim jak o małym dziecku.Nie mogłam.Bo w przeciwnym razie oszalałabym.- No i? - spytał Dolph.- Zabito go niedawno [ Pobierz całość w formacie PDF ]

Archiwum