[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Bez trudu i tylko nazasadzie wiadomych mu nienawiści doliczył się ich pięciu.Pomyślał, że gdybyzechciał, mógłby ich wszystkich pociągnąć za sobą w przepaść, natychmiast przecieżzdał sobie sprawę, że jest już na to w tej chwili zbyt nieznacznym pionkiem,ponieważ raz objęty podejrzeniem, nie ma prawa określać ani charakteru, anizakresu winy.Tymczasem pierwsi domownicy zbliżali się do San Vicente.Pierwszym, który już we wczesnych godzinach porannych przybył do SanVicente, był Jego Eminencja biskup Avila, don Blasco de la Cuesta.Wielebny padreDiego, powiadomiony o tym, opuścił czcigodnego ojca i zamieniwszy w sąsiedniejceli kilka słów z doktorem Garcią oraz z przydzielonym mu do wspólnego czuwaniamłodym braciszkiem zakonnym, udał się do refektarza.Jego Eminencja, jakkolwiek przyjechał z licznym dworem i w towarzystwiewielu przeorów oraz prałatów i kanoników kapituły, natychmiast po przybyciu doklasztoru i rozmowie z opatem opuścił swoje otoczenie i ojca Diega oczekiwał sam.Ujrzawszy wchodzącego pośpieszył ku niemu, szeleszcząc swymi fioletami.Minionelata przydały mu obfitości ciała, był ogromny, bardzo tęgi, szeroki w ramionach, leczprzy tej nadmiernej tuszy pełen dostojeństwa.- Witam cię, mój ojcze - powiedział dzwięcznym, jeszcze niestarym głosem.- Wjakże smutnych okolicznościach spotykamy się po tylu latach! Prawda to, że stanczcigodnego ojca jest tak ciężki? - Istotnie - odpowiedział padre Diego - tylko w Bogu możemy pokładać nadzieję.- Przytomny jest?- Zpi teraz.Pan biskup zamyślił się.- Tak, ciężkie to dla nas wszystkich chwile.Gdy zbudzi się czcigodny ojciec, będęgo mógł ujrzeć?- Niestety - odpowiedział padre Diego - wybaczy Wasza Eminencja, lecz niewydaje się to możliwe przy stanie, w jakim czcigodny ojciec znajduje się teraz.Lekarz kazał oszczędzać mu wszelkich wzruszeń.Spokój, spokój i jeszcze raz spokójjest mu nade wszystko potrzebny.Jego Eminencja nie nalegał.- To prawda, masz słuszność, mój ojcze.Istotnie, odgłosy tego świata niepowinny w tej szczególnej chwili zamącać jego umysłu.Jeśli jednak wspomniałeś ospokoju, to rozumiejąc jego głębszy a istotny sens, niepodobna wyobrazić sobie, abyktokolwiek z nas mógł w obliczu śmierci posiadać spokój doskonalszy od tego, naktóry zasłużył sobie czcigodny ojciec.Doprawdy, mało komu danym jest opuszczaćten doczesny świat ze świadomością spełnienia dzieła równie doskonałego itrwałego.Ty zresztą, wielebny ojcze, tyle lat spędziwszy u jego boku, najlepiejmożesz ogarnąć i pojąć to, co nam, dalej stojącym od jego osoby, tylko wniedokładnych kształtach się zarysowuje.Z prawdziwym wzruszeniem patrzę naciebie, mój ojcze, niegdyś mój synu.Kiedy sięgam pamięcią do dni, gdy obok siebieżyliśmy we wspólnocie, wydaje mi się, jakby od tych chwil cały wiek upłynął.- Tak - rzekł padre Diego - czas ten, jeśli nie na skutek lat, to na pewno dziękiogromowi wydarzeń, rzeczywiście może się wydawać bardzo znaczny.- Jest nim! Kiedyż to w dziejach wiara i prawda oparte zostały o fundamentyrównie mocne jak za naszych czasów i na naszych oczach? Niemałe cię, mój ojcze,spotkało szczęście, że w tym dziele zostało ci dane brać udział tak bezpośredni iważny.Pamiętasz ów dzień, gdy ja byłem tym, który pierwszy przyszedł oznajmić ciwielką nowinę?Padre Diego spojrzał panu biskupowi prosto w oczy.- Pamiętam, Wasza Eminencjo.- Zastanawiałem się wielokrotnie, jak to się stało, że wówczas, w tych odległychlatach, czcigodny ojciec, jakkolwiek tak mało cię znał, o tyle trafniej idalekowzroczniej niż ja, twój przeor, potrafił ocenić istotne cechy twego umysłu icharakteru.Teraz, po tylu latach i gdy moje ówczesne obawy okazały się na szczęście mylne, mogę ci, mój ojcze, wyjawić, iż byłeś wtedy przedmiotem wielkiejmojej troski.Padre Diego spojrzał panu biskupowi prosto w oczy.- Nie całkiem rozumiem, co Wasza Eminencja ma na myśli.- Moją pomyłkę - rzekł tamten.- Czy to prawda, że jeden z ówczesnych braci,brat Mateo, o ile mnie pamięć nie myli, do tego stopnia zhańbił się heretyckimodszczepieństwem, iż ze wspólnoty Kościoła został przez Zwięty Trybunał usunięty?- Tak - powiedział padre Diego - tak niestety było.- Pojmuję teraz wszystko.Wszak to on wyznawał mi na spowiedzi, jako swemuprzełożonemu, twoje buntownicze jakoby, a nawet bluzniercze myśli.Ze swoichróżnych wątpliwości również się spowiadał, wydawał się pełen pokory, sumiennieodprawiał wyznaczone pokuty& jak się mogłem domyślić, że równocześnie i własneoblicze przebiegle ukrywa, i ciebie spotwarza?Padre Diego rzekł na to spokojnie:- Zwykła to broń wrogów, kłamstwo i potwarz.- Istotnie! A jednak, chociaż zwykłym tylko byłem przeorem, nie powinienem siębył dać zwieść.Musisz mi wybaczyć, mój ojcze, tę dawną omyłkę.- Któż z nas nie popełniał omyłek? - powiedział padre Diego głosem pełnympowagi i szacunku.- Nie mówmy już o tym, Wasza Eminencjo.Radość rozjaśniła twarz pana biskupa.- Masz we mnie, mój ojcze, szczerze ci oddanego przyjaciela.Cieszę się, że jeśliprzyjdzie mi objąć nowe obowiązki, wówczas częściej niż w skromnym Avila będęcię mógł spotykać.Padre Diego natychmiast domyślił się, co zaszło.- Umarł zatem kardynał de Mendoza?- Niestety - odparł pan biskup.- Wczoraj nadeszła z Rzymu wiadomość o jego zgonie.Padre Diego pochylił głowę.- Zmierć chrześcijanina zawsze pobudza do skupionych rozmyślań [ Pobierz całość w formacie PDF ]

Archiwum