[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Dusiła się.Bez wątpienia właśnie jeszcze raz prze\ywała to, copróbowała mu wytłumaczyć.Zobaczył, jak uniosła rękę, jakby chciała się przed czymś zasłonić.Jakobiema dłońmi złapała się za głowę krzycząc:- Nie! - Zachwiała się, zdawało się, \e jej wykrzywiona, opuchnięta twarznagle usnęła.Nie znalazł się przy niej dość szybko.To były tylko dwa kroki,mimo to zanim zbli\ył się do niej, aby zapobiec upadkowi, ju\ le\ała napodłodze.Stało się to zbyt nagle.W pierwszej chwili w ogóle nie potrafiłzareagować.Potem uderzył się pięścią w udo.Najchętniej uderzyłby się te\ wgłowę, kopnął się w tyłek, gdyby tylko mógł go dosięgnąć.Spełniał się jegokoszmar.Nie wezwał pomocy medycznej, mimo śladów uderzeń na jejtwarzy, mimo wypowiedzi młodego lekarza: - Myślałem, \e ją pobije naśmierć.Krwotok w mózgu, przemknęło mu przez myśl.Ukląkł i uniósł jej głowę.Nie zdawał sobie sprawy, \e szepcze.- No dalej, dziewczyno, wstań.Nie rób mi tego.No dalej.Dalej! Przecie\dobrze się czułaś.Na jej czole ukazała się czerwona plama wielkości talerzyka.Dr\ącymipalcami odsunął jej włosy szukając dalszych obra\eń, choć wiedział, \egołym okiem i tak nie dostrze\e najpowa\niejszych.Zobaczył jednak wgniecenie w czaszce i poszarpaną białą linię tu\ przywłosach.Cora miała oddech płytki, ale regularny.Uniósł jej lewą powiekędokładnie w chwili, gdy Werner Hoss wkroczył do pokoju, a tu\ za nimdwóch kolegów, którzy mieli ją zabrać do aresztu na resztę nocy.Hossnatychmiast chwycił za telefon.- Po prostu nagle odleciała - powiedział bezradnie Rudolf Grovian.- Zbytpózno zareagowałem.Po dziesięciu minutach przybył wezwany przez Wernera Hossa lekarz.Dla Rudolfa Groviana były to okropne chwile. 151Co prawda doszła do siebie, zanim jeszcze Hoss odło\ył słuchawkę, alewydawało się, \e nie została w niej ani jedna iskra \ycia.Niczym szmacianalalka dała się podnieść z ziemi i posadzić na krześle.Ale gdy tylko chciałpoło\yć jej dłoń na ramieniu lub coś powiedzieć, słabo wymachiwała rękomaw jego stronę i jęczała: - Niech pan sobie idzie.Dlaczego pan nie przestał?Dlaczego mi pan nie pomógł? To wszystko pana wina.Potem zwróciła się do Berrenratha, prosząc: - Mo\e go pan wyrzucić?Przez niego wariuję.Zburzył mój mur.Nie wytrzymam tego.Rudolf Grovian uznał, \e musi opuścić pokój, aby się uspokoiła.WernerHoss wyszedł za nim na korytarz, chrząknął kilka razy, zanim spytał: - Jak tosię stało?- A jak się miało stać - syknął Rudolf Grovian.- Przecie\ powiedziała.Nie przestałem i zburzyłem jej mur.Hoss odczekał parę sekund, po czym spytał: - I co sądzi pan o jej historii?- Jeszcze nie wiem.W ka\dym razie nie wyssała jej z palca.Nigdyjeszcze nie widziałem, \eby ktoś opowiadając bujdy lądował na podłodze.- Ja te\ nie - odparł Hoss niespokojnie.- Choć przysiągłbym, \e przezcały czas nas okłamywała.Pojawienie się lekarza uchroniło Rudolfa Groviana od odpowiedzi.Wetrzech weszli do pokoju.Siedziała na krześle tak jak wcześniej.Berrenrathstał obok i poło\ył jej dłoń na ramieniu.Nie było wiadomo, czy chciał ją wten sposób pocieszyć, czy wesprzeć.Jednak najwyrazniej nie potrzebowała ju\ oparcia.Ledwo zauwa\yłanowo przybyłego, porzuciła apatię i zaczęła głośno protestować przeciwkoobecności konowała.Jej głos brzmiał tępo z powodu oszołomienia izdezorientowania, ale czuła się dobrze, czuła się świetnie.Nie bolała ją głowaani nic innego.Na pewno nie potrzebowała zastrzyku. 152Lekarz sprawdził jej odruchy i po dłu\szym spoglądaniu w zrenicestwierdził zwykłe osłabienie.Bardzo łagodnie tłumaczył jej, \e zastrzykmógłby pomóc.Tylko coś dla poprawy krą\enia, nieszkodliwy środekwzmacniający, który z powrotem postawi ją na nogi.Zaśmiała się histerycznie, skrzy\owała ramiona na piersiach i obiemadłońmi objęła talię.- Niech pan sobie daruje te gadki.Wiem, czego pan odemnie chce.Dostać się do moich ramion.Potem znienacka wyciągnęła ręce przed siebie.- Proszę, niech się panobsłu\y.Niech pan poszuka \yły, jeśli pan potrafi.Chce pan pobrać krew?Lepiej niech pan to zrobi, bo inaczej będą same problemy.Kto wie, cołyknęłam dziś rano.Lekarz poklepał ją przez chwilę po wewnętrznej stronie ramion, a wkońcu zdecydował się na wierzch dłoni.Zrobił uwagę o twardej skórze,starych bliznach i \e jeszcze nigdy nie widział podobnych dziur.Rudolf Grovian słyszał to, czuł jednak taką ulgę z powodu jej reakcji, \enie wyciągnął wniosków od razu.Pół godziny pózniej zasiadł naprzeciw jejciotki.Dla Margret Rosch była to zacięta walka.Pozostać upartą, mimo \ewłaściwie chodziło o sprawę, o której nie chciała słuchać.Nie dać się zbyć,choć było to zachęcające.Próbować bez przerwy, dopóki wreszcie nieustanowiono połączenia.Nalegała, by zobaczyć bratanicę.Rudolf Grovian obiecał jej to pózniej.Wtej chwili Cora Bender le\ała w jednym z sąsiednich pomieszczeń.Byłjeszcze przy niej lekarz oraz Berrenrath, o którego obecność prosiła.-Zakładam, \e jeden z panów musi mnie pilnować.Czy byłby pan tak miły iprzejął wartę? W całej tej zgrai wygląda pan na porządnego człowieka. 153Werner Hoss ponownie zaparzył kawę.Dwie fili\anki Rudolf Grovianzabrał do biura, do którego zaprowadził Margret Rosch.Zrobiła na nimwra\enie zdezorientowanej i zdenerwowanej, ale mimo to rezolutnej osoby.Atrakcyjna, po pięćdziesiątce, średniego wzrostu, silna sylwetka.Gęste włosyw kolorze takim samym jak u bratanicy, rudobrązowe.Twarz wskazywała narodzinne podobieństwo.Na najwa\niejsze pytanie, czy u bratanicy występowały kiedyś objawyzaburzeń psychicznych, pomieszania zmysłów lub podobne, Margret Roschzdecydowanie pokręciła głową.I zanim podała dalsze informacje, sama kilkuza\ądała.Nie było powodu ukrywać faktów.W paru krótkich zdaniach Groviannakreślił obraz sytuacji.Słuchała z niewzruszonym wyrazem twarzy.Gdyskończył, udzieliła pierwszych odpowiedzi.Imię Georg Frankenberg nic jej nie mówiło.Horsti i Frankie wywołałyjedynie wzruszenie ramion.Za to Johnny był jej znany.Cora raz opowiadała onim i opisała go wtedy jako archanioła, wypędzającego ludzi z raju.- I oczyim się otworzyły i poznali, \e byli nadzy!Kolega nazywał go Kozłem, pomyślał Rudolf Grovian, był szatanem,przez wę\a przywiódł niewiastę na pokuszenie.A potem nadszedł Tiger.Miałkryształowe łapy.Oczywiście brzmiało to jak opowieść szaleńca.Jednak na własne oczywidział wgniecenie i bliznę na jej czole.Wspominała tak\e o popielniczce.Nie trzeba było wielkiej wyobrazni, by domyślić się, co stało się w owejpiwnicy.A kto, aby spędzić wieczór w dyskotece, musiał powoływać się naboskie oko pod gołym niebem, ten zapewne tak\e gorzkie doświadczeniaubierał w biblijne cytaty.Ciotka nie wiedziała, czy na Johnny'ego mówiono Guitar czy te\Saxophon, kiedy Cora go poznała i co dokładnie z nim przeszła.Jednakpośrednio potwierdziła cały ten bełkot tak samo jak dobrze zrozumiałefragmenty. 154Stało się to przed pięcioma laty.W maju do Margret Rosch zadzwoniłbrat.Martwił się o córkę, podejrzewał, \e wpadła w złe towarzystwo.- Nie potraktowałam go powa\nie - powiedziała Margret Rosch.- Wdomu, w którym telewizor traktuje się jak dzieło diabła, ka\dy młodymę\czyzna stanowi złe towarzystwo [ Pobierz całość w formacie PDF ]

Archiwum