[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Tak, na Boga jedynego!Skoro ja zginę, zginiesz i ty.Sędzio świata! Ty mi jej nie odmawiaj! Dziewczyna do mnienależy.Dla niej oddałem Ci wszystek Twój świat, dla niej zrzekłem się całej wspaniałościTwojego stworzenia.Zostaw mi tę dziewczynę! (składa ręce z przejęciem) Czy Stwórca, takibogaty i taki potężny, poskąpi mi tej jednej duszy  i to najgorszej, którą stworzył? Dziew-czyna do mnie należy! Ja dla niej byłem kiedyś Bogiem, teraz będę szatanem.(patrzy upo-rczywie w jeden kąt) Przez całą wieczność wpleciony w nią w jedno koło potępienia  mójwzrok wbity w jej wzrok  włosy nasze jeżą się od tej samej męczarni i nasze głuche wyciazlewają się w jeden jęk.I wtedy powtarzać jej będę swoje dawne wyznania i zaśpiewam jej towszystko, co przysięgała.Boże! Boże! Straszne to będą zaślubiny  ale zaślubiny na wieki!chce szybko odejść, gdy wchodzi P r e z y d e n tSCENA PITAF e r d y n a n d i P r e z y d e n t.F e r d y n a n dcofa sięO  mój ojciec!88 P r e z y d e n tDoskonale, że się spotykamy, synu! Przychodzę oznajmić ci miłą wiadomość, której się napewno nie spodziewasz, drogi synu.Siadajmy sobie.F e r d y n a n dwpatruje się długo w ojcaOjcze! (coraz bardziej wzruszony podchodzi i chwyta ojca za ręce) Mój ojcze! (całuje gow rękę i klęka) O mój Ojcze!P r e z y d e n tCo ci jest, chłopcze? Wstań! Ręka twoja gorąca, drży.F e r d y n a n dw silnym uniesieniu, z zapałemPrzebacz mi moją niewdzięczność, ojcze! Jestem wyrodkiem.Nie poznałem się na twojejdobroci.Tyś postępował ze mną po ojcowsku.O, serce twoje przeczuwało wszystko.Terazza pózno.Przebacz! Przebacz! I pobłogosław mnie, ojcze!P r e z y d e n tz niewinną minąWstań, mój synu! Opamiętaj się, bo mówisz zagadkowo.F e r d y n a n dOjcze, ta Luiza Miller.Tak, ojciec zna się na ludziach.Gniew ojca był wtedy taki spra-wiedliwy, taki szlachetny, taki szczerze ojcowski.Tylko że serdeczna gorliwość ojca nie do-tarła do celu.O, ta Luiza!P r e z y d e n tNie dręcz mnie, synu! Przeklinam swoją surowość.Przyszedłem cię przeprosić.F e r d y n a n dMnie przeprosić? Raczej mnie przeklnij.Twój sprzeciw był mądry, twoja surowość ostrze-żeniem niebios.Ojcze, Luiza Miller.P r e z y d e n tTo dobra, kochana dziewczyna.Odwołuję swoje nierozważne podejrzenie.Zyskała mójszacunek.F e r d y n a n dzrywa się wstrząśniętyCo? Ojciec także? I ojciec także! Nieprawda, ojcze? Ta dziewczyna to sama niewinność? Ikochać ją to takie ludzkie!P r e z y d e n tPowiedz raczej w ten sposób: nie kochać jej to zbrodnia.F e r d y n a n dNiesłychane! Potworne! A przecież ojciec zwykle poznaje serca ludzkie na wskroś.I oj-ciec spoglądał na nią nawet okiem nienawiści.Taka obłuda nie ma przykładu.Ojcze, owaLuiza Miller.89 P r e z y d e n tGodna zostać moją córką.Cnotę jej uważam za przodków, jej piękność za majątek.Mojezasady ustępują przed twoją miłością.Wez sobie Luizę!F e r d y n a n dJeszcze tylko to! Bywaj zdrów, mój ojcze!wybiega jak opętany z pokojuP r e z y d e n tidzie za nimZostań! Zostań! Dokąd pędzisz?wychodziSCENA SZSTAParadna sala u L a d y M i l f o r d.L a d y M i l f o r d i Z o f i a wchodzą.L a d yA więc widziałaś ją? Przyjdzie?Z o f i aNatychmiast.Była jeszcze w przyodziewku domowym i chciała się prędko przebrać.L a d yNic mi o niej nie mów.cicho! Jakbym była zbrodniarką, tak boję się ujrzeć tę szczęśliwąistotę, której serce czuje z moim sercem niepokojąco zgodnie.A jak przyjęła moje zaprosze-nie?Z o f i aWydawała się zaskoczona, chwilę dumała patrząc na mnie i milczała.Już byłam przygo-towana na wykręty, tymczasem ona ze spojrzeniem, które mnie zdumiało, mówi:  Twoja panirozkazuje mi to, o co jutro chciałam ją prosić sama.L a d ybardzo niespokojnaZostaw mnie, Zofio.%7łałuj mnie.Będę się rumienić ze wstydu, gdy ona okaże się zwyczaj-ną kobietą  a jeżeli czymś więcej, zwątpię do reszty.Z o f i aAleż, Jaśnie pani! Nie w takim nastroju należy przyjmować rywalkę.Niech Jaśnie panipamięta, kim pani jest.Niech Jaśnie pani wezwie na pomoc swoje pochodzenie, swoje nazwi-sko, swoją władzę.Niech się Jaśnie pani stara, by wrażenie pani dumnej postaci podniosłoserce jeszcze bardziej dumne.L a d yroztargnionaCo plecie ta niemądra dziewczyna?90 Z o f i azłośliwieA może to tylko przypadek, że akurat dzisiaj błyszczą na Jaśnie pani najkosztowniejszebrylanty? Przypadek, że akurat dziś przystraja Jaśnie panią najbogatsza suknia? %7łe w przed-pokojach roi się od hajduków i paziów? I że Jaśnie pani czeka na tę mieszczkę w książęcejsali swego pałacu?L a d ychodzi po scenie rozgoryczonaTo okropne, nieznośne! %7łe też kobiety od razu wywęszą wszystkie słabości kobiece.Alejak nisko, o, jak nisko musiałam upaść, że mnie to nędzne stworzenie odgadło na wylot!S ł u ż ą c ywchodziPanna Miller.L a d ydo Z o f i iIdz sobie! Oddal się! (gdy Z o f i a się ociąga, ze złością) Precz! Rozkazuję!Z o f i a wychodzi, L a d y M i l f o r d przechadza się po salonie.To dobrze.Bardzo dobrze, że jestem rozdrażniona.Taką właśnie chciałam być.(do Służą-cego) Panna Miller niech wejdzie.Służący wychodzi, L a d y M i l f o r d siada na sofie i przybiera pozę wytworną a nie-dbałą.SCENA SIDMAL u i z a M i l l e r wchodzi nieśmiało i staje z dala.L a d y M i l f o r d siedzi do niejplecami i przygląda się L u i z i e długo i uważnie w stojącym naprzeciw lustrze.Po chwili.L u i z aJaśnie pani, czekam na rozkazy.L a d yobróciła się ku L u i z i e i ledwo skinęła głową, chłodno i obojętnieAha, już jest.To zapewne panna.panna.zaraz, jak nazwisko?L u i z atrochę dotkniętaMiller nazywa się mój ojciec, a Jaśnie pani posłała po jego córkę.L a d yPrawda, prawda.Przypominam sobie.To ta biedna córka muzykanta, o której niedawnobyła mowa.(po chwili, na stronie) Bardzo interesująca, ale przecież nie piękność.(głośno doLuizy) Proszę bliżej, moje dziecko.(znów na strome) Oczy przywykłe do płaczu, o, jakżekocham te oczy.(znów głośno) Jeszcze bliżej, zupełnie blisko, moje dziecko.Zdaje się, żesię mnie boisz.91 L u i z az godnością, tonem stanowczymNie, Jaśnie pani.Pogardzam zdaniem ludzi.L a d yna stronieWidzicie mi! Ten upór ma od niego.(głośno) Polecono mi pannę.Podobno umie coś nie-coś i ma ogładę.Owszem, chętnie uwierzę.A zresztą, któż ośmieliłby się posądzić tak gor-liwego protektora o kłamstwo?L u i z aJaśnie pani, nie mam nikogo, kto by się trudził szukać mi chlebodawczyni.L a d ysztucznieTrudził się dla klientki czy dla chlebodawczyni?L u i z aJaśnie pani, to dla mnie za mądre.L a d yMa więcej sprytu, niżby się człowiek po takiej szczerej twarzy spodziewał.Imię Luiza,tak? A ile lat, jeżeli wolno wiedzieć?L u i z aSkończyłam szesnaście.L a d ywstaje szybkoTeraz się wydało! Szesnaście lat! Pierwsze uderzenie namiętności.Na nietkniętym forte-pianie pierwszy srebrny dzwięk wtajemniczenia.Nic nie urzeka bardziej. Siadaj.Spodoba-łaś mi się, moja kochana. I on także kocha pierwszy raz w życiu.Cóż dziwnego, że spotkałysię promienie jednej jutrzenki? (bardzo uprzejmie, bierze ją za rękę) A więc tak, chcę ci do-pomóc do szczęścia, moja droga. To tylko błogie marzenia, które ulatują szybko, nic więcej.(głaszcze Luizę po twarzy) Moja Zofia wychodzi za mąż.Zajmiesz jej miejsce [ Pobierz całość w formacie PDF ]

Archiwum