[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Te pazerne,cierpiące kobiety budziły lęk w sercach krzepkich wieśniaków.Unikano ich,jakby taka niedola mogła okazać się zarazliwa.Tituba była indiańską służącą wdomu Parrisów, przywiezioną przez nich z Barbadosu.RLT - Wynika z tego, że Mary Sibley żyje z Bogiem - mruknęła Deliverance.- Todla niej prawdziwe szczęście.- Wstała i wyjrzała przez okno.- Liwy, uważaj co dalej! Właśnie dzisiaj wszystkie trzy sprowadzili do zboruna badanie! - krzyknęła Sarah.- Co?! - spytała Deliverance, zwracając się ku Sarah, która wciąż siedziałaprzy stole.- Dzisiaj, Liwy! A ta Tituba się przyznała! - Przy ostatnim słowie Sarahmocno plasnęła dłonią w stół.Mercy szeroko otworzyła oczy.- Jezu miłosierny - szepnęła Deliverance, przyciskając rękę do skroni.- Aleto z pewnością kłamstwo.Tu nikt diabłu nie służy!- Wielebny Pahris mówi, że ona musi pojednać się z Jezusem i wyjawić, ktojeszcze z nią się spotykał.- Sarah przełknęła ślinę, oczy lśniły jej z przejęcia.-Liwy, przyszłam prosto do ciebie, żeby ci powiedzieć.W zborze był też ten PeterPetfahd.I pytał, czy Tituba kiedyś się z tobą spotykała.W izbie zapadło milczenie.Krew odpłynęła z twarzy Deliverance, która za-chwiała się lekko.Mercy zerwała się z ławy i szybko podtrzymała matkę, obej-mując ją w talii.- Usiądzmy, mamo - powiedziała i posadziła ją na trój nożnym krześle uszczytu stołu.- Ja.- wykrztusiła Deliverance.- Mercy, ja.- Zachłysnęła się powietrzem,jakby nie była w stanie zaczerpnąć tchu.Mercy mozoliła się z troczkami jej suk-ni, szarpała je, aż w końcu udało jej się nieco poluznić stanik.Dopiero wtedymatka głęboko odetchnęła.- Proszę o kompres, dobrodziejko - powiedziała Mercy, nawet się nie oglą-dając; w jej głosie odezwała się nagle władcza nuta.Sarah Bartlett zakrzątnęła się za jej plecami, znalazła czystą szmatę i zmo-czyła ją w wiadrze ze śniegiem zebranym po to, aby stopniał na wodę do zmy-wania.Wcisnęła dziewczynce do ręki zimny kompres, a Mercy zaczęła ocieraćRLT nim czoło matki, odsuwając do tyłu czepek, dopóki pierwsze siwobrązowe włosynie wydostały się spod niego i nie opadły na twarz Deliverance.- Wyrównaj oddech, matko - szepnęła, nacierając kompresem miejsca zauszami aż po nasadę karku.Czuła, że oddech matki istotnie staje się głębszy ispokojniejszy, więc przyglądała jej się w skupieniu, póki wzrok Deliverance nienabrał z powrotem ostrości.Po raz pierwszy Mercy zwróciła uwagę na wyglądmatczynej skóry, która w trudny do wytłumaczenia sposób stała się nagle cieńszai bardziej wyschnięta, poznaczona wokół ust i oczu gęstą siatką zmarszczek.Wjej oczach Deliverance zawsze uosabiała władzę i rozsądek, choć mgliście pa-miętała też odległy już i trudny do odtworzenia rok, kiedy matka była chłodna inieprzystępna; teraz wyczytała z jej twarzy tę samą zgryzotę, której wówczas niepotrafiła w pełni pojąć.- Ten Peter Petford to nędzny człowiek, nie przy zdrowych zmysłach - po-wiedziała, spoglądając matce w twarz.- Prawda, dobrodziejko?- Taki jest - potwierdziła Sarah, kucając przy krześle, na którym siedziałaDeliverance.- Nic nie uzasadnia tych jego oszczerstw.Sama to ludziom mówi-łam.Pulchną dłonią poklepała Deliverance po kolanie, a ta przełknęła ślinę i do-tknęła rękawa sukni Mercy, by dodać jej otuchy.- Dobrze o tym wiem.Ale chciałabym usłyszeć, co tam mówiono.- Wycze-kująco spojrzała w twarz Sarah.- Ta Tituba powiedziała, że nawet cię nie zna.Wtedy wielebny spytał, skądPetfahdowi przyszło to do głowy, a ten Petfahd na to, że przez ciebie umarłaprzed laty jego mała Mahtha.Deliverance wysłuchała tej nowiny w milczeniu, choć na jej twarzy odma-lowała się zgroza.Mocniej ścisnęła Mercy za rękaw.Dziewczynka odniosławrażenie, że słyszy zbliżający się tętent, ale nie wspomniała o tym ani słowem.ZRLT zapadających w domu ciemności wyłonił się Pies i spoczął na kolanach Delive-rance.- Jejku! - żachnęła się Sarah i cofnęła o krok.Deliverance i Mercy spojrzałyna nią bez słowa.- Cichaczem łazi ten kundel! - W ciszy pokoju rozległ się jej wątły śmiech.Odgłos końskich kopyt, choć tłumiony przez śnieg, przybierał na sile.- I co zdecydowało zgromadzenie? - spytała cicho Deliverance.Sarah znowu przełknęła ślinę.- Wielebny Pahris powiedział.- zaczęła, lecz tętent ucichł nagle tuż przeddomem Deliverance.Ktoś zeskoczył z konia, ktoś rosły, kto bez wątpienia brnąłteraz przez śnieg do drzwi.Trzy kobiety słyszały szuranie sukiennych spodni ogęsty, mokry śnieg.- %7łe chyba powinni zamienić z tobą słowo, Liwy.- Ostatnie zdanie ledwie przeszło jej przez gardło.Kurczowo zacisnęła dło-nie [ Pobierz całość w formacie PDF ]

Archiwum