[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.- Dobranoc, Jeremy - odparłam, jakimś cudem nie dodając pragnę cię, pragnę cię, pragnę cię".Zamknęłam oczy i zaczęłam udawać, że śpię.Nie dostrzegłamchwili, kiedy udawanie stało się rzeczywistością, aż rano otworzyłamoczy i zobaczyłam posłanie Jeremy'ego, puste, z wyjątkiemodręcznego liściku na poduszce. Część 3Jedni mówią, że świat zniszczy ogień.Inni, że lód.Iż poznałem pożądania srogie,Jestem z tymi, którzy mówią: ogień.Robert Frost Ogień i Lódprzeł.Ludmiła Marjańska 16 kwietniaJeden dzień przed burzą. 27Mia,Więc jednak śpisz.Przepraszam, że wyszedłem bez pożegnania.Nie chciałem Cię budzić.Mam dzisiaj parę spraw do załatwienia, alepotem potrzebuję się z Tobą zobaczyć.Możemy się spotkać po szkole?To ważne.JeremyU dołu strony zapisał mi adres.Schowałam list do kieszeni, zanim zeszłam na śniadanie.Byłam tak pochłonięta myślami o Jeremym i jego  potrzebie"spotkania się ze mną, że nie pamiętałam o kłótni z mamą w garażu,dopóki nie weszłam do kuchni i nie zastałam jej przy stole.Wpatrywała się w smętną przypaloną grzankę, z której odgryzła tylkojeden kęs.Przyglądałam jej się przez chwilę, czekając, aż mnie zauważy.Nie była tak pozbierana jak wczoraj rano.Wciąż była w szlafroku, awłosy miała przyklepane od poduszki.Kiedy tak patrzyłam, przejrzysta kropla spłynęła jej po nosie ikapnęła na grzankę.Mama płakała.- Mamo? - powiedziałam.Poderwała głowę i pospiesznie wytarła policzki.Ale nie mogłazetrzeć opuchlizny z zaczerwienionych oczu.- Mia.- Głos miała zachrypnięty.- Myślałam, że cię nie ma.Parker wyszedł wcześniej.Zamrugałam, zdziwiona. - Pojechał autobusem?- Powiedział, że jedzie z jakimś kolegą ze szkoły.Nie mówił zkim.- Pokręciła głową i zwróciła się do grzanki: - Nawet nie przyszłomi do głowy zapytać.Jestem fatalną matką, co?Z kolegą ze szkoły.nie podobało mi się to, ale martwienie się oParkera mogło poczekać.Wysunęłam sobie krzesło i usiadłam obok mamy.- Dlaczego płaczesz?Nie odpowiedziała; zaczęła tylko wykręcać dłonie, splatać irozplatać palce.Odruchowo sięgnęłam i chwyciłam je w swoje.Uniosła wzrok, zaskoczona, i przez chwilę patrzyła mi w oczy.A japatrzyłam w jej, tak naprawdę patrzyłam, jak być może nigdyprzedtem, i zobaczyłam w nich niezmierzony smutek - taki sam, jakiwidziałam w udręczonych oczach Jere-my'ego.To było jak zaglądaniew tę przepaść, w którą o mało nie spadłam na Rumowisku.Sięgałagłęboko, głęboko, i nie było widać dna.W tej chwili coś do mniedotarło.Ten smutek.nie chodziło tylko o jej straszne przeżyciapodczas trzęsienia ziemi ani o utratę człowieka, na którym jej zależało.Ten smutek narastał od lat.To była śmierć męża, którego ja ledwiepamiętałam, a o którym ona nigdy nie zapomniała, którego nigdy nieprzestała opłakiwać.To były lata walki, kiedy został jej odebrany.Tobył strach przed utratą mnie, kiedy tyle razy o mało nie zginęłam odpioruna.To było pozostawienie wszystkiego, co znała, w Lake HavasuCity i zaczynanie wszystkiego od początku w mieście, gdzie nie znałanikogo.Dlaczego wcześniej nie zauważyłam, jak bardzo jest nie-szczęśliwa? I to od tak dawna?Bo ukrywała to przede mną i przed Parkerem.Ot, dlaczego.Bonie chciała nas obciążać swoimi problemami.Rozumiałam to.Próbowałam robić to samo dla niej.- Mamo, przepraszam za to, co ci powiedziałam wczoraj.-Gardłomi się ścisnęło.- Strasznie cię przepraszam. Azy popłynęły jej strumieniami z oczu.Uścisnęła moje dłonie,ale nie mogła wydusić słowa, więc tylko kiwnęła głową, a ja mówiłamdalej.- Będzie lepiej, obiecuję.Postaram się, żeby było lepiej, okej?Jakoś to rozwiążemy.- Były to te same słowa, które wypowiadałam jużtyle razy, ale teraz nie były już puste.Nie były pozbawione znaczenia.Zamierzałam dotrzymać obietnicy i chciałam, żeby mama tym razemmi uwierzyła.Ciągle kiwała głową.- Okej.okej.Wstałam, podciągnęłam ją na nogi i rzuciłam się w jej ramiona,pozwoliłam się tulić i bujać tak, jak to robiła, kiedy byłam wiele latmłodsza, kiedy byłam całkiem inną wersją mnie.Obie byłyśmywcześniejszymi wersjami siebie.Kim byłyśmy teraz? Kim sięstaniemy teraz, kiedy świat, jaki znałyśmy, przestał istnieć?Nie znałam odpowiedzi, ale miałam twarde postanowieniespełnić obietnicę daną mamie.Postarać się, żeby było lepiej.Niewiedziałam jak, ale miałam szczery zamiar to zrobić.- Musisz już iść - rzekła mama z ustami przy moim uchu.Jej głosbył ledwie słabym szeptem.- Do widzenia, Mia.Nie chciałam jej puszczać, ale puściłam.Musiałam jechać doszkoły.Od tej pory zamierzałam robić wszystko jak należy,zachowywać się, jakbym miała przyszłość, a nie snuć się bez celuprzez życie, czekając, aż następny piorun wysmaży dziurę w moimświecie [ Pobierz całość w formacie PDF ]

Archiwum