[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.- Gdzie boli? - zapytał.- Palce?.Pięta?.- Nie wiem.To takie mrówki chodzą.Cholera.- Potrafisz ruszać palcami? - próbował nawiązać kontakt, wyginając jej palce, ale cały czasbełkotała wyłącznie o mrówkach, które chodzą jej pod skórą.Wypiła już za wiele i zasypiała,mimo że nieustannie wyginał jej udręczone stopy.Gdy zasnęła, wytarł jej stopy i naciągnąłspodnie.Były wilgotne, przepocone, cuchnęły wielotygodniowym potem.Marion oddychałarówno, jej oddech wionął oparami alkoholu.Zlepione, czarne włosy wiły się wokół twarzy, któramiała charakterystyczny, szarawy odcień skóry, zwykle śniadej i łatwo opalającej się, lecz oddawna pozbawionej kontaktu ze światłem słonecznym. Zawlókł ją do sąsiedniego pokoju i ułożył na kanapie.Przykrył jakimś burym kocemwyciągniętym z szafy, na stopy naciągnął jakieś znalezione, też bure skarpety.Palce jej stóp jużstygły.W świetle świecy większość kolorów wygląda buro.Zaniósł na górę garnek z ciepłą wodą, nadawała się jeszcze do mycia W łazience odłamał zwanny przymarzniętą kostkę mydła.Sheilla zniecierpliwiona czekała na zmianę opatrunku.Wcześniej musiał jeszcze ustawić nowy garnek ze śniegiem.Zabrał się do odwijania gazy przesiąkniętej wydzieliną.Syczała z bólu, gdy kolejne zwojerozrywały przyschnięte pęcherze.Pokryta rozległymi pęcherzami jej twarz wyglądała bardzo złe,nawet po umyciu przegotowaną wodą.Don próbował je ostrożnie zdezynfekować wódką.Następnie założył jej świeży opatrunek.Przy tych zabiegach zachlapała się jej kurtka, bluza ireszta odzieży Sheilla po zmoczeniu i ogrzaniu się cuchnęła nieznośnie.Ostatni raz mieli okazjęumyć się ponad tydzień temu.Ona też to czuła lub tylko zauważyła.- Jest na dole łazienka? - zapytała.- Tak.Na dole w szafach jest też sporo odzieży - powiedział.- Ale ciepłej wody tylko dwagarnki.- Starczy - zadecydowała.- Będziesz mnie polewał.Piecyk zagasił resztką wody.Znieśligarnki z wodą do łazienki Sheilla wybrała z szaf nieco odzieży.Nie było wielkiego wyboru, gdyżnajlepszą gospodarze zabrali ze sobą.Bielizny zostało więcej, ale w ciemności trudno cos wybraćSheilla rozbierała się i starannie układała odzież w kostkę, W łazience było bardzo zimno, amarny płomyk świecy rzucał słabe odblaski na glazurę Pogłębiało to uczucie chłodu inieprzytulności.Podziwiał jej samozaparcie.Sheilla odwijała właśnie onuce.- Cuchnę? - zapytała głosem przytłumionym przez opatrunek - Jak Marion.Może trochęwięcej - wyszczerzył zęby.- Jesteś cham.Czemu więcej? Ona myła się wtedy, kiedy, i ja - Sheillanadal się rozbierała.Miała gęsią skórkę.- Bo zimne mniej cuchnie - odpowiedział.Miał to być dowcip, ale nie zrozumiała.Rozebrałasię do naga, stanęła w wannie i niezręcznie próbowała upiąć przetłuszczone, pociemniałe włosy.- Nie myjesz włosów? - zapytał.- Myję.Pod pachami i w kroku - usiłowała się roześmiać, ale nie pozwoliły na to pęcherze natwarzy i gaza opatrunku.Wyszedł niezdarny grymas twarzy.Polewał ją wodą pozostałą porozgrzewaniu stóp Marion.Sheilla namydlała się, oszczędnie wykorzystując wodę.Starannie wcierała rękami mydliny.Ujęła od spodu piersi i podniosła je do góry, a następnie pozwoliła imobsunąć się nieco pod śliskimi dłońmi.Prychnęła głośno.- Nareszcie sobie pooddychają - powiedziała.- Wyprostują się.- znowu był złośliwy.Zamachnęła się, jakby chciała go uderzyć.- %7łartowałem - wycofał się.- Wyglądają pięknie - dodał z uznaniem.- Lepiej niż twarz - powiedziała.- Wiesz.Przydałby się pumeks.;Sheilla stojąc na jednej nodze, usiłowała obejrzeć swoją drugą stopę.Kiwała się nawszystkie strony i w pewnym momencie przechyliła się tak, że omal upadła.Przytrzymał jąmocno.Była zimna i śliska jak ryba.- Lepiej nie szorować grzyba po ciemku - zauważył.- Auszcząca się skóra jest osłabiona, alepiej nie ranić się do krwi w stopę.- To nie grzyb.To tylko się tak łuszczy - przypatrywała się swoim stopom.- Skończą się antybiotyki, to skończą się grzybice - zauważył.- Myślisz? - wyginała się i masowała plecy.- Chyba wcześniej dojdziemy na południe, co?.Don wzruszył ramionami.- Nadal się pogarsza - powiedział.- Nadal się oziębia.Często chodzimy w kółko.Czasamibierzemy namiar na takich, jak my.Bez sensu.Spłukał ją wodą i obserwował, jak namydla się drugi raz.Sheilla była bardzo zgrabna i nic ztego nie straciła, pomimo trudów i wysiłku.Była tylko szczuplejsza niż dawniej.Spłukał ją poraz drugi, tym razem staranniej.- Niezła jestem.Umyć się w tak małej ilości wody - powiedziała.- Rzeczywiście, jesteś niezła - zauważył i po pauzie dodał: - To żadne osiągnięcie, wody byłoz dziesięć litrów.Sheilla nałożyła znaleziony biustonosz i nieco się wyprężyła.- Leży jak ulał.- Marsha nosi większy numer - zauważył Don.- Chodzi o jakość, a nie o ilość - nadal była pewna siebie.- Po co się tak spieszyłaś z myciem, jeśli ona nosi inny numer?- Za mały też by wzięła.Jest zachłanna.Ty nadal śmierdzisz jak cap - stwierdziłatriumfująco.- A ty się trzęsiesz z zimna. - Ale mi sterczą tak, że nitki w biustonoszu pękają.- Tylko końcówki - dobił.Ubierała się w rzeczy wyciągnięte z szafy, nie ruszając tych ułożonych w kostkę.- Wez też coś z tego - wskazał na brudy.- One też będą chciały wziąć coś z nowych rzeczy.- Marion? - Sheilla wydęła wargi.- Może chodzić bez.Bez różnicy.- Nie bądz złośliwa, nie jest z nią tak zle.- Ze dwa numery mniej.Po co ją w ogóle wziąłeś z sobą? Co się w niej mogło spodobać? -triumfowała.- Teraz idę spać i nie życzę sobie towarzystwa kopytnych.- Umyję się rano - wzruszył ramionami.W uszach narastał znajomy szum przed oczyma triumfująco biegały mroczki.Sercedomagało się swoich praw.- Już nic nie widzę.- szepnął.- Chyba mnie bierze.Pomóż mi położyć się.- Cholera! - powiedziała, biorąc go pod rękę.- Może nie powinnam robić tego pokazu dlaciebie.Ledwie ją słyszał przez szum w uszach.Czuł zgniatanie klatki piersiowej.Ułożyła go napodłodze, na kocu.Nadal był świadomy, ale odczuwał przemożne pragnienie ucieczki ze swegomęczącego ciała.Sheilla poszukiwała apteczki w wystrzępionym plecaku Marshy.- Marsha! Gdzie są kropelki?.Dona znowu wzięło - szarpała ją za ramię.Marsha gramoliłasię na kocu.Don leżał nieruchomo, półmrok ukrywał jego bladość.Było mu bardzo zimno, miałdreszcze.Wyglądało, jakby drgał w agonii.Czuł się zdruzgotany, nie miał zwykłego, upartegopragnienia przetrwania, które dotąd go nie opuszczało.- Z nim już koniec - powiedziała Marsha.- Nie przetrzymał tego wszystkiego.Miałamcholerną rację.- Szukaj kropelek! Ty cholerna guzdrało! - Sheilla mówiła twardo, podtrzymując głowęDona.- Ciężko mi - powiedział cicho.Sheilla próbowała rozluznić jego waciak.Marsha znalazła mały słoiczek owinięty workiemfoliowym.Zapach zdradzał zawartość.Folia nasiąkła brunatną cieczą, która przeciekła przeznieszczelny korek. - Nie możesz tego pić - powiedziała, podając mu lek.- Przyłożę ci do języka.Dwadzieściaprzyłożeń.- To chyba za dużo!? - zdziwiła się Sheilla.- Musi dostać kopa, żeby wstać na nogi.Również Marion zbudziła się.- Wyjdzie z tego? - zapytała.- Musi wyjść, musi nam pomóc - powiedziała Marsha.Wraz z jej słowami poczuł się lepiej.Lekarstwo działało szybko.Dreszcze ustały.Dziewczyny szczelniej go okryły.Sheilla przyniosłaz kuchni jakieś cukierki.Rozmoczyły je w letniej wodzie po myciu [ Pobierz całość w formacie PDF ]

Archiwum