[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Właściwie bylibardziej jak Wybitnie Uzdolniony albo Bystry, Brzydki i Cichy.Ale każdy wyrzutek jest taki sam.June i ja byliśmywyjątkami, nie byliśmy tacy - ja wyrosłem na całkiem przystojnego,ciemnookiego mężczyznę, a June osiągnęła pełną, piękną kobiecość wwieku siedemnastu lat.Byliśmy mądrzy, jednak nic genialni.I żadne znas nie było ciche.Tego chłodnego, wrześniowego wieczoru, spózniała się.Tylko pięćminut, ale to wystarczyło bym zamknął wcześniej, kierowany jakimśniejasnym przeczuciem, a kiedy gasiłem światła i przekręcałem kluczw drzwiach, mój puls szalał.Ledwo mogłem oddychać.Nasz dom byłtylko pięć przecznic dalej, dwie w stronę Głównej i trzy w stronę WestCedar, co było jednym z powodów wyboru pracy u Silvermana.Możnabyło iść spacerkiem.Ale tej nocy pobiegłem i znalazłem ich na krótkimodcinku zalesionej drogi, przecznicę od naszego domu.Widziałemprzez zarośla tylko ruszające się w świetle księżyca kształty, ale jużwiedziałem, gdzie będą.Danny Beach był jednym z nim, a trzej pozostali to chłopaki zostatniej klasy i dobrze ich znaliśmy.Nie poddała się tak łatwo.Kiedypodszedłem bliżej, zauważyłem, że jeden z nich miał na policzkudługie, cienkie, krwawiące nacięcie, a drugiemu skapywała z głowykrew, zapewne od uderzenia kamieniem i to właśnie on klęczał przednią z opuszczonymi spodniami, podczas gdy Danny przytrzymywał jejramiona, a pozostałych dwóch nogi.To właśnie na niego się rzuciłem,tego klęczącego, z raną na głowie.Nie wiem, skąd wzięło się to nadgniłe polano, ale leżało mi wdłoniach doskonale i uderzyłem go dokładnie w to miejsce, gdzie ranaod kamienia lśniła w świetle księżyca.Kiedy upadł, Danny sięwystraszył i puścił jej ramiona, co było błędem.Do czasu, ażstrzaskałem żebra największego z nich, tego z zadrapaną twarzą, drugizerwał się i uciekł, a June trzymała głowę Danny'ego w uścisku i wfurii okładała go pięściami.Pozwoliłem jej bić go przez chwilę, apotem powiedziałem: hej,.siostrzyczko, nie zabij go na litość boską,chociaż było możliwe, że ja zrobiłem to z tym drugim, który stracił przytomność od ude-rzenia.Nie ruszał się.Mój głos jakoś ją uspokoił.Puściła Danny'ego z krwawiącym nosemi wargami, a on, wraz z tym z obitymi żebrami, pokuśtykali przez las,krzycząc, że jeszcze nam wpierdolą: słyszycie? Pierdolone zbokidostaniecie za swoje!, do tego czasu chłopak na ziemi poruszył się,więc podnieśliśmy majteczki i torebkę June z mokrych liści iodeszliśmy, zostawiając go.Majteczki były porwane.Wcisnęła je dotorebki.- Zranili cię?- Siniaki.Dranie.- Chcesz komuś o tym powiedzieć? Policji?- Jezu, nie.Tylko tego nam trzeba.Nie wydaje mi się, żebyspróbowali ponownie, nie sądzisz?- Nie.Wątpię w to.- Więc dajmy spokój.Masz ochotę na ten krem jajeczny?- Dobry pomysł.Tej nocy, kiedy umarli zaczęli powstawać, mieszkaliśmy w NowymJorku od osiemnastu lat.%7ładne z nas nie było przygotowane, by daćsobie radę z Manhattanem - byliśmy uzbrojeni jedynie w licencjaty zanglistyki, przeciwko światu magistrów finansów.Pracowałem jakolektor, a potem jako agent w agencji literackiej, podczas gdy Junepróbowała swoich sił w aktorstwie, pod przybranym imieniem CeliaNight.Przez te lata zaliczyła kilka plakatów, niezależną reklamę, sporospektakli off-off-Broadway, kilka sezonów w teatrze letnim i epizod wOne life to live.Jak większość aktorów w Nowym Jorku, siedziała wpoczekalni.Miała jednak oczy otwarte i nie była głupia.Kiedyusamodzielniłem się jako agent i zacząłem dobrze zarabiać, wraz zprzyjacielem kupiliśmy restaurację.Podkradliśmyteksańsko-meksykańskiego szefa kuchni od konkurencji i obniżyliśmyceny tequili.Dobrze nam szło. Byliśmy szczęśliwi.%7łyliśmy razem jak mąż i żona.Chłopak idziewczyna.Znacząco Inni.Nazwijcie to, jak chcecie.To był Manhattan.Nikt nas o nic nie pytał.Nikogo to nic obchodziło.Wieżowiec na 68 Zachodniej zbudowano niczym bunkierprzeciwogniowy.Betonowe ściany i stalowe drzwi.Nie groziło namzatem tej nocy prawdziwe niebezpieczeństwo.Siedzieliśmy więc wsypialni w mieszkaniu, oglądając wiadomości w CNN, dzwoniąc doprzyjaciół, jeśli połączenie było możliwe, słuchając przez drzwiodgłosów okaleczania w hallu lub patrząc z okna na szóstym piętrze nazmarłych, przechadzających się po straszliwie pustych ulicach.Cichetrzaski w oddali, odgłosy strzałów oddawanych przez policję.Najgorzej w te i następne dni mieli bezdomni.Martwi czy nie, bylinajłatwiejszym celem [ Pobierz całość w formacie PDF ]

Archiwum